BGW

Relizator zajmuje się tym do czego został wynajęty. Pokazuje lubuską halę z lotu ptaka. Jest ona zdecydowanie mniejsza od gdańskiej Ergo Areny, w której odbywała się ostatnia gala, ale mimo to trudno odmówić jej klimatu. Według oficjalnych danych pomieścić może 8tys. widzów i po przeskoku do środka możemy się domyślać iż wszystkie, a przynajmniej większość biletów została wyprzedana. Nie podejrzewamy oczywiście, że BGW chcąc zapełnić trybuny rozdawała bilety za darmo godzinę przed galą. To nie w naszym stylu. No nic, koniec tych rozważań, czas powiedzieć co widzowie mają ze sobą, a tradycyjnie już są to transparenty. Oto kilka z nich: “Wielkanoc zbliża się wielkimi krokami”, „Tony Rock zmartwychwstał”, „TeeJay vs.CRASH ”, „TeeJay w*pierdalaj”, „Gdzie jest Venomous?!”, “Dostał wpierdol”,”Kto dziś zadebiutuje?”, “Chcemy SuperMarka!”, “Great Marjana”, “Lord D.U.P.A też jest C.O.O.L” „Saint Anger to pedofil”, “Benito pewnie też”, “A J.J.J. murzyn”, “Jazzowski żyd”, ”I komunista!”,”Mosiek do Izraela”, „Vaclav! Vaclav!”, ,  „Armor King! Armor King!”, „Schyłek ery Armor Kinga”, „Koniec Marcowania”, „Czy Armor King ma córkę?”, „Gdzie jest qrwa bar?”, „Tony oddaj World Title”, „Chaotyczne te transparenty”, „Aero to pasożyt”, „Dlaczego?”, „Jedzie na plecach Crasha”, „Szkoda”, „Rejdych Punk FM”, „”, itp. itd. Nie można przecież za długo podziwiać transparentów, kolejnym ujęciem jest stolik komentatorski przy którym zasiadają nasi ulubieni Konrad Ochucki i Bogusław Montana.

 

 

Konrad Ochucki: Serdecznie witamy państwa na trzeciej z kolei gali R*zpierdolfest!

 

 

Bogusław Montana: Do trzech razy sztuka, a było blisko, było blisko…

 

 

Konrad Ochucki: Faktycznie, lekki poślizg spowodowany problemami z przystosowaniem hali do warunków federacji został odebrany bardzo negatywnie.

 

 

Bogusław Montana: Wielu kibiców popadło z tego powodu w alkoholizm a co bardziej wierzący tracąc sens życia trafili do zakonu.

 

 

Konrad Ochucki: Przesadzasz…

 

 

Bogusław Montana: Myślisz, że wyolbrzymiazm idiotyzm fanów wrestlingu?

 

 

Konrad Ochucki: Fani wrestlingu to często inteligentni ludzie, którzy rozumieją istotę tego sportu.

 

 

Bogusław Montana: Naprawdę?

 

 

Konrad Ochucki: Zapewniam cię, że mam rację.

 

 

Bogusław Montana: (przygnębiony) Pierdolony Tusk, wszystko podnosi więc przypadkiem IQ fanów wrestlingu poszło w górę.

 

 

Konrad Ochucki: Nie podejrzewałbym o to premiera.

 

 

Bogusław Montana: Racja. To naturalny proces ewolucji, przekształcacie się z aminokwasu w pramałpę. Przy takich opóźnieniach gal, za jakieś 20 miliardów lat, przy okazji Rozpierdolfest 4 być może zredukujesz owłosieie.

 

 

Konrad Ochucki: To dość pesymistyczna wizja.

 

 

Bogusław Montana: Pesymistycznie będzie w chwili gdy odkryjecie instytucję małżeństw.

 

 

Konrad Ochucki: Nie mam ochoty tego słuchać, tym bardziej, że z drugiej słuchawki otrzymuję informacji iż czeka nas ważne ogłoszenie w ringu.

 

 

Bogusław Montana: Chrystus zmartwychwstał! To nowina na dziś. Szkoda, że Saint Anger nie ma dziś walki, być może z tej okazji odniósłby jakieś zwycięstwo.

 

 

*************

 

Tak jak nam obiecano przenosimy się do ringu gdzie czeka już na nas Jan Rejdych z mikrofonem w ręku.

 

 

Jan Rejdych: Nie będę bawił sie w zbędne wstępy, uprzejmości i umizgi, bo sytuacja, w której zostałem postawiony nie jest ani łatwa ani przyjemna. Komisarz Jazzowski – nazywajmy rzeczy po imieniu – się wkurwił i postanowił ufundować sobie turnus w Sulejówku połączony z serią spotkań biznesowych. To jest akurat kwestia najmniej istotna, bo widząc po twarzach i ubiorze biznes to rzecz dla was obca. (lekki heel heat) Jeb... Mniejsza o to. W tej sytuacji cały ten burdel z hordą niezdyscyplinowanych panienek znalazł się na mojej głowy, a mówiąc kurwa w 100% szczerze położenie to jest bardziej niekorzystne niż obecne Izraela czy Polski w 39r.

 

 

Po tych słowach zapada dłuższa chwila milczenia, w trakcie której porucznik wyciąga z marynarki jakiś notes i wsadzając w niego głęboko swój nos zaczyna czytać.

 

 

Jan Rejdych: Zameldowano, że konserwatorzy powierzchni płaskich wyrażają żywe niezadowolenie z powodu zmywania z sufitu plam pozostawionych przez zmasakrowanych zawodników. (zamyka notes) I ja im kurwa wierzę! Ja im kurwa nawet współczuję! (chwyta się za serce) To są ludzie pracy i czuję się w obowiązku zwalczać niedogodności jakie ich spotykają. I przysięgam, zrobię to! Choćbym miał wykarczować tą drogę do godziwych warunków pracy pałą i tarczą, to oni zasłużyli. Obiecuję, że już żaden łeb na zapleczu rozpierdolony nie zostanie. Obiecuję, że żadna z tych uczciwie harujących istot nie zostanie zaprzęgnięta do wyrabiania nadgodzin. Jeśli ktoś spróbuje ich do tego zmusić zostanie rozliczony przeze mnie osobiście.

 

 

Porucznik kolejną chwilę przerwy poświęca na schowanie notesu za pazuchę.

 

 

Jan Rejdych: Komisarz Jazzowski w pełni poparł tą inicjatywę klaskając przy tym z uznaniem. BA! Jego genialna myśl strategiczna zaproponowała pewne udoskonalenie. Nazwałbym to kurwa działaniem profilaktycznym. Zalecił bym miał oko na Vaclava, który słynie z pierdolniętych działań partyzanckich. A ja na partyzantów mam niezawodną metodę. Nie ganiam za ich śladami w moro spodniach i krzakiem na łbie. Spuszczam na las kontener z benzyną i rzucam zapałkę. Ostrzegam więc każdego kto zechce wchodzić w konszachty z tym skurwiesynem, odpuść albo zdechniesz jak pies! (heel heat)

 

 

Oficer z niedowierzaniem przysłuchuje się reakcji publiki, która wyraźnie nie zgadza się z jego opinią o Vaclavie.

 

 

Jan Rejdychl: Czy wy kurwa serca nie macie?! Komisarz go przygarnął, dał pracę, chociaż każdy normalny człowiek widząc tą mendę na zebrze docisnąłby pedał gazu do podłogi. Taki jest nasz komisarz! Dobry, niech nam żyje sto lat i kurwa nawet jeden dzień dłużej. A wy za jego dobroć tak się odwdzięczacie ?! Buczeniem ?! Przez was wyciągnie te nogi szybciej niż myślicie i wtedy będzie kurwa żewny płacz, żewny płacz! Jak po upadku komunizmu! Jedynie ja pomagam mu te nogi ciągać i dlatego wyręczyłem go w kilku krokach, które były wyjątkowo trudne.

 

 

Ku zaskoczeniu widowni Rejdych wyciąga kolejny gadżet zza pazuchy, tym razem jest to piersiówka, z której pociąga sporego łyka i ponownie przykłada mikrofon do ust.

 

 

Jan Rejdych: Sprawa ostatnia to World Title. Ubecka pała niech strzeli, tego kto wyciąga pazury po czyjąś własność. Bez względu na to czy okrada bank czy zdycha z głodu i kradnie bochenek chleba zasługuje na obciecie tych parszywych, lepkich łap. Bez względu na to czy jest zniedołężniałym emerytem, który trzęsie się tak, że na sam jego widok chce mi się rzygać. Takim to bym kurwa co najwyżej zafundował bilet w jedną stronę do kliniki eutanazji żeby nie obciążali ZUSu. To bym zrobił ja. Ale jest w tej federacji siła wyższa, która kazała mi załatwić sprawy z tą gnidą (spluwa z pogardą) pacyfistyczny. I tak będzie. Więc niech ten, którego naz....

 

 

Zupełnie niespodziewanie na arenie uderza Sub Focus - Rock It a na rampie, ku wielkiej uciesze publiczności pojawia się Tony Rock! Prezydent legendarnego PCW jak przystało na piastowane niegdyś stanowisko ubrany jest elegancko, w porwane jeansy, czarną koszulkę z białym krzyżem, na którym fighter zakłada cieniowi Jezusa dźwignie na nogę, a obok widnieje podpis  „Jesus didn’t tap”. Warte odnotowania jest również to, że na jego ramieniu spoczywa BGW World Title. Kiedy wchodzi w końcu do ringu to właśnie owy tytuł z miejsca wzbudza zainteresowanie Rejdycha, porucznik wyciąga po niego rękę, ale zostaje ona odparowana przez legendę polskiego wrestlingu.

 

 

Jan Rejdych: Na co kurwa czekasz ?! (ponownie wyciąga rękę) Oddaj co ukradłeś i zejdź mi z oczu zanim doszczętnie stracę cierpliwość.

 

 

Tony Rock: (szybkim ruchem wyrywa Rejdychowi mikrofon) Nie. (cheer)

 

 

Jan Rejdych: (tym razem to on wyrywa mica) Śmiesz kwestionować decyzje komisarza?! Śmiesz śmieciu kwestionować decyzję właściciela tego tytułu ?!

 

 

Tony Rock: Mam głęboko w dupie o co mnie prosisz.

 

 

Jan Rejdych: Ja cię, nie proszę, ja rozkazuję!

 

 

Tony Rock: To nie zmienia twojego położenia, tytuł może odebrać mi tylko Jazzowski.

 

 

Jan Rejdych: (zbliża się do Tony’ego na niebezpieczną odległość) Jestem naznaczony przez komisarza, jestem oficerem armii polskiej i żaden pierdolony cywil nie mówi mi NIE. Żaden pierdolony cywil nie mówi mi NIE, jeśli nie chce żeby to było ostatnie NIE w jego życiu. Wiesz dlaczego mała, śmierdząca kupo gówna ?! Bo jestem Jan Rejdych, człowiek, który łamał kości swoich wrogów a potem, kiedy leżeli na wyciągu, na ich oczach pierdolił ich matki, a potem spuszczał się do kroplówki.

 

 

Tony Rock: Chyba się nie rozumiemy...

 

 

Jan Rejdych: Lepiej bym tego nie ujął.

 

 

Porucznik jak sam powiedział nie zwykł przyjmować w swoim życiu odmownych decyzji, dlatego też wkurwiony niesubordynacją Tony’ego lekko uchyla swoją marynarkę i zręcznym ruchem chwyta za umiejscowioną za pasem pałkę milicyjną. Nim jednak ją wyjmuje zostaje niespodziewanie powalony ciosem World Title prosto w twarz! Publika serwuje Tony’emu Rockowi owacje na stojąco, a ten zachęcony tą reakcją wymierza Rejdychowi jeszcze jedno kopnięcie w okolicę żeber i ma ochotę na więcej. Widząc jednak biegnący w kierunku ringu oddział ochrony rezygnuje z destrukcyjnych zamiarów i przeskakuje ponad linami, a następnie barierkami i znika wśród publiki, która bez przerwy nagradza jego zachowanie gromkimi brawami.

 

 

*************

 

My tymczasem przenosimy się na podziemny parking, na który właśnie wjechała... CZARNA WOŁGA!!! Aplauz, który ogarnął halę na chwilę zagłuszył dźwięk silnika legendarnego samochodu. Po chwili nie można już było mówić o zagłuszeniu, bo auto stając przed budką ochroniarza samo obniżyło ton swojej pracy. Szyba się otworzyła a wysunięta z wnętrza ręka przekazała podwładnemu Rejdycha identyfikator, który po szybkiej weryfikacji wrócił do właściciela. Rogatki się uniosły a samochód wjechał na parking przeznaczony dla pracowników federacji.

 

 

*************

 

Ledwie zdązyliśmy zawitać do lubuskiej hali a już się z niej ewakuujemy. Realizator przenosi nas do gdańskiego szpitala (o czym świadczy podpis na dole ekranu) gdzie w jednej z sal spotykamy naczelnego katolika BGW – Saint Angera czuwającego przy podłączonym do specjalistycznej medycznej aparatury Benito Demianiuku. Serb włoskiego pochodzenia, który podczas R*zpierdolfest 2 padł ofiarą brutalnego pobicia nie wygląda najlepiej. Jego głowa owinięta jest bandażem, podobnie jak jedna z nóg, która włożona w gips leży na wyciągu.

 

 

Saint Anger: Linia została przekroczona, niewinni ludzie cierpią przez kontakt ze mną. Zbyt daleko zabrnęliśmy w naszej zawiści Immortalu, zbyt daleko. To w czym bierzemy udział nie ma już nic wspólnego z wrestlingiem, nie ma nic wspólnego ze sportem. To rywalizacja niegodna nawet najdzikszych istot.

 

 

Marek na chwilę popada w zadumę, ocierając przy tym dyskretnie łzę spływającą po policzku.

 

 

Saint Anger: Przyszedłem do BGW aby szerzyć dobrą nowinę, nie spodziewałem się, że każdy ją przyjmie, nie śmiałem nawet o tym marzyć. Jednak gdyby ktoś dziś mi powiedział, że przyniesie to tak tragiczne skutki nawet nie podjąłbym próby. Dlatego czas przyznać się do błędów, nie żyjemy w epoce kamienia, nawet nie w średniowieczy, kościół nie łaknie ofiar, nie dąży do krucjaty przeciw innowiercom. A ja podążam za linią kościoła, bo wierzę w nią całym sercem. Dlatego też rezygnuję. Wyrzekam się zemsty dobrowolnie.

 

 

Naczelny katolik BGW po tych słowach kładzie rękę na swej piersi.

 

 

Saint Anger: Choć moje imię brzmi Saint Anger, Święty Gniew, wyrzekam się tego uczucia, wylewam z siebie to co mnie wypełnia. I przysięgam na zdrowie mojego przyjaciela, że żadna krzywda Immortala z mojej ręki nie spotka. W zamian oczekują tylko i wyłącznie spokoju. Dla mnie i moich przyjaciół, a przede wszystkim dla nich.

 

 

Wskazuje dłonią na nieprzytomnego Benito.

 

 

Saint Anger: Dla niego... I dla wielu innych osób na których bezpieczeństwie mi zależy, mimo wszelkiej zapaśniczej logiki, nie stanę dziś do walki. Ani dziś, ani nigdy jeśli mój spokój nie zostanie zakłócony. Jeśli jednak stanie się inaczej... Moja wiara jest silna, lecz pozostaję tylko człowiekiem, jeśli Bóg po raz kolejny wystawi mnie na próbę, nie wiem czy będę w stanie zachować spokój, nie mam pojęcia czy mój gniew nie ekspoloduje ze zdwojoną siłą. Nie wiem czy będę potrafił nad sobą zapanować.

 

Anger rozpaczliwym gestem zasłania swoją twarz.

 

 

Saint Anger: Nie wiem czy nie skończy sie to jak dzisiaj. Kiedy nie mam wpływu na decyzję innych. Na decyzję mojego drogiego przyjaciela Niszczyciela, który dał się ponieść złym emocjom. Usilnie chce upuścić złej krwi, która w nim płynie. Dlatego też mimo moich próśb aby tego nie robił postanowił stanąć dziś do walki z Immortalem. Nie mogę nic z tym zrobić, apelowałem, próbowałem, proszę więc mojego niedawnego przeciwnika, aby z tym mnie nie wiązał. Nie traktował tego jako zemsty obcymi rękoma, nie traktował Niszczyciela jako mojego poplecznika. Ja pragnę tylko spokoju...

 

*************

 

Przenosimy się na backstage gdzie wydarzy się dziś zapewne wiele ciekawego, ale jak narazie trudno tu doszukiwać się jakichś emocji. Korytarz lubuskiej hali, który upodobał sobie realizator świeci pustkami, a przechadzający się po nim kamerzysta wyraźnie szuka jakichś wrażeń. W ten właśnie przypadkowy sposób zostaje doprowadzony do jednych z wielu drzwi, które w pzreciwieństwie do całej reszty są lekko uchylone. Ciekawski operator natychmiast wtyka tam swój obiektyw pokazując z profilu postać tag team champa Aero, który wygląda tak jakby prowadził z kimś konwersację. Świadczą o tym ruchy ust oraz żywa gestykulacja. Niestety nie jest nam dane zobaczyć z kim odbywa swoją rozmowę, bo kamerzyście brakuje odwagi aby zagłębić się w czeluściach pomieszczenia. Co jednak lepsze udaje mu się zarejestrować treść rozmowy, choć jest ona trochę wyrwana z kontekstu i gdyby nie dłuższe przerwy możnaby pomyśleć, że Aero prowadzi ze sobą monolog. 

 

 

Aero: ... za kogo mnie masz? Ewoluuje z każdym dniem, każdego dnia jestem lepszym zawodnikiem, potrafię nie tylko zwyciężać, ale też budzić grozę, dominować, łamać kości, a ten tytuł jest dowodem.

 

 

???: ....

 

 

Aero: Myślisz, że połamanie nawet dziesięciu kurczaków stanowiłoby dla mnie jakiś problem? W tej grze liczy się jakość, nie ilość, a ja reprezentuję tą najwyższą.

 

 

???: .....

 

 

Aero: Nie, nie gardzę tym. Po prostu nie jestem już zawodnikiem o usposobieniu nastolatka, który podejmuje decyzje pod wpływem emocji. Teraz są one wynikiem chłodnej kalkulacji, która ma mnie doprowadzić do triumfów. Ryzyko jest zbędne.

 

 

???: .....

 

 

Aero: Pomijając to, że nadal nie rozumiem twoich motywów. Dlaczego mam rezygnować z pomocy, która może zostać mi udzielona bez żadnych warunków?

 

 

???: ....

 

 

Aero: Nie, mówię czysto teoretycznie. Nawet jeśli z twojej perspektywy moja sytuacja wygląda na trudną, to w każdej chwili mogę liczyć na pomoc swojego partnera.

 

???: ....

 

 

Aero: Przestań truć. To układ korzystny dla obu stron. Dlaczego miałby się nie zgodzić?

 

 

???: ....

 

 

Aero: To wykluczone, nie chcę abyś się wtrącał, rób swoje. Nie potrzebuję tego, nie chcę mieć długów.

 

*************

 

 

Już od początku dzisiejsza gala wydaje się być wyjątkowa, bo realizator odskakuje od tradycyjnego schematu ring-zaplecze, który może być nudny dla niektórych widzów, i po raz kolejny funduje nam eskapadę poza halę. Może to być zbyt wielkie słowa, bo choć oficjalnie teren przed wejściem się do obszaru budynku nie zalicza, to nie jest to zbyt daleka podróż. Przy tzw. Bramce VIP, przez którą na galę dostają się najważniejsze osobistości, ludzie z innego wymiaru, współczaśni herosi, czyli innymi słowy zawodnicy Blood Guts Wrestling, jest pusto. Zauważyć tu można jedynie dwóch ochroniarzy weryfikujących tożsamość przechodniów. Nie pozostają oni jednak bez pracy zbyt długo, bo oto w kadrze pojawia się Vaclav. Dwukrotny EWF FTW Champ w dłoni trzyma nieodłączną puszkę piwa, które po stosownym przybliżeniu przez kamerzystę okazuje się być specjałem lubuskiego browarnictwa, Perłą. Widok ten wywołuje wśród widowni zgromadzonej na trybunach niemały cheer. Hardcore Hero, kroczy pewnie i kiedy ma juz przekroczyć bramkę zostaje zatrzymany przez członków gwardii Rejdycha.

 

 

Ochroniarz 1: Możemy zobaczyć przepustkę?

 

 

Vaclav: (zdziwiony) Zdaje się, że nie dosłyszałem pytania.

 

 

Ochroniarz 1: Ma pan przepustkę?

 

 

Vaclav: (wskazuje na piwo) Oto moja przepustka.

 

 

Ochroniarz 1: Proszę nie stroić sobie żartów.

 

 

Vaclav: Coś ty taki naburmuszony? Pozwolę sobie zacytować klasyka – „chcesz łyka”?

 

 

Ochroniarz 1: Albo okaże pan przepustkę, albo żegnam.

 

 

Vaclav: (wyjmuje z kieszeni jakiś kawałek plastiku) Proszę.

 

 

Ochroniarz 1: Vaclav...

 

 

Vaclav: To ja, Mecenas Extremy w całej okazałości.

 

 

Ochroniarz 2: Zostaje pan zatrzymany.

 

Na te słowa Mecenas Extremy ze zdziwienia wypluwa nagromadzony w ustach zapas piwa, opluwając przy tym lekko jednego z ochroniarzy. Ten odrobinę zniesmaczony ściera z twarzy napój bogów, nie tracąc przy tym należnej czujności.

 

 

Vaclav: Że tak zapytam, pod jakim qrwa zarzutem?

 

 

Ochroniarz 1: Istnieje stosowne podejrzenie tego iż prowadzi pan działalność dywersyjną, która zagraża Blood Guts Wrestling.

 

 

Vaclav: To ci dopiero, kto takie haniebne plotki na mój temat rozsiewa?

 

 

Ochroniarz 1: To odgórny nakaz.

 

 

Vaclav: Nas chce mnie, ptaka extremy pozbawić wolności? A ja jeszcze nie skończyłem zbierać podpisów pod ostatnią petycją...

 

 

Ochroniarz 2: I nie będzie okazji aby to dokończyć.

 

 

Ochroniarz 1: Komisarz Jazzowski ze stosownych przyczyn nie może uczestniczyć w dzisiejszej gali. Polecenia wydaje za pośrednictwem Jana Rejdycha, ale wątpię aby uwzglednił on jakieś petycje.

 

 

Vaclav: Przyjacielu, ma sztuka perswazji jest tak skuteczna, że sam się pod tą petycją podpisze.

 

 

Ochroniarz 2: Może innym razem, teraz pójdzie pan z nami.

 

 

Ochroniarz 1: (odsłania pałkę teleskopową schowaną za pasem) Proszę nie stawiać oporu, nie chcemy używać siły.

 

 

Vaclav: (bierze łyk piwa i wyrzuca za siebię puszkę) Strach się nie podporządkować.

 

 

*************

 

 

Konrad Ochucki: Czarna Wołga na gali BGW ?!

 

 

Bogusław Montana: Przyjechała po niegrzeczne dzieci ?

 

 

Konrad Ochucki: A mówisz, że to fani wrestlingu są naiwni…

 

 

Bogusław Montana: Ja nie straszę dzieci, kocham je.

 

 

Konrad Ochucki: Jak Saint Anger?

 

 

Bogusław Montana: Saint Anger jest zbyt fizyczny w swoim uczuciu, to zwykły materialista!

 

 

Konrad Ochucki: Nie sądzę, patrząc na to jak poświęcił się dla Benito trofea nie są dla niego ważne.

 

 

Bogusław Montana: Pierdolenie.

 

Single Mecz:

J.J.J vs. Niszczyciel

 

 

Światła na hali gasną a z głośników grać zaczyna Kult – Polska. W momencie gdy do gry wchodzi sekcja dęta utworu na arenie zaczynają migać czerwone światła a spod Titantronu wybiega Niszczyciel i przybijając piątkę niemal każdemu fanowi dostaje się na ring. Gdy jest już w pierścieniu unosi w górę orzełka umieszczonego na koszulce.

 

“Can you feel it, Can you feel it, Can you feel it”, na arenie uderza Europe - Final Countdown!, stroboskopy zaczynają migać na biało a spod Titantronu wyłania się postać J.J.J. Publiczność wita go sporym cheerem, bo to w końcu sławny człowiek jest. Wolnym krokiem zmierza w kierunku ringu dostojnie rozglądając się po hali, kiedy już w nim jest światła nabierają barwy żółtej, a The Immortal wchodzi na narożnik i unosi w górę obie ręce.

 

Sędzia nakazuje uderzy w gong, rozpoczynamy walkę. Zawodnicy zaczynają od klinczu, pierwsze zwarcie i Niszczyciel ląduje na macie, JJJ kopnął go kolanem w kroczę. Immortal uderza z serią stompów w korpus rywala. Pomaga mu wstać i uderza z Neckbreakerem! James czeka aż rywal się podniesie, bierze rozbieg jednak zostaje skontrowany kolanem w brzuch. Niszczyciel ma rywala w idealnej pozycji do Spowiedzi Księdza Robaka (Powerbomb), udaję mu się to! Próba przypięcia: 1….2… Kick out! Wieszcz nie zwalnia tempa, podnosi oponenta i próbuje Szabli Wołodyjowskiego (99 Crusher), jednak J.J.J spada mu za plecy. Johnson odbija się od lin i uderza z Running STO na Poecie. Immortal wchodzi na top rope, lecz w Niszczyciela wstępują nowe siły, zrywa się dobiega do Johnsona i przypierdala z Zemstą Juranda (Superplex)!!

 

 

Bogusław Montana: Zemsta Juranda?

 

 

Konrad Ochucki: Tak to brzmi.

 

 

Bogusław Montana: Jak Jurand miał się zemścić skoro był ślepy?

 

 

Konrad Ochucki: Masz racje to intrygujące.

 

 

Bogusław Montana: To jakby oczekiwać od Armor Kinga kwiecistej językowo riposty.

 

 

 

 

Obaj powoli wstają. Szybszy jest Niszczyciel, który chwyta Johnsona pod F5, ten jednak ześlizguję mu się z pleców. Wieszcz obraca się by otrzymać The End Spinebuster! Immortal uderza się pięścią w klatę po czym podnosi tą rękę do góry. Po chwili podchodzi do nóg rywala, by założyć The Assassin (Sharpshooter), jednak młody Poeta potężnym Upkickiem wychodzi z opresji. Immortal jest zamroczony, Franciszek Kruczek trzymają tomik poezji Niszczyciela, motywuje swojego podopiecznego słowami „ to jest jakieś gówno a nie rymy”. Wieszcz z grymasem na twarzy wściekle podbiega do Johnsona. Chwyta go ponownie pod F5, tym razem udanie wykonuje akcje! Pin:1…2.. Kick out! To jednak ni koniec. Immortal wstaje lecz z powrotem wita się z matą po Fortepianie Chopina (Running DDT)! Destroyer jest w transie. Pokrzykuje coś w stronę publiczności jednak J.J.J robi szybki kip up i Resurrection! Uderza mocno Niszczyciela łokciem w tył głowy!

 

 

Konrad Ochucki: Wyjątkowo brudne zagranie!

 

 

Bogusław Montana: Czym się różni murzyn od wiadra brudu?

 

 

Konrad Ochucki: Proszę cię…

 

 

Bogusław Montana: Wiadrem. Masz odpowiedź na swoje zagranie.

 

 

 

James Jack Johnson ponownie chce założyć rywalowi Sharpshootera. Ten jednak w sposób tylko jemu znany odturlał się i uderzył z clotheslinem! Odbicie od lin i shoulder block! Niszczyciel chwyta Tego Wspaniałego pod 99 Crusher. J.J.J wyrywa się i chcę uderzyć ze Stunnerem. Wieszcz odpycha go, chwyta pod Epopeje (Burning Hammer)! The Invincible przypierdala mu kolanem w lewe ucho po czym sprytnie zeskakuje z barków Wieszcza. Od razu uderza z The Immortal Stunnerem! Udaje mu się to. Przypina: 1…2….3! (zwycięzcą walki jest J.J.J)

 

 

Konrad Ochucki: Brudne sztuczki przyniosły Immortalowi zwycięstwo.

 

 

Bogusław Montana: Co mu po zwycięstwie skoro życie ma zniszczone?

 

 

Konrad Ochucki: Dlaczego tak sądzisz?

 

 

Bogusław Montana: Są dwa powody. Po pierwsze jest czarny. Po drugie w ringu nie rośnie bawełna.

 

 

 

Jak widać to jednak dla Immortala zbyt mało. Wściekle wyrywa dłoń unoszoną przez sędziego w geście triumfu skąd wyciąga krzesło i nakazuje jednemu z techników wręczyć sobie mikrofon.

 

 

J.J.J: Połączcie Immortala z tym katolickim śmieciem! The Immortal chce widzieć jego wielką strapioną mordę na tym telebimie! Już, ruszcie się! (czas płynie) Gdzie jest mój ulubiony katolicki rob…

 

 

Immortal przerywa wpół słowa, bo oto na Titantronie pojawia się przekaz z Gdańska gdzie przy szpitalnym łóżku Benito Demianiuka nadal czuwa Saint Anger.

 

 

J.J.J: The Immortal rozkazuje ci obrócić ci twój paskudny pysk w jego kierunku!

 

 

Żadnej reakcji.

 

 

J.J.J: Czyżby mój katolicki przyjaciel gardził bliźnim? The Immortal będzie więc zmuszony  zwrócić jego uwagę.

 

 

Immortal składa trzymane w ręku krzesło i zaczyna nim brutalnie okładać nieprzytomnego Niszczyciela, ten chyba w wyniku szoku, budzi się i zaczyna krzyczeć w niebogłosy co o dziwo zwraca uwagę siedzącego w szpitalu Angera, zbliża się do komputera z którego serwowany jest przekaz i z przerażeniem podziwia sytuację dziejącą się w ringu, rozpaczliwymi gestami próbuje powstrzymać Immortala, ale ten odpuszcza dopiero po kilkunastu chairshotach, które na dobre rozbijają Niszczyciela.

 

 

J.J.J: Saint Anger chciał pokoju? The Immortal nie jest pierdolonym pacyfistą! Kto raz wszedł mu w drogę będzie płacił do końca życia, bo The Immortal nie zna słowa przebaczanie. Benito Demiaiuk zapłacił swoją cenę za wtrącanie się w nie swoje sprawy, teraz nadszedł czas na tego śmiecia. Żaden z nich nie będzie mógł się nawet zemścić na Najzajebistszym z Najzajebistszych, bo lekarze nie będą w stanie poskładać ich do kupy!

 

 

Na arenie uderza Final Countdown a J.J.J wyklinany przez publiczność i prawdopodobnie Saint Angera, który klepie jakieś modlitwy pod nosem, opuszcza ring.

 

 

 

*********

Tym razem miejsce które odwiedzamy wygląda dość nietypowo, choć to zwykła szatnia. Jej ściany pomalowane są w surrealistyczną szachownicę, na której rolę pionków pełnią reprodukcje Goya’i „Okropności wojny”. Ryciny te same w sobie dziwne i dramatyczne, zawieszone do góry nogami sprawiają, że pomieszczenie to staje się jeszcze bardziej chaotyczne. Poza tym można tu ujrzeć zupełnie białą sofę zajmowaną przez Crasha i jego partnerkę Calamity, popijających z kieliszków czerwone wino.

 

Crash: (bierze łyk wina) Czuję się zniesmaczony.... zniesmaczony nieufnością do mojej osoby.... zniesmaczony nieufnością do moich umiejętności.... zniesmaczony ciągłymi próbami na jakie jestem wystawiany.... spójrz na mnie Cal.... spójrz na mnie i powiedz czy wyglądam jak prototyp, który trzeba ciągle testować? Czy wyglądam jak pierdolony Kapitan Ameryka w 45 ?!

 

Insane One podkurwiony ciska kieliszkiem o ścianę tak, że ten rozbryzguje się na 1000 kawałków pozostawiając na surrealistycznej szachownicy czerwoną plamę.

 

Calamity: (gładząc Crasha po ramieniu) Spokojnie, jeszcze nie czas.

 

Crash: (ścisza swój głos)  Masz rację.... wszyscy mają rację.... jestem nieprzewidywalny, jestem chaotyczny.... jestem Crash.... nie da się usystematyzować tego imienia.... nie da się zastosować profilaktyki.... kiedy patrzę im w oczy jestem ludzką wersją sepsy.... wywołuję wymioty, gorączkę, ból głowy, przyspieszoną akcję serca.... wtedy mają ułamek sekundy na reakcję.... powiedz mi Cal, dlaczego nim gardzą.... dlaczego tak bardzo nie szanują czasu ?!

 

Calamity: Mówisz o kimś konkretnym ?

 

Tag Team champ pochyla się i po chwili grzebania się pod sofą wyjmuje spod niej czarny kij baseballowy, który do tej pory był znakiem rozpoznawczym Venomousa. Na wierzchołku broni da się zauważyć rozmazaną, ciemnoczerwoną plamę, nad którą Insane One przez moment skupia swe narządy węchu.

 

Crash:  (bierze głęboki haust powietrza) Śmierdział jak świnia.... zachowywał się jak świnia.... czuł, że nadchodzi czas.... czas ostatecznej rzezi.... czas pierwszego uderzenia....

 

Calamity: A kiedy nadszedł?

 

Crash: Zaczął kwiczeć.... zanim zdążyłem zobaczyć łzy oczy zaszły mu krwią.... i wtedy to poczułem.... poczułem, że pierwotny instynkt wygasa.... poczułem się zniesmaczony.

 

Calamity: I zapragnąłeś z tym skończyć?

 

Crash: Myślisz, że oszalałem? (wybucha głośnym śmiechem, który po kilku sekundach zupełnie nagle się urywa) Nie.... choć jestem blisko.

 

Calamity: (znowu gładzi Crasha po ramieniu) Nie rób tego Crash. Pamiętasz co mi obiecałeś?

 

Crash: Tak i dotrzymam słowa.... chociaż ten cyrk powoli zaczyna mnie wkurwiać.

 

Kobieta po przepłukaniu gardła winem otwiera usta aby coś powiedzieć, ale nim wypowiada pierwsze słowo drzwi do pomieszczenia otwierają się nagle, a w ich framugach staje Aero, jego wyraz twarzy sugeruje iż nie zdarzyło się nic dobrego.

 

Aero: (cedząc przez zęby) Chcą mnie okraść, zniszczyć, upokorzyć.

 

Calamity: Kto?

 

Crash: (opiera brodę o kij baseballowy) Dlaczego przychodzisz z tym do mnie?

 

Aero: Jesteśmy partnerami.

 

Crash: Czy kiedykolwiek temu zaprzeczyłem? Zawsze kiedy stajemy obok w ringu jesteśmy partnerami.... kiedy stawką są te pasy.... i powiedz mi.... czy dziś kurwa ma to miejsce ?!

 

Aero: Teoretycznie...

 

Crash: Nie, nie.... NIE mój.... partnerze.... dziś nadszedł dzień kiedy musisz udowadniać.... musisz poczuć to co ja czuję na każdej gali.... musisz udowadniać.... musisz pokazać, że nieprzypadkowo jesteś w tym miejscu.

 

Aero: Ich jest trzech.

 

Crash: Trzech? Przecież kicia jest tak szlachetna.... Pride of the Real Warrior.... z pewnością będzie obiektywnym arbitrem.

 

Aero: Według ciebie to dobra wiadomość? Nadal zauważam pewną dysproporcję.

 

Crash: Drogi.... partnerze.... czy to ja na każdym kroku podkreślam wyższość technicznego wrestlingu ? Czy to ja mówię, że jego sile nie może się nikt przeciwstawić? Jeśli wierzysz w to co mówisz....  (gwałtownym ruchem przewraca stolik i wstaje z sofy) To zabierz stąd swoją dupę i idź! Idź i połam tym skurwielom karki! Pokaż, że jesteś wart więcej niż pierwszy z brzegu manekin, który mógłby robić za mojego partnera.... który mógłby statystować w moich walkach.... (ścisza ton) proszę, nie zaprzeczaj.... wyjdź stąd i nie waż sie nigdy.... NIGDY.... przychodzić do mnie po pomoc.

 

Aero po chwilowym szoku doznanym sposobem potraktowania przez partnera wycofuje się asekuracyjnie z pomieszczenia, nie spuszcza jednak wzroku z Insane One dopóki drzwi nie zostają zamknięte.

 

Calamity: (uśmiecha się przebiegle) Na czym skończyliśmy ?

 

Insane One puszczając zadane pytanie mimo uszu wstaje i trzymając w ręku baseball bat bez słowa wychodzi z pomieszczenia.

 

Calamity: Dokąd... (trzask drzwi) No tak...

 

Kobieta pociąga jeszcze z kieliszka łyk wina, ale to ostatnia rzecz jaką widzimy w tej dziwnej szatni.

 

*********

 

Z jednej sztani przeskakujemy błyskawicznie do drugiej, w której to zobaczyć można Vaclava w towarzystwie dwóch ochroniarzy. Atmosfera tu jest dosyć drętwa, bo nie dzieje się zupełnie nic wartego uwagi. Mecenas Extremy wydłubuje zawleczką od piwa brud spod paznokcia, a członkowie gwardii Rejdycha bacznie to obserwują doszukując się w tym zachowaniu jakiegoś niebezpieczeństwa i przyczynku do wielkiego pałowania.

 

 

Vaclav: Panowie, nie traktujcie tego osobiście, ale wydaje mnie się, że nawet na weselach bezalkoholowych jest lepsza zabawa.

 

 

Ochroniarz 1:  Trudno zaprzeczyć.

 

 

Ochroniarz 2:  Nie przyszliśmy tu się zabawiać.

 

 

Vaclav: Ale mogliście wybrać jakies bardziej przyjazną lokację, bar dajmy na to. Gadka od razu lepiej by się kleiła.

 

 

Ochroniarz 2: Muszę się powtarzać?

 

 

Po tych słowach Mecenas Extremy wymierza ochroniarzowi przyjacielskie klepnięcie w plecy, ale ten wyraźnie nie rozumiejąc pacyfistycznych intencji, momentalnie zrywa się z miejsca i dobywa pały umieszczonej za pasem.

 

 

Vaclav: (zasłania się instynktownie ręcami) Coś ty taki drętwy? Już z Armor Kingiem szłoby się szybciej dogadać.

 

 

Ochroniarz 1:  (powstrzymując ruchem dłoni swojego partnera) Spokojnie, czego pan sobie życzy ?

 

 

Vaclav: Jesteśmy w Lublinie, czego ja mogę sobie życzyć? Perłe mnie przynieście!

 

 

Ochroniarz 1:  (spogląda na swojego partnera) Pójdziesz?

 

 

Ochroniarz 2:  Mamy nadskakiwać terroryście?!

 

 

Ochroniarz 1Daj spokój...

 

 

Vaclav: Właśnie! Spokój nam wszystkim jest potrzebny, a co może nam zapewnić spokój? (dłuższa pauza) Piwo! Piwo drodzy panowie! Inaczej powariujemy, korporacja nas wykończy.

 

 

Ochroniarz 2:  To wykluczone, Rejdych nas zniszczy.

 

 

Vaclav: Drogi kolego, niebawem mam walkę, a piwo to nieodłączny element przygotowań do niej. Czy z powodu twojego lenistwa mam wyjść do niej bez formy ? Jeśli zawiodę fanów wtedy dopiero cię zniszczy.

 

 

Ochroniarz 1: Ma rację, idź.

 

 

Ochroniarz 2: To niebezpieczne, on tylko czeka aby przysporzyć nam kłopotów.

 

 

Vaclav: Ja mam przysporzyć kłopotów? Ja?! Taki gołąbek pokoju ?! Będę siedział na dupie i cierpliwie czekał aż butelki w reklamówce zabrzęczą pod drzwiami. Wtedy się zerwę i wyskoczę ci na powitanie.

 

 

Ochroniarz 1: Poradzę sobie.

 

 

Członek gwardii Rejdycha chociaż ze sporą dawką niepewności wychodzi z pomieszczenia i udaje się w wiadomym kierunku, w równie wiadomym celu.

 

*********

Po raz kolejny lądujemy na podziemnym parkingu gdzie najświeższą sensacją jest przybyła tam czarna wołga, na widok której hala ponownie drży pod wpływem ogromnego popu. Mija chwila, drzwi auta otwierają się a ze środka wyłania się łom, który głośno uderza o betonową posadzkę. Publika podekscytowana zaczyna skandować pierwsze przychodzące na myśl nazwisko i na dobrą sprawę ich typ okazuje się prawdziwy... z pojazdu wysiada Max Craven! Sądząc po reakcji widowni, która jest niczym więcej jak ogromnym jękiem zawodu, nie tego pana się spodziewali. Członek Fuck The Milicja, stukając łomem w maskę wołgi rozpoczyna swą przemowę.

 

 

Max Craven: Zawód, co? Spodziewaliście się tu jakiegoś pierdolonego ruska, który podobnie jak graffiti na głowie Gorbaczowa odszedł w niepamięć. Powiedziałbym nawet, że wyszedł z mody. Jego kariera nie sprostała dzisiejszym trendom, a mówiąc kurwa kolokwialnie i dosadnie – zesrał sie na miętowo myśląc o walce ze mną! (heel heat) Mówicie, że nie zna mnie? Mam więc kurwa nadzieję, że patrzy teraz w swój ZSRRowski Szmaragd i razem ze mną pociąga sobie nożem na gardle grubą kreske, która oddzieli przeszłość od przyszłości jak mawiała pewna szara szmata.

 

 

Przedstawiciel ruchu „Śmierć, kutas i zniszczenie” szybkim ruchem łoma wybija pierwszą z szyb w niemal już zabytkowym samochodzie.

 

 

Max Craven: Według Darwina w tym świecie przetrwają tylko najtwardsi, jednostki, których nazwisko wyryte na kartach historii nie ulega jakiejś modzie, nastrojom społecznym czy pierdolonym zjawiskom atmosferyczny. Ludzie, którzy spuszczają zasłonę rzadkiej sraki na opinię takich jak wy.  Pachołków Jazzowskiego z poglądami wykrzywionymi jak zgryz Jacka Gmocha albo ten budynek w Piździe. Jednym słowem, przetrwam tylko ja. Od dziś widząc moje nazwisko na plakacie promującym galę będziecie widzieli Cravena, Maxa Cravena, a nie pajaca w skórzanym ochroniarzu na jaja.

 

 

Max po raz kolejny z impetem przypierdala w samochód, tym razem ofiarą łomu pada maska wozu.

 

 

Max Craven: Przerobię ten samochód na puszkę po piwie i to samo zrobię z każdym miłym wspomnieniem jakie wiążecie z komunizmem. Unicestwię ten Virus SLD jakbym był pieprzonym Kasperskym. Już żadna matka, babka czy ciotka nie powie do grubasa w pierwszym rzędzie, że jeśli będzie jadł za dużo cukierków przyjedzie czarna wołga i przerobi go na mamuta zakonserwowanego w mrozach Syberii. Jedyną osobą, która powinna omijać ten samochód szerokim łukiem jest Nas Jazzowski. Jeśli zobaczę go na horyzoncie bez zastanowienia wpierdolę do bagażnika i wyjadę na wstecznym na najbardziej ruchliwą autostradę w tym kraju.... ponieważ jest chujem. (heel heat) Płaczcie, płaczcie, ale czas kiedy śmierć, kutas i zniszczenie zawładną światem i BGW właśnie nadszedł.

 

 

Przedstawiciel wyżej wymienionego ruchu tym razem o wiele intensywniej obija samochód przez co łapie lekką zadyszkę, odrzuca na bok łom i wściekłym kopem wyłamuje tylnie drzwi, po czym wyciąga z wnętrza pojazdu jakąś koszulkę, którą przyodziewa eksponując napis Śmierć, Jazzowski i Zniszczenie

 

*********

Drugi raz dzisiaj przenosimy się do surrealistycznej szatni Crasha. Jak mogliśmy zobaczyć wcześniej, jej właściciel, pretendent do pasa World opuścił ją z hukiem pozostawiając pomieszczenie w opiece swej partnerce Calamity. Kobieta po ówcześniejszym opróżnieniu butelki z winem bawi się teraz pustym kieliszkiem przewracając go zgrabnie pomiędzy swymi palcami. Jej znudzenie i samotność nie trwają jednak długo, kieliszek z wrażenia spada na ziemię i tłucze się na kilka części, po tym jak drzwi do pomieszczenia otwierają się a staje w nich.... Tony Jones! Uczestnik dzisiejszego main eventu przez chwil kilka czujnie rozgląda się po pokoju i z początku wygląda na odrobinę zawiedzionego, ale widząc samotną Calamity natychmiast wyraz zawodu na jego twarzy zastąpiony zostaje szyderczym uśmiechem, w którym baczny obserwator dostrzec może nutkę zalotów.

 

 

Tony Jones: (wskazując na butelkę po winie) Chyba nie jesteś gotowa na przybycie mistrza, co?

 

 

Calamity: (rozgląda się po pomieszczeniu) A powinnam?

 

 

Tony Jones: Masz zamiar celebrować zwycięstwo pustą butelką?

 

 

Calamity: Mistrz... już wypił za swój sukces.

 

 

Tony Jones: (uśmiecha się szeroko) Hehe, masz rację księżniczko, nie jestem do końca trzeźwy, ale bez popitki nie przełknąłbym faktu z jakim frajerem przyszło mi walczyć.

 

 

Calamity: Powinieneś lepiej ważyć słowa.

 

 

Tony Jones: Właśnie! Zrozum ten pierdolony paradoks, po szkockiej nie jestem skąpy w gadce. W sumie nie tylko w tym, ale zaraz sama się przekonasz.

 

 

TeeJay pewnym krokiem zbliża się do kanapy i omijając przewrócony przez Crasha stolik zasiada obok kobiety, której tak bliska obecność wrestlera nie sprawia radości w związku z czym zaczyna się asekuracyjnie odsuwać.

 

 

Tony Jones: Wyluzj Cal, póki jeszcze możesz, dopóki moja wylewność nie dotyczy wpierdolu. (podsuwa się i kładzie jej rękę na kolanie) A to nastąpi szybciej niż szczytowanie tego frajera. Ale dla takiej ładnej buźki zawsze znajdę czas, masz teraz niepowtarzalną szansę wstąpić do obozu zwycięzcy.

 

 

Calamity: (zrzuca z kolana dłoń TeeJay’a) Chyba odmówię.

 

 

Tony Jones: Odmówisz?

 

 

Calamity: Muszę się powtarzać?

 

 

Tony Jones: (wybucha głośnym śmiechem, po którym momentalnie poważnieje) Posłuchaj dziecino, mi się nie odmawia. To jakby powiedzieć tygrysowi, że ma wpierdalać mandarynki. Nie przywykłem do tego.

 

 

Calamity: Czas porzucić przyzwyczajenia, masz niepowtarzalną szansę, nim Crash w main evencie przyzwyczai cię do czegoś innego.

 

 

Tony Jones: Myślę, że jedyne do czego może mnie przwyzwyczaić to do chujowego poziomu tej federacji. Jeśli ten main event to największe wyzwanie jakie mnie czeka to pewnie na następną galę nie zechce mi sie nawet wstawać z łóżka. Szczególnie jeśli coś mnie w nim powstrzyma.

 

 

Calamity: Po dzisiejszym main evencie? Stawiam, że to będą lekarze i wyciąg.

 

 

Tony Jones: (śmiejąc się) Miałem na myśli kogoś innego i chyba domyślasz się kogo.

 

 

Calamity: Nic z tego.

 

 

Tony Jones: Chujowo, chujowo skarbie. (grzebie w tylnej kieszeni z której wyjmuje telefon i pokazuje Cal) To mnie cholernie zachęciło.

 

 

Calamity: (przerażona) Skąd... jak... jakim cudem...

 

 

Tony Jones: Hehe, wyluzuj Cal, nie jestem prymitywnym czarnuchem z osiedla, który pobiegnie chwalić się tym przed kumplami. Potrafię zachować tajemnicę.

 

 

 

Calamity: (zszokowana)  ale...

 

 

Tony Jones: Widzisz, już podjęłaś decyzję a sama o tym nie wiedziałaś. Będziemy w kontakcie skarbie, rób swoje.

 

 

TeeJay z lekkim westchnięciem podnosi się z sofy pozostawiając przerażoną Calamity samej sobie.

 

*****************

 

I kolejny przeskok z szatni do szatni, tym razem dokładnym miejscem naszej wizyty jest azyl pewnego jegomościa zapisującego swoje imię trzema literami J. The Immortal, bo o nim mowa z czterema literami posadzonymi na ładnym fotelu, regeneruje siły po ostatniej walce. W jednej ręce trzyma lampkę szampana a drugą sięga po leżący na stoliku telefon, na którym wystukuje czyjś numer.

 

 

J.J.J: Vito! Przyjacielu!

 

 

Po tych słowach ekran dzieli się na dwie części – na jednej zobaczyć można dotychczasowe miejsce akcji czyli szatnię Immortala, na drugiej natomiast przekaz z jakiejś kawiarenki, gdzie przy stoliku, popijając owocowy koktail zasiada Vito Vendicativo.

 

 

Vito Vendicativo: Miło cię słyszeć, wszystko poszło zgodnie z planem ?

 

 

J.J.J: Czy kiedykolwiek The Immortal zawiódł swoich wielbicieli ?

 

 

Vito Vendicativo: Różnie bywało, wiesz przecież, że nie jestem tu bez powodu.

 

 

J.J.J: Jeśli mój przyjaciel, Vito Vendicativo oczekuje pełnej relacji, to The Immortal może mu powiedzieć tylko, że już nigdy więcej nikt go nie będzie w BGW katował mierną polska poezją.

 

 

Vito Vendicativo: Dawno nie dostałem tak radosnej nowiny. (bierze łyk koktailu) Można powiedzieć, że od chwili gdy poprosiłeś mnie o tę przysługę.

 

 

J.J.J: (przez śmiech) The Immortal też dawno nie był tak zadowolony i ma cichą nadzieję, że niebawem będzie mógł otworzyć kolejną butelkę szampana aby celebrować kolejny sukces.

 

 

Vito Vendicativo: Zacząłeś juz ją chłodzić?

 

 

J.J.J: Najzajebistszy z najzajebistszych wsadzi ją do zamrażarki równo z chwilą gdy jego najwięksi wrogowie będą tak samo zimni. Nie może się doczekać zaspokojenia swojego pragnienia!

 

 

Vito Vendicativo: Nie ma pośpiechu przyjacielu, wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Sam Bóg im nie pomoże.

 

 

J.J.J: Teraz to Vito i James Jack Johnson są ich bogami, niech błagają o litość!

 

 

Vito Vendicativo: To im pomoże ?

 

 

J.J.J: (po raz kolejny wybucha dławiącym śmiechem) Rób swoje przyjacielu, rób swoje.

 

************

 

Przenosimy się na zaplecze, a konkretniej – na jeden z korytarzy. Tam zastajemy Aero, który teraz oszołamia nas swoim technicznym kunsztem. Jeden z świeżo koronowanych BGW Tag champów nie ma dziś za wesołej miny. W ogóle sprawia wrażenie zatroskanego. Wreszcie, wchodzi do swej szatni, gdzie zastaje siedzącego na ławce swego managera – Christophera!

 

 

Christopher: Wreszcie jesteś! Musimy zadbać o odpowiednie przygotowanie – zarówno fizyczne, jak i strategiczne. To ostatnie szczególnie, ponieważ walczysz…

 

 

Aero(wchodząc mu w słowo): Tak, wiem, że walczę dziś z dwoma przeciwnikami. I muszę ci powiedzieć, że nie jestem z tego zadowolony. Powinienem skupić się na ważniejszych sprawach, niż pokazywanie dwóm pionkom, gdzie jest ich miejsce na planszy BGW.

 

 

Christopher: Ale masz okazję pokazać, że jesteś współrzędnym partnerem dla Crasha i tytuł zawdzięczasz również sobie. Pomyśl…

 

 

Aero: (na słowo Crash wykręca usta w zniesmaczonym grymasie) Niczego nie muszę udowadniać! Każdy, kto ma sprawne oczy i trochę intelektu widzi, ze tak jest. Dlatego też, by odhaczyć tą niemiłą formalność, nie wejdę na ring sam.

 

 

Christopher: Tak? A z kim?

 

 

Aero: Z tobą.

 

 

Christopher: (zaskoczony Z mną? Ale ja jestem tylko menagerem, poza tym…

 

 

Aero: Dokładnie – jesteś moim menagerem i czas, byś bardziej zaangażował się w przebieg mojej kariery. Dlatego będziesz stał w moim narożniku i czekał na zmianę, by dać mi kilka chwil wytchnienia…

 

 

Christopher: Nie sądzę, by był to dobry pomysł.

 

 

Aero: Albo będziesz mi towarzyszył w tej walce, albo to koniec naszej współpracy! Rozumiesz? Koniec, finito, end…

 

 

Christopher: Nie możesz mówić poważnie. Przecież to ja zrobiłem z ciebie wrestlera! To dzięki mnie masz jakąkolwiek przyszłość w tym interesie

 

 

Aero(z irytacją w głosi): Wypierdalaj.

 

 

Christopher: CO?!

 

 

Aero: Słyszałeś – WYPIERDALAJ! Nie chce już więcej widzieć cię na oczy. Pokażę, że sam daje sobie lepiej radę. Nie potrzebuję cię w ringu, ani w jego okolicach.

 

 

Christopher(wstając): Jeszcze będziesz błagał, by wrócić pod moje kierownictwo…

Były manager wychodzi z szatni, zostawiając technika całkowicie samego.

 

 

**************

 

Ledwie zdążyliśmy pożegnać z ekranu jednego Tag Team champa a już mamy przyjemność podziwiania drugiej części mistrzowskiej drużyny. Crash, który całkiem niedawno z hukiem opuścił swoją szatnię w taki sam sposób wchodzi do szatni innego zawodnika, jak się po wyważeniu drzwi okazuje – Armor Kinga. Wrestler w masce pantery zwrócony do tej pory w stronę ściany, na której zawieszony jest jakiś czarny pokrowiec, obraca się instyktownie i widząc nieproszonego gościa natychmiast zrywa się z miejsca i doskakuje mu do gardła.

 

 

Crash: Spokojnie.... powinieneś witać mnie serdecznie.... póki jeszcze możesz.

 

 

Armor King: (stalowym wzrokiem patrzy najpierw w oczy Crasha a potem na kij baseballowym w jego ręku)

 

 

Crash: Oh.... bez obaw.... liczę, że negocjacje pójdą na sprawnie (uderza kijem o swoją dłoń) i nie będę musiał angażować w nie.... rezerwowych środków.

 

 

Armor King: (ciągle patrzy na kij baseballowy)

 

 

Crash: Niebawem mój.... partner.... będzie uczestniczył w walce, ktorej bardzo się obawia.... starciu, które bardzo oddziałowuje na jego psychikę.... a ja naprawdę bardzo nie chcę żeby zwariował.... czy nie uważasz, że już mamy nazbyt wielu pierdolniętych zawodników w tej federacji?

 

 

Armor King: ....

 

 

Crash: Spójrz na siebie.... albo nawet na mnie... to boli, to naprawdę boli.... a ja go nie chcę narażać na ból.

 

 

Armor King: ...

 

 

Crash: Rozumiem, że to dla niego trudne.... w tej walce musi udowodnić swoją wielkość.... uzasadnić godność posiadania pasów Tag Team.... u boku kogoś takiego jak ja.... to baaaardzo stresujące, uwierz.... rozumiesz, prawda, że rozumiesz?

 

 

Armor King: (nie decyduje się nawet na najdrobniejszy gest potwierdzający zrozumienie)

 

 

Crash: To jak egzamin na prawo jazdy.... dobry egzaminator jest kluczem sukcesu.... dobry egzaminator pomaga pokonać największe przeszkody.... patrzę teraz na ciebie i widzę idealnego sędziego.... małomówmy, nieaktywny seksualnie.... liczę, że weźmiesz mojego partnera za rękę i doprowadzisz do zwycięstwa.... nie chcę abyś podał mu wygraną na tacy.... chcę jedynie, abyś przymknął oko na jego słabostki.... wiem w jakim kraju żyjemy.... wiem co jest gwarantem posiadania dobrego egzaminatora.... dlatego mam coś dla ciebie.

 

 

Armor King: (wzrasta w nim czujność)

 

 

Crash: (grzebie ręką w tylniej kieszeni) Jaki ja kurwa jestem dobry...

 

 

Zupełnie niespodziewanie Crash, wolną ręką, w której trzyma kij baseballowy, przyciska go do szyi Armor Kinga i nim ten reaguje już druga dłoń, trzymana dotąd w kieszeni, wspomaga pierwszą w nacisku na krtań zawodnika w masce pantery. Ten próbuje w jakiś sposób się bronić, ale każdy ruch nasila ból.

 

 

Crash: (dotyka swoim czołem czoła Armor Kinga) Jestem dobry.... dopóki nikt mnie nie wkurwi.... dla ciebie jestem.... obdarzam cię zaufaniem.... mógłbym cię teraz wyeliminować jak podrzędny problem.... ale daję ci swoje zaufanie.... (dłuższa przerwa) nie zawiedziesz mnie, prawda?

 

 

 

Insane One jeszcze przez chwilę przyciska Kinga do ściany, a kiedy ten przestaje już stawiać opór, puszcza go i ciągle trzymając przed sobą kij, odskakuje do drzwi.

 

 

Crash: Pamiętaj.... mogę tu wrócić.

 

 

Lecz narazie zniknął za drzwiami.

 

**************

 

Konrad Ochucki: Jesteśmy świadkami poważnych tarć wśród Tag Team champów.

 

 

Bogusław Montana: Crash jak na takiego pierdolca czasami zachowuje się całkiem rozsądnie.

 

 

Konrad Ochucki: To miły gest z jego strony, że pomógł partnerowi.

 

 

Bogusław Montana: Chodziło mi bardziej o to jak go przegonił.

 

 

Konrad Ochucki: Co w tym imponującego?

 

 

Bogusław Montana: Sądzę, że rządzący powinni oglądać wrestling. Intelektualnie nic nie stracą, bo i tak nie znają podstaw ortografii a tak przynajmniej nauczą sie stanowczości.

 

 

Konrad Ochucki: W jakich okolicznościach?

 

 

Bogusław Montana: Spójrz. Czy świat nie byłby piękniejszy gdyby Tusk pożegnał Klicha w stylu Aero?

 

 

Konrad Ochucki: Przestań angażować się politycznie, proszę.

 

 

Bogusław Montana: SŁUCHAM?! Mi na sercu leżą sprawy państwa, skoro ogląda mnie kilka tysięcy matołów mogę w końcu pokazać im prawdę.

 

 

Konrad Ochucki: (wchodzi w słowo partnerowi) Dość tego czas na kolejną wal...

 

Max Craven: (wchodzi w słowo Ochuckiemu) Ta walka będzie miała ważne skutki dla naszego kraju więc pozwolicie, że pojebię sobie na Hendrixona skoro jest okazja?

 

 

Konrad Ochucki: To nie jest najlepszy pomysł...

 

 

Bogusław Montana: Daj spokój Kondziu, kilka słów prawdy w tym kraju może nas wybawić.

 

**************

Single Mecz:

Filu vs. Jimmy Hendrixon

 

 

Z głośników rozbrzmiewa Silna Grupa Pod Wezwaniem - Panny z Cicibora, a pod Titantronem pojawia się postać byłego sumity z Cibra Dużego. Filu bardzo powolnym krokiem zmierza w kierunku ringu co by się nie zmęczyć. Przy marszu tym cały czas towarzyszy mu spory cheer publiki, fanki z pierwszych rzędów ośmielają się nawet klepać go po piersiach. Kiedy jest już przy kwadratowym pierścieniu, korzystając ze schodków, niespiesznie wchodzi do niego.

Z głośników uderza Jimi Hendrix - The Wind Cries Mary, a spod Titantronu wyłania się postać Jimmy’ego Hendrixona.

 

 

 

Zanim sędzia zdążył w jakikolwiek sposób zaprezentować nam swój autorytet, zawodnicy zabrali się do pracy. Początek zwiastuje nam festiwal punchów. Pierwszą wymianę wygrał Filu, chwycił więc Jimmy’ego za kark, cisnął nim w liny, ten jednak taki naiwny nie jest, zatrzymał się bowiem i sypnął w stronę rywala kilka niepochlebnych słów. Filu wygląda na wstrząśniętego tymi słowami, podchodzi więc do Hendrixona, ale zanim wymierzył plaskacza, został potraktowany kopem w brzuch. Kop ten pewnie wymieszał trochę w żołądku Chudego, Jimmy’ego to nie zadowalało, ponieważ postanowił wymieszać również zawartość czaszki swojego przeciwnika brutalnym łokciem w potylicę. Jednak Hendrixon to równy gość, zrobiło mu się szkoda Fila, więc podniósł go z powrotem do pionu, zadał dwa chopy, spróbował discus clothesline’a, został jednak powstrzymany i natychmiastowo powalony body slamem. Wieczór jeszcze młody, nie czas na sen, zgadzał się z tym Jimmy, bowiem szybciutko wstał na nogi nawet chciał uderzyć Chudego prosto w nos, temu jednak ta propozycja niezbyt przypadła do gustu, złapał więc marksistę i zrobił mu spinebuster. Szaleńcze tempo pojedynku najwyraźniej wykańczało obu wrestlerów, zrobili sobie więc przerwę, w międzyczasie trybuny coraz głośniej szalały.

Bogusław Montana: Bez obrazy panie Maxymilianie, ale… czy możesz pan kurwa sobie stąd iść?

 

 

Konrad Ochucki: O co ci chodzi Bogusławie?

 

 

Max Craven: Chyba coś ci się pomyliło

 

 

Bogusław Montana: Nie, po prostu wstyd mi, że się tak z wrestlerami spoufalam.

 

 

Max Craven: A ja z komunistami.

 

 

Bogusław Montana: Zaproponowałem więc niczym Salomon. Ty stąd idziesz, usiądziesz sobie na dupie przy ringu i każdy będzie zadowolony.

 

 

Max Craven: Jestem anarchistą i żaden śmieć nie może mi niczego sugerować, a tym bardziej rozkazać.

 

 

Bogusław Montana: Kondziu powiedz coś!

 

 

Konrad Ochucki: Panowie, potrzeba nam spokoju.

 

 

Bogusław Montana: Spokój, spokój… NIE, nie mogę! Zadzwoń do mnie kiedy on stąd pójdzie. (wstaje i odchodzi ze stanowiska)

 

Pierwszy wstał Filu, Hendrixonowi zajęło to kilka sekund dłużej. Nie wiedzieli od czego zacząć ponowne starcie, dlatego też zaczęli od punchów. Raz jeden, raz drugi, na zmianę. Gdzieś po dwudziestym świście pięści, ten, który ma więcej członów w ringnamie, uznał, że on to wszystko pierdoli, chwycił więc Fila za jego pokaźną rękę i próbował zwhipować do narożnika. Filu łatwo skontrował tą akcję i po chwili sam Jimmy został zepchnięty do kąta. Zanim zdążył jakkolwiek ustosunkować się do tej sytuacji, Chudy przygniótł go potężnym splashem. Zwolennik Marksa chciał osunąć się na ziemię, ale nawet tego uczynić nie mógł, bowiem został przygwożdżony jeszcze mocniej do narożnika za sprawę shoulder blocka. Filu poczuł w sobie moc, chwycił więc Jimmy’ego, usadowił na narożniku i ku wielkiej radości fanów zaczął wspinać się. Pierwsza lina, druga lina… niektórzy już przygotowywali gardła do tego, by podsumować tą akcję szaleńczymi okrzykami. JH zachował trzeźwość umysłu i  zepchnął Fila z narożnika. Ciciborska potęga upadła wprost na swe potężne plecy, ale nie zatarło to u niego woli zwycięstwa. Wstał, ale lekko oszołomiony skierował swoją twarz w stronę przeciwnego narożnika. Jimmy’emu to nie robiło różnicy, splótł dłonie i skoczył z double axe handlem… nie trafił jednak, bo Chudy czuł pismo nosem i odskoczył w odpowiednim momencie. Hendrixon zdezorientowany stał się idealną ofiarę dla Fila, on to z resztą wiedział. Zaczął nacierać na przeciwnika… ale zatrzymał się… tym razem Hendrixon w ostatniej chwili usłyszał za sobą tupot ciciborskich stóp, wystawił łokieć do tyłu, na który nadział się Filu.

 

 

 

Max Craven: Pieprzony śmieć! Co to za zagrywki?! Ten sędzia to pachołek Jazzowskiego.

 

 

Konrad Ochucki: Chcąc nie chcąc wszyscy jesteśmy jego pachołkami.

 

 

Max Craven: Mów za siebie, ja jestem niezależnym tworem ludzkim.

 

 

Konrad Ochucki: I jak przykładny anarchista odżywiasz się powietrzem?

 

 

Max Craven: Za co zjem to zjem, ale za swoje zjem, gardzę pieniędzmi Jazzowskiego.

 

Chudy, ogłuszony niedawno poprzez chory upadek na plecy, teraz stał ogłuszony jeszcze bardziej… zwolennik Marksa ujrzał chyba furtkę do zwycięstwa, rozpędził się, odbił od lin i już miał pokazać, dlaczego Japońce tak ubóstwiają lariaaatooooo… ale nie pokazał, bo najgrubszy człowiek tego biznesu odruchowo złapał biegnącego rywala i wykonał mu Asshole Slam. Gdy Jimmy, rozpłaszczony na środku ringu, odpływał do innej krainy, Filowi zaświeciły się oczy… uśmiechnął się i wykonał splash, który wywołał ogromną euforię na trybunach, okrzyki „Holy shit” nie schodziły z ust kibiców przez długie sekundy. Sędzia, oszczędzany przez cały pojedynek, nie był zbytnio skory do klepania w matę, rozleniwił się nam chyba… 1………2………3… Ciciborska potęga znów triumfuje!

 

 

Max Craven: (wstaje i zmierza w kierunku ringu) Brawo, brawo! Polska zatriumfowała!

 

 

Konrad Ochucki: Będą oficjalne gratulacje?

 

Chyba ta, bo oto Max Craven wchodzi do ringu i unosząc w górę ręke Fila ogłasza wszem i wobec jego triumf. Ten z początku celebruje zwycięstwo, ale w końcu podirytowany długością trwania celebracji wyrywa swą rękę po czym wychyla się za ring i prosi o coś technika, ten w ramach odpowiedzi rzuca w jego kierunku dwie puszki Perły! (ogromny cheer)

 

 

Max Craven: Brawo, brawo, mój przyjacielu. Dzięki tobie Polska ponownie zatriumfowała nad tymi czerwonymi kurwami!

 

 

Filu: (dziwnie spogląda na Cravena) W gruncie rzeczy nic do nich nie mam, mój dziadek głosował na PSL, mój ojciec głosował na PSL, i ja będę głosował na PSL gdy Vaclav albo Adam Małysz wystartują z ich list.

 

 

Max Craven: Poczekaj. PSL to ta partia, która tworzyła koalicje z czerwonymi kurwami?

 

 

Filu: Głosuję, bo tak nakazuje tradycja. To obowiązek każdego mieszkańca Cibora Dużego. Nie znam się na polityce.

 

 

Max Craven: Mniejsza o to… Mam dla ciebie prezent!

 

 

Craven wręcza Filowi czarną koszulkę, ten z początku ogląda ją krytycznym okiem, ale w końcu decyduje się na przyodzianie. Zakłada ją przez głowę, ale z powodu tuszy rozrywa się ona na dwie części dzieląc napis Jazzowski = Kutas. Ku nieszczęściu Cravena Filu zauważa owy napis przez co patrzy na niego jak na idiotę.

 

 

Max Craven: (spogląda na porwaną koszulkę) Potrzebny jest większy rozmiar, ale mimo to… liczy się symbol. Oficjalnie zostałeś członkiem ruchu Śmierć, Kutas i Zniszczenie!

 

 

Filu spokojnym ruchem otwiera piwo, a drugie wręcza Cravenowi, który czyni z nim to samo. Zawodnicy mają już wznieść toast kiedy zupełnie nagle i niespodziewanie Filu kopie Cravena w brzuch i wykonuje na nim Asshole Slam (Black Hole Slam)!!! (ogromny cheer)

 

 

Filu: Fajnie… Czuję się wręcz zaszczycony. Przez lata patrzyłem na to jak rozwijają się kariery Jazzowskiego i Vaclava, przez lata byli moimi idolami. Chciałem stać się dla Cibora dużego tym samym czym oni dla Łukowa i Białegostoku. I nadal chcę! Żaden pętak nie zmusi mnie do porzucenia moich ambicji swoimi pojebanymi fantazjami. (wznosi w górę piwo) Wasze zdrowie Lublin! (bierze wielkiego łyka co spotyka się z ogromnym cheerem)

 

Tymczasem na arenie zaczyna grać Crystal Castles - Alice in Practice, niemal równocześnie z głosem wokalistki na arenie pojawia się Anthony Saint-Michel wraz ze swoimi towarzyszami. Z obłoków sztucznego dymu jako pierwszy wyłania się Bunny, tanecznym krokiem przewodzi grupie pięciu ochroniarzy tworzących klucz otaczający Anthony’ego Saint-Michela. Po paru chwilach Saintan jest już w pierścieniu, dynamicznie wskakuje na narożnik i podnosi zaciśniętą pięść ku górze.

 

 

Single Mecz:

Anthony Saint-Michel vs Max Craven

 

 

Konrad Ochucki: A co to?

 

Bogusław Montana: (ponownie się przysiada) Spotkałem go na zapleczu, wydawał się szukać frajera do spuszczenia wpierdolu.

 

 

Konrad Ochucki: I zasugerowałeś mu Cravena?

 

 

Bogusław Montana: A czy nie zasłużył? Powiedz mi Kondziu czy nie zasłużył ?! Przyszedł tu i spieprzył mi reputację.

 

Konrad Ochucki: Nie będę za nim płakał.

 

Już na starcie St. Michel ukazuje swą siłę. Podnosi Cravena wysoko i rzuca na matę. Anarchista przez dłuższą chwilę trzyma się za plecy jednak w końcu motywuje się do przeprowadzenia kontrataku. Będąc jeszcze na ziemi rozpędza się i uderza barkiem w łydkę byłego rugbisty. Korzystając z chwili osłabienia oponenta szybko wstaje i uderza z Crossbody wprost w chwiejącego się Michela. Owa sztuka udaje mu się pierwszorzędnie i skutecznie powala kolosa na glinianych nogach. Członek Fuck The Milice wstaje i czeka na oponenta, ten nie spodziewając się zupełnie żadnego podstępu wstaje i natyka się od razu na próbe Running DDT ze strony Cravena, sprytny rugbista jednak w locie zostaje odepchnięty przez Anthony’ego. Max nie zraża się, odbija się od lin i wpada wprost na clothesline od Michela. Saintan podnosi przedstawiciela FTM i wykonuje mu potężny suplex. Czeka na Maxa i mamy Big Boot. Próba pinu: 1…2.. kick out!

 

Bogusław Montana: Co ten idiota robi ?!

 

 

Konrad Ochucki: Wydaje się, że twój wybraniec nie jest w najwyższej formie.

 

 

Bogusław Montana: To się zmieni, wierzę!

 

The Ultimate nie zwalnia tempa. Czeka w narożniku na Cravena, ten wstaje i unika Running Lariatu, Max odbija się od lin i uderza z Spearem! Pin:1…2.. kick out! Max Craven wchodzi na narożnik jednak w Saintana wstępują chyba nowe siły, ponieważ zrywa się i dołącza do Cravena. Obaj wymieniają uderzenia Craven chce stracić Anthony’ego jednak ten kontruje jego ciosy w Belly-to-Belly Suplex z top rope! Zawodnicy chwilę leżą na ziemi, pierwszy wstaje Anthony. Podnosi oponenta jedna ten uderza go w brzuch, powtarza to znowu i jeszcze raz. Chwyta Saintana i uderza z potężnym T-Bone Suplexem, co jest nie lada sztuką na takim rywalu. Craven wściekle dopada do rywala i mamy serie stompów. Członek FTM wdrapuje się na narożnik. Próbuje Moonsaulta jednak Tone odturlał się szybko. Obaj po chwili wstają, Saint-Michel whipuje Cravena, ale ten kontruje Lariatem! Max chwyta przeciwnika do Obalenia Systemu, wbiega z nim w narożnik, próbuje wyegzekwować German Suplex jednak nie udaje mu się podnieść Anthony’ego. The Ultimate wyrywa się i uderza z Spinning Backfist!

 

 

Bogusław Montana: Taka postawa mi się podoba!

 

 

Konrad Ochucki: Twój wybraniec jest blisko zwycięstwa.

 

 

Bogusław Montana: Jeśli pobije Cravena do nieprzytomności to wejdę do ringu i zaśmieję się mu w twarz.

 

 

Konrad Ochucki: To będzie prawdziwy akt odwagi.

 

 

Bogusław Montana: Dobra, przesadziłem. Nie wejdę do ringu,wstyd.

 

 

Konrad Ochucki: Tak też myślałem.

 

 

 

Saint-Michel czeka przy narożniku na wstającego Cravena, ten powoli zaczyna się podnosić. Michel chce wykonać Charge jednak Craven odsuwa się i Saintan rozpierdala bark o narożnik! Tę chwile słabości wykorzystuje Craven, chwyta od tyłu The Ultimmate’a i uderza z Obaleniem Systemu! Tym razem udaje mu się, pin: 1…2…….3!

 

 

Bogusław Montana: NIE! NIE! NIE!

 

 

Konrad Ochucki: Plan był dobry, St. Michel wydawał się odpowiednią osobą.

 

 

Bogusław Montana: Czyżby Solidarność Walcząca miała wrócić do władzy?!

 

 

Konrad Ochucki: Porzućmy tematy polityczne.

 

 

Bogusław Montana: Ale to naprawdę mnie przeraża. Gdyby nie Rejdych porzuciłbym tą pracę.

 

 

Konrad Ochucki: Ze względu na Solidarność Walczącą?

 

 

Bogusław Montana: Ze względu na uwłaczające warunki i towarzystwo.

 

 

 

*********

 

Po raz drugi dziś lądujemy w „areszcie szatniowym”, w którym zamknięty został Vaclav. Podobnie jak podczas ostatniej wizyty nie można doszukać się tu nic wartego uwagi. Mecenas Extremy niecierpliwie postukuje palcami o swoje kolano, a ochroniarz ponownie doszukuje się w tym zachowaniu czegoś podejrzanego. W końcu jednak cisza zostaje przerwana.

 

 

Vaclav: Szczerze powiedziawszy tamten kolega nie był nam do szczęścia potrzebny, zabawa nadal jest przednia.

 

 

Ochroniarz: Bez obaw, mimo wszystko niebawem do nas dołączy.

 

 

Vaclav: No ja mam taką cichą nadzieję, dziwny to człowiek, po piwo to chodzi się w podskokach.

 

 

Jako, że ochroniarz nie ma w tej kwestii nic do dodania, coś co mogłoby obalić tę madrą tezę, w pomieszczeniu po raz kolejny zalega niezręczna cisza. Trwa jednak ona zaledwie kilka sekund, bo szybko zostaje przerwana pukaniem do drzwi.

 

 

Vaclav: W końcu! Ileż można czekać!

 

 

Ochroniarz: Dziwne.

 

 

Członek gwardii Rejdycha zaniepokojony niewiadomo czym, z podejrzliwością charakterystyczną dla swojej profesji wstaje i ciągle trzymają rękę na umieszczonej u pasa pałce podchodzi do drzwi, otwiera je i... nie zastaje nikogo. Zdezorientowany wychyla się za próg, wychodzi z pomieszczenia i zamyka za sobą drzwi. Co dziwne nie wraca przez dłuższy okres czasu, a Vaclav nie byłby sobą gdyby nie sprawdził czy nic mu nie grozi. Otwiera drzwi i zamiast swojego opiekuna natyka się na krwawy, ściekający napis umieszczony na frontalnej ścianie – „Chciałem się wyrwać, ale znów mnie wciągnęli”. Mecenas Extremy rzuca spokojne spojrzenie na podłogę lubuskiego korytarza i po raz kolejny wybausza oczy ze zdziwienia, na widok cienkiej, czerwonej linii, ciągnącej się w nieskończoność.

 

 

Vaclav: (rzuca spojrzenie na szatnię) Piwo czy przygoda, oto jest dylemat...

 

 

Te wenętrzne rozdarcie nie trwa jednak długo, bo okazuje się, że Vaclav ma w sobie więcej z Robinsona niż alkoholika. Chwyta stojące gdzieś nieopodal krzesło i udaje się w kierunku, który wyznacza krwistoczerwona linia.

 

********

 

Niezmiennie znajdujemy się na jednym z korytarzy lubuskiej hali. Tym razem można zauważyć tu przechadzającego się Aero. Tag Team champ wyraźnie poddenerwowanym krokiem – i trudno mu się dziwić po tym jak potraktowany został przez swojego partnera – rozglądając się dyskretnie na boki podchodzi do jednych z dziesiątek drzwi. Co zastanawiające nie mają one tabliczki określającej przynależność do jakiegoś oficjela federacji bądź też jej zawodnika. The Technical jednak wie czego szuka, wyciąga rękę w celu zapukania i z sobie tylko wiadomych przyczyn zatrzymuje ją w połowie drogi, tylko po to aby po raz kolejny upewnić się iż nikt go nie śledzi. Kiedy ową pewność uzyskuje, uderza kilkukrotnie w drewnianą powierzchnię, po tym sygnale da się z wnętrza pomieszczenia usłyszeć polecenie, po którym Aero odważa się wejść do środka. Niestety podobną odwagą nie wykazuje się kamerzysta, który decyduje się zostać na korytarzu. Nie zaspokaja co prawda naszej ciekawości, ale jego obecność tu już po kilku sekundach weryfikuje instynkt zachowawczy Aero. Chwilę po zniknięciu Technicala w czeluściach tajemniczej szatni w obiektywie kamery pojawia się Neisan. Japończyk skrada się na palcach do drzwi i zaczyna podsłuchiwać. Z pewnością festiwal grymasów na jego twarzy nie jest spowodowany zniesmaczeniem swoim zachowaniem.  Jego oczy z każdą sekundą coraz bardziej wychodzą z orbit a usta otwierają się coraz szerzej. Cała sytuacja trwa kilkanaście sekund, po których Neisan zupełnie nagle, słysząc zabawne coś niepokojącego próbuje uciec z miejsca podsłuchu, ale natyka się na Izzy’ego Nilsena.

 

 

Izzy Nilsen: Zgubiłeś się mały?

 

 

Neisan: Można tak powiedzieć.

 

 

Izzy Nilsen: Gdyby zajebanie ci nie wiązało się z ryzykiem zruszenia gówna prawdopodobnie bym to zrobił i wskazał ci właściwą drogę do domu.

 

 

Neisan: (odchodząc z miejsca podsłuchu) Nie ma takiej konieczności...

 

 

Izzy Nilsen: (obserwując oddalającego się Neisana, sam do siebie) Szkoda, wielka szkoda.

 

 

********

Tym razem realizator serwuje nam lekkie oderwanie od zaplecza i ringu, ażeby przyadkiem się ta klasyczna konwencja nam nie przejadła. W zamian za to przenosi akcję na ulicę, dość ruchliwą ulicę, na której, wśród licznych przechodniów możemy zobaczyć tego jednego, odznaczającego się nietypowym ubiorem w stylu lat 30, z głęboko naciśniętym na twarz kapeluszem, długim tweedowym płaszczu i z bukietem żółtych róż w ręku. Pewnym krokiem przemierza on chodnik, nie robiąc sobie nic z potrącanych przechodniów, którzy posyłają w jego kierunku niewybredne komentarze. Po przejściu kilkunastu metrow mężczyzna przechodzi przez ulicę i staje naprzeciw budynku opisanego szyldem „Gdański szpital miejski”. Następny przystanek funduje sobie dopiero przy recepcji, gdzie w ramach oddania szacunku zdejmuje swój kapelusz odsłaniając uśmiechnięte oblicze, to Vito Vendicativo.

 

 

Vito Vendicativo: Przepraszam panią, chciałbym się dowiedzieć, w której Sali leży moj drogi przyjaciel Benito Demjaniuk?

 

 

Pielęgniarka: Proszę chwilę poczekać.

 

 

Kobieta wstukuje kilka wyrazów w klawiaturę służbowego komputera, a serdeczny uśmiech na jej twarzy zamienia się w nieprzeniknioną troskę.

 

 

Pielęgniarka: Czy pan jest członkiem rodziny?

 

 

Vito Vendicativo: Droga siostrzyczko, Benito jest dla mnie bliższy niż rodzony brat! Pół świata przejechałem gdy dowiedziałem się jakie nieszczęście go spotkało.

 

 

Pielęgniarka: Sama nie wiem czy mogę udzielić panu tej informacji, pana przyjaciel jest w ciężkim stanie.

 

 

Vito Vendicativo: Siostrzyczko, zajmę mu tylko chwilę, to róże wprost z sycylijskich ogrodów, mój przyjaciel je uwielbia (wyjmuje jedną i podaje pielęgniarce) Proszę, to dla pani.

 

 

Pielęgniarka: Dziękuję. Pańskiemu przyjacielowi potrzebny jest przede wszystkim spokój, więc proszę go niepotrzebnie nie stresować (szeptem) sala 211.

 

 

Vito Vendicativo: (śmiejąc się) Kiedy mnie zobaczy natychmiast mu się polepszy! Dziękuję siostrzyczko.

 

Mafioso obraca się tyłem do pielęgniarki, a jego twarz ogarnia szyderczy uśmiech, który jest ostatnią rzeczą jaką tu widzimy.

 

********

 

Po raz pierwszy dziś przenosimy się do gabinetu Nasa Jazzowskiego. Jak się dowiedzieliśmy wcześniej komisarza nie ma dziś wśród nas więc nie dziwi nikogo widok Jana Rejdycha, zajmującego miejsce w jego fotelu. Wyraz twarzy porucznika wyraźnie chce nam powiedzieć, że to nie jest odpowiedni moment na wizyty. Chce to powiedzieć również osobie, która stoi za drzwiami gabinetu i puka w nie zawzięcie, ale ta fizyczna bariera mu to uniemożliwia. Dlatego też w końcu decyduje się przemówić.

 

 

Jan Rejdych: Wejść.

 

 

Niemal równocześnie z wydanym poleceniem drzwi się otwierają a w gabinecie pojawia się jeden z członków gwardii Rejdycha. Z miejsca salutuje swemu przełożonemu pozostając w pozycji zasadniczej.

 

 

Jan Rejdych: Spocznij. Z czym do mnie przychodzicie ?

 

 

Ochroniarz: Melduję, że jakaś kobieta wdarła się do budynku i chce za wszelką cenę rozmawiać z porucznikiem.

 

 

Jan Rejdych: Wylegitymowaliście ją ?

 

 

Ochroniarz: Aleksandra Borsuk.

 

 

Jan Rejdych: Wyrzucić.

 

 

Ledwie zdążył wypowiedzieć te słowa a na framugi drzwi opadła kobieta z rozczochranymi włosami i łzami w oczach, tuż za nią do gabinetu wpada dwóch ochroniarzy, którzy próbują ją złapać. Ta jednak wykazuje się niecodzienną zwinnością, umyka im i pada do stóp Rejdychowi.

 

 

Kobieta: Mój drogi panie! Mój mąż zaginął, mój kochany mąż!

 

 

Gwardia Rejdycha opanowała już sytuację i biorąc kobietę pod ramiona, zaczyna się powoli wycofywać z pokoju.

 

 

Kobieta: Zostawcie mnie! Chcę wiedzieć co się dzieje z moim mężem! Co mu zrobiliście ?! Tchórze, przyznajcie się!

 

 

Słowo „tchórz” zadziałało na Rejdycha jak płachta na byka, momentalnie doskakuje do kobiety i zaczyna patrzyć jej głęboko w oczy, a kiedy ta próbuje go opluć, podnosi rękę i... wskazuje jej miejsce na fotelu naprzeciw biurka.

 

 

Jan Rejdych: Proszę usiąść.

 

 

Kobieta: (siadając i całując rękę Rejdycha) Przepraszam, przepraszam, ale chyba postradałam zmysły z tego strachu!

 

 

Jan Rejdych: Chodzi o pani męża, Filipa Borsuka ?

 

 

Kobieta: Mojego kochanego męża, jedynego żywiciela rodziny. Co się z nim stało, co ?!

 

 

Jan Rejdych: Proszę się uspokoić, to nie koniec świata.

 

 

Kobieta: (wytrzeszczając oczy) Nie koniec świata ?!

 

 

Jan Rejdych: (wyciąga zza pazuchy piersiówkę i pociąga łyka)  Droga pani, koniec świata będzie w momencie gdy wódka podrożeje. Ludzie codziennie giną, a co kurwa lepsze czasami się też znajdują!  Nie ma co panikować.

 

 

Kobieta: On był jedynym żywicielem rodziny!

 

 

Jan Rejdych: Czas więc wziąć się za robotę, nabrać życiowego doświadczenia.

 

 

Kobieta: Ale...

 

 

Jan Rejdych: Nie ma „ale” szanowna pani, rynek pracy jest otwarty, dla chcącego nic kurwa trudnego! Jeśli potrzebuje pani motywacji to powiem, że są trzy opcje : mop, dawanie dupy albo śmierć. Czuję że tak honorowa dama jak pani prędzej pierdolnie w kalendarz niż skorzysta z pozostałych dwóch opcji.

 

 

Kobieta: (zamurowana) Ale ja mam dzieci.

 

 

Jan Rejdych: No to trzeba było tak od razu! (kolejny łyk z piersiówki) Trzeba uczyć ich życia, dać kopa w dupe i posłać do roboty. Młode są, mają dużo energii, zamiast marnotrawić ją na zabawę grzechotką czy klikanie w komputer niech wezmą się za coś pożytecznego.

 

 

Kobieta: (ponownie zaczyna płakać) Znajdziecie mojego męża ?!

 

 

Jan Rejdych: Zobaczy pani (pokazuje zaciśnięte kciuki) Tak ja kurwa kibicuję tym poszukiwaniom, całym sobą! Co ja więcej mogę ? Nic droga pani, nic.  (bierze kolejny łyk z piersiówki) A teraz proszę iść na świeże powietrze, to dobrze pani zrobi, a my się wszystkim zajmiemy.

 

 

Porucznik wykonuje nonszalancki gest dłonią a dwóch ochroniarzy wyprowadza płaczącą kobietę z pokoju. Jeden, ten który przyszedł oznajmić Rejdychowi wizytę, nadal zajmuje postawę zasadniczą.

 

 

Jan Rejdych: Sądźcicie, że dodałem jej otuchy ?

 

 

Ochroniarz: Z pewnością. panie poruczniku.

 

 

Jan Rejdych: Wiele mnie kosztowała ta empatia. Macie jakieś wieści na jego temat?

 

 

Ochroniarz: Niestety nie panie poruczniku.

 

 

Jan Rejdych: (popada w zamysł) W tę wojnę nie powinni być wciągani cywile, ktoś tu przekroczył granicę. (bierze łyk z piersiówki) Sprowadźcie mi tu Nilsena, był tam, może mieć z tym zaginięciem coś wspólnego.

 

 

Ochroniarz: Tak jest panie poruczniku.

 

********

 

Po raz kolejny zagubiony kamerzysta postanowił szukać wrażeń na korytarzu lubuskiej hali gdzie do tej pory miało miejsce kilka ciekawych scesji. Tym razem da się tu zauważyć Maxa Cravena w czarnej koszulce Śmierć, Jazzowski i Zniszczenie, niespodziewanie na ten widok kamerzysta zaczyna się asekuracyjnie wycofywać do tyłu.

 

 

Max Craven: (przeciera oczy ze zdziwienia) Ja pierdole. (przyspiesza kroku) Czy to nie mój stary znajomy ? Dlaczego uciekasz ?

 

 

Członek legendarnego Fuck The Milicja nie doczekuje się odpowiedzi, ale w związku z tym, że jest wrestlerem i przewyższa sprytem otyłego kamerzystę dopada do niego, tak że cała jego twarz zajmuje obiektyw kamery.

 

 

Max Craven: Zostawiasz mnie w potrzebie? Akurat dziś kiedy mam ochotę spuścić komuś ostry wpierdol ? (zaczyna ciągnąć za kamerę co powoduje chwilowe zakłócenia) Widzę, że pan sprawił swojej suce nową zabawkę. Domyślasz się co z tym zrobię?

 

 

Kamerzysta z offu: Nie, proszę, nie rób tego.

 

 

Max Craven: Czyżby twój pan potrącał ci za zniszczony sprzęt z wypłaty? A to skurwiel! Teraz już nie masz powodu żeby go kryć więc jeśli chcesz włożyć coś do mordy rodzinie w tym miesiącu powiedz mi gdzie znajdę kutasa.

 

 

Kamerzysta z offu: Kogo?

 

 

Max Craven: A to ci zagadka...

 

 

Na te słowa przewodniczący ruchu Śmierć, Jazzowski i Zniszczenie obraca się ukazując napis na plecach głoszący Jazzowski = Kutas.

 

 

Max Craven: Masz jakieś obiekcje? To klarowne i proste jak kurwa... drut. Albo ty pomożesz mi albo ja pomogę tobie w utracie pracy. Ponawiam więc pytanie, gdzie jest Jazzowski?

 

 

Kamerzysta z offu: Z tego co mi wiadomo nie ma go dziś w hali.

 

Max Craven: Ukrywa się przede mną? Czy znalazł swoje miejsce przy garach? Przecież przez ten jego komunistyczny odór jaki za sobą zostawia znalazłbym go nawet na końcu pieprzonej galaktyki. (pauza) Myślisz, że to ogląda?

 

 

Kamerzysta z offu: Być może.

 

 

Max Craven: Zaskoczyłeś mnie skurwielu, naprawdę zaskoczyłeś, ale to nie była miła niespodzianka dlatego zasłużyłeś sobie na to abym sprał cię jak Vizir i wypłukał sobie tobą wnętrzności jak Perwool. Tylko, że ciebie tu nie ma. Jak Rakowski w 88 boisz się odpowiedzialności, bo gdybym cię kurwa teraz znalazł to dyndałbyś na tym swoim czerwonym krawacie. Za co?! ZA CO?! Za całokształt kurwa, od tej wielkiej kariery w EWF, która gówno obchodzi nawet Ochuckiego po bycie niesamowitą wycieraczkę dla moich butów ubabranych w gównie zwanym Anthony Saint-Michel. Naprawdę myślałeś idioto, że napompowany brudas, którego życiową pasją jest uganianie się za świńskim pęcherzem może mi z powodzeniem podstawiać nogę? Myślę, że pogo na piszczelach skutecznie go od tego odwiodło. W związku z tym chcę się rozwijać, chcę wchodzić na większe parkiety i zatańczyć na twojej mordzie... ponieważ jesteś chujem Nas. Możesz to traktować jako przyjęcie wyzwania, a jeśli zapomniałeś to mogę jeszcze raz wystawić na pośmiewisko twoją niedorobioną przyjaciółkę, która musi stawać na stołku żeby dostać ci do lachy... chociaż wcale taki wielki nie jesteś... jesteś tylko chujem Nas, TYLKO CHUJEM!

 

 

Craven czerwony ze wściekłości na niebezpieczną odległość zbliża się do kamery po czym pojawiają się jakieś zakłócenia a obraz znika na zawsze.

 

********

 

Jak doskonale pamiętamy, w trakcie ostatniego segmentu z Vaclavem Mecenas Extremy zdecydował się podążać ścieżką nakreśloną przez krwistoczerwoną linię. Dokąd go zawiodła? Jeszcze nie wiemy, ale niebawem zaspokoimy swoją ciekawość, bo jej śladem, za plecami Vaclava podąża również kamerzysta. Idą tak sobie w najlepsze, nie mijają nikogo do momentu gdy Mecenas Extemy nie staje jak wryty. Podobnie operator kamery. Przez szerokie plecy Hardcore Hero nie możemy się dowiedzieć co ich do tego postoju zmusiło i trwałby to pewnie w nieskończoność gdyby Vaclav się nie pochylił odsłaniając przy tym zwłoki Tonny LL Gunna! Naczelny gangster BGW okazuje się być metą krwawej ścieżki, ale chyba nie całego wyścigu. Świadczyć może o tym sposób w jaki ułożone są jego zwłoki, a w szczegołności prawa dłoń, która wyciągnięta do przodu, jednym z palców wskazuje kierunek. Mecenas Extremy ze względu na swoje bogate doświadczenie w dziedzinie symboliki szybko wyłapuje wskazówkę i bez słowa udaje się we wskazanym kierunku.

 

********

 

Tym realizator serwuje nam coś czego dawno nie widzieliśmy – czarny ekran, któremu przez pierwsze sekundy nie towarzyszy żaden dźwięk, właśnie, przez pierwsze sekundy.

 

 

Głos z offu: Byłem jak dziecko.

 

 

Po tych słowach na ekranie pojawia się obraz dziecka, siedzącego samotnie na placu zabaw, opartego o konstrukcję huśtawki, obserwującego jak stado rowieśników ugania się za sobą w ramach jakiejś zabawy.

 

 

Głos z offu: Mały, odrzucony przez rowieńsników gnojek, który miał cel.

 

 

Dziecko spogląda na niebo z rozmarzoną miną.

 

 

Głos z offu: Cel przez, który został niejednokrotnie sponiewierany przez przyszłe suki wielkich korporacji i układaczy polbruku.

 

 

W rozmarzonego dzieciaka uderza piłka, która wytrąca go z rozmyślań. Po chwili podbiega do niego właściciel skórzanej kulki i zaczyna pokrzykiwać coś w kierunku biednego chłopca. Dziecko wydaje się być nadal oderwane od rzeczywistości, chociaż patrzy na swego adwersarza to jego wzrok jest nieobecny.

 

 

Głos z offu: Urodziłem się do bycia ponad nimi, dlatego się mnie bali, woleli trzymać dystans.

 

 

Dzieciak, który jeszcze chwilę wcześniej wydzierał się na swego rowieśnika, zamurowany na moment jakimś widokiem, szybko chwyta piłkę pod pachę i płochliwie oddala się z kadru.

 

 

 Głos z offu: To był błąd i teraz to wiedzą. Mają tą wiedzę jak ten, który obrał inną strategię, mając mnie blisko chciał powstrzymać narodziny legendy.

 

 

Do małolata podchodzi dorosły osobnik, choć jest odwrócony plecami, po których spływają gęste włosy, można zauważyć, że jego głowa  jest mocno pochylona, dając wyraz przygnębieniu. Człowiek ten wyciąga w kierunku dziecka dłoń, to z początku chce odwzajemnić uścisk, ale zupełnie niespodziewanie rzuca się na nią z zębami! Przerażony człowiek próbuje się wyrwać, ale szczęki coraz bardziej wżynają się w jego palce, a na policzkach dziecka da się zauważyć cieknące strużki krwi. Zrozpaczona postać bierze zamach i już chce uderzyć wściekłe dziecko, ale nagle zostaje powalona potężnym uderzeniem metalową rurą wprost w głowę, a w kadrze pojawia się Izzy Nilsen! Black Wings z fajką w ustach, zimnym wzrokiem spogląda na swoją ofiarę, po czym ściąga ostatniego bucha, rzuca papierosa we włosy mężczyzny i przydeptuje niedopałek podeszwą swego buta. To jednak nie koniec tortur, Nilsen pochyla się nad mężczyzną i wyciąga coś z jego kieszeni, a następnie wręcza to dziecku o demonicznym wyrazie twarzy. Kamerzysta natychmiast robi stosowne przybliżenie ukazując owy prezent – lalkę Vodoo.

 

 

Głos z offu: Dziś naprawiam błędy przeszłości, biorę swój los w swoje ręce i sprowadzam go na właściwą ścieżkę.

 

 

Izzy bierze za rękę małego chłopca i prowadzi go w nieokreślonym kierunku, pozostawiając zwijającego się z bólu mężczyznę, z fontanną krwii tryskającą z dłoni,  samemu sobie.

 

 

 

**************

 

 

Znowu lądujemy w surrealistycznej szatni Crasha, która całkiem niedawno została nawiedzona przez równie surrealistycznego Tony’ego Jonesa, którego zamiarów nikt chyba nie zna. Jak doskonale pamiętamy ostatnim razem Calamity była dość znudzona, teraz, łkając z głową schowaną w kolanach i potarganymi włosami pewnie się już nie nudzi, chociaż może by wolała. Taką właśnie przykrą sytuację zastaje powracający ze spotkania biznesowego Crash.

 

 

Crash: Płaczesz? Stało się coś?

 

 

Calamity: On...

 

 

Crash: On?

 

 

Calamity: Był tu...

 

 

Crash: Kto? I po chuj?

 

 

Calamity: Vaclav! VACLAV! On tu był!

 

 

Crash: (jego twarz wykrzywia się we wściekłym grymasie) ...

 

 

Calamity: Mówiłam ci, mówiłam... On nie odpuści, jeśli powiedziałeś A nie możesz zrezygnować...

 

 

Crash: (coraz bardziej się w sobie gotuje) ...

 

 

Calamity: Musisz to zrobić Crash! MUSISZ! Nie czuję się bezpiecznie... gdyby nie ochrona... on by mnie skrzywdził... dobierał się do mnie!

 

 

Crash: (czerwienieje na twarzy) ...

 

 

Calamity: Powiedział, że mnie dopadnie... poza halą... w domu... co ja zrobię Crash? Pomogłam ci... liczyłam, że zapewnisz mi bezpieczeństwo... proszę , ocal mnie.

 

 

Te słowa chyba doszły do Crasha, bo adekwatnie do sytuacji, piznął potężnie drzwiami i wkurwiony jak jeszcze nigdy, z kijem baseballowym u boku, opuścił pomieszczenie.

 

 

 

**************

 

Konrad Ochucki: Zdenerwowany Crash nie jest dobrym prognostykiem. W ogóle dlaczego Calamity go okłamała?

 

 

Bogusław Montana: Kobiety to suki.

 

 

Konrad Ochucki: Takie deklaracje mogą przysporzyć nam kłopotów.

 

 

Bogusław Montana: To szczera prawda. Miałem 5 żon i każda bierze ode mnie alimenty na bachory.

 

 

Konrad Ochucki: To chyba słuszne.

 

 

Bogusław Montana: Dwóch z nich to pierdoleni murzyni, utrzymuje obce plemię!

 

 

Konrad Ochucki: Zdradziła cię?

 

 

Bogusław Montana: (zawst

 

Handicap Mecz:

Aero vs. Neisan & Revan – Sędzia specjalny – ARMOR KING

 

 

 

ydzony) To akurat mój błąd, nie chcę o tym mówić.

Zaczyna grac Kokkui No Tenyo japonskiego zespolu Onyomuza. Oczywiscie, towarzysza temu dziwne efekty swietlne i blyskowe. Przy jednym z dalszych wejsc na arene pojawia sie Neisan! Zawodnik spokojnym krokiem przechodzi w strone ringu, gdzie wykonuje swój taunt polaczony z rozblyskiem swiatel.

 

Three Days Grace- Gone Forever – na arene wchodzi powazny Aero. Spod kaptura spoglada wrogo w strone ringu, zdajac sobie sprawe z czekajacych go trudnosci. Gdy jest juz po srodku kwadratowego pierscienia, zdejmuje bluze i zajmuje miejsce w jednym z narozników.

 

The Union Underground I utwór “Across The Nation.” Czerwone swiatla migaja w rytm utworu. Kamera zahacza jeszcze o zaplecze, gdzie tuz za wejsciem na rampe czeka Revan. Gdy moment jest ku temu odpowiedni, to wchodzi on na arene i wykonuje swój taunt. Gdy znajduje sie na linach, to podnosi obie rece ku górze, a po ugaszeniu pyro w naroznikach wchodzi na jeden z nich.

 

Z glosników uderza Dsiturbed z „Warrior” a z wejscia na arene wylania sie Armor King, ubrany w koszulke sedziego w wersji bez rekawów. Zawodnik noszacy maske pantery spokojnie dochodzi do ringu, gdzie groznym, kocim spojrzeniem spoglada na wszystkich uczestników walki

 

Gdy wreszcie cała czwórka znajduje się w ringu, specjalnie oddelegowany do sędziowania tej walki Armor King skinieniem ręki wyprasza jednego zawodnika z dwójki Revan/Neisan za liny. Nie musi przy tym wypowiadać żadnych słów – taki emanuje z niego koci autorytet. Aero spokojnie przygląda się temu wszystkiemu z okolic przeciwległego narożnika. Wreszcie obaj doszli jakoś do porozumienia i to zamaskowany zapaśnik rodem z L.A. Armor King każe uderzyć w gong i zaczynamy! Technical w dwa skoki dotarł do swojego przeciwnika i zaczął zasypywać go gradem kopnięć oraz uderzeń pięścią. Wreszcie, sprowadza go do parteru double leg takedown i chce zabierać się za montowanie jakieś dźwigni na rękę Ravena. Ale zamiar ten spalił na panewce, ponieważ luchador zdążył wyzwolić kończynę i wyturlał się za ring. Aero chce podążać za nim, jednak koci arbiter całą stanowczością swego autorytetu mu tego zabrania i gestem ręki zaprasza Ravena z powrotem na ring. Gdy tak się staje w istocie, adept meksykańskiej szkoły zapaśniczej odbija się od lin, unika wystawionej do clotheslinea ręki Aero, odbija się od drugich lin i wyskakuje z efektownym spinning heel kickiem! Ale co to? Technik uchyla się przed kopnięciem i pozwala swojemu oponentowi upaść na matę. Wtedy to już ankle lock jest łatwy do założenia. Dla pogorszenia sprawy, Aero przysiadł na macie, uniemożliwiając Revanowi jakikolwiek ruch w kierunku lin. Armor King spogląda mu prosto w twarz, wypatrując oznak rezygnacji z walki. Jednak nie dostrzegł już Neisana wbijającego na ring, odbijającego się od lin i uderzających low kick prosto w plecy Aero! Chwyt zostaje zwolniony, zaś Armor King zaczyna groźnie ryczeć!

 

Konrad Ochucki: Armor King sprawia wrażenie solidnego arbitra.

 

 

Bogusław Montana: Mieliśmy Borsuka, kot może się sprawdzić.

 

 

Konrad Ochucki: Jak w reklamie Netii.

 

 

Bogusław Montana: To najlepszy dowód na to, że ludziom można wcisnąć największego gówno, aby było dobrze opakowane.

 

 

Konrad Ochucki: To dość krytyczna opinia.

 

 

Bogusław Montana: Mam do niej powody. Być może fani wrestlingu byliby zadowoleni, ja potrzebuję regularnego łącza.

 

 

 

 Przerażony japończyk próbuje go jakoś ugłaskać, jednak i tak zostaje mu pokazany jego narożnik, gdzie ten się w końcu wybiera. Aero łapie się za obolałe plecy, zaś Revan wreszcie doczołgał się do Tag partnera i dokonuje zmiany! Natan cierpliwie czeka, a gdy były high flyer, a obecnie technik, wstaje na równe nogi, to japończyk wbija się na liny i odbijając się z nich uderza w niego missile drop kickiem! Obaj wrestlerzy leżą, zaś Armor King porykując ich odlicza, w czym pomaga mu publiczność, wykrzykując kolejne liczby. Dochodzi do siedmiu, gdy obaj zawodnicy wracają do pozycji pionowej. Dochodzi do zwarcia, w którym przewagę zdobywa Aero, aplikując japończykowi klasycznego sleepera. Techniczny postanawia uziemić przeciwnika i zmusza go chwytem do ułożenia się na macie. Neisan nie stara się wyrwać głowy, lecz nogami szuka lin. Jego ruchy stają się coraz wolniejsze, ale przy maksymalnym wysiłku i rozciągliwości swego ciała zaczepia o najniższą linę. Armor King próbuje zmusić Aero do puszczenia chwytu, jednak the technical wykorzystuje okazję do końca, puszczając Neisana dopiero, gdy koci sędzia chwyta go za ramię. Aero jest w pełni skupiony, odchodzi kilka kroków w tył i przyjmuje pozycje półprzysiadu, czekając na dogodny moment, by rzucić się na zamaskowanego zapaśnika. Trochę to zajmie, bo Neisan musi pomagać sobie chwytaniem lin, by wstać. I gdy chwyta trzecią, to technical rusza lekko pochylony z natarciem, ale… azjatycki high flyer przeskakuje nad nim leapfrogiem! Po lądowaniu nie traci czasu, a zaskakuje rywala school boyem! Armor King pinuje: 1…2! Aero wykopał. Neisan wskakuje na drugą linę i spada na technicznego lionsaultem! Revan z narożnika dopinguje swojego Tag partnera, a ten niesiony falą wsparcia wchodzi na najbliższy narożnik i wykonuje 450 splash, ale nadziewa się wprost na kolana Aero! Ponownie – obaj zawodnicy leżą, Armor King porykuje, a Revan wyciąga rękę w kierunku japończyka. Ten powoli, systematycznie czołga się tam, ale Aero łapie go za noge i odciąga go z powrotem! Revan zaczyna podskakiwać, nawet wspiął się na liny… Sprawy dla Neisana maja gorszy przebieg, bo techniczny chwycił go za rękę i założył criple crossface! Zamaskowany azjata wyciąga wolną rękę przed siebie, macha nią w miarę energicznie, kilka razy zdarza mu się uderzyć w matę z powodu siły zamachu. Armor King widząc trzecie takie uderzenie każe uderzyć w gong! Chwilkę po tym wyszeptał do ucha ring announcera wynik walki: Zwycięzca przez poddanie – Aero! Technik wstaje i opuszcza ring celebrując, zaś niepocieszony Neisan dochodzi do siebie i patrzy na Armor Kinga. Powoli wstaje i zaczyna sprzeczać się z kocim sędzią…

 

 

Konrad Ochucki: Co się stało?!

 

 

Bogusław Montana: Idzie Wielkanoc, Armor King nas wybawił!

 

 

Konrad Ochucki: Przerywając walkę?

 

 

Bogusław Montana: Przerywając walkę.

 

 

Konrad Ochucki: Ja jestem trochę zawiedziony, wszystko rozwijało się niesamowicie ciekawie.

 

Bogusław Montana: Nie oszukujmy się, była wciągająca jak przygody Koziołka Matołka. A Armor King zrobił mu przysługę i wskazał Neisanowi drogę do Pacanowa.

 

 

Konrad Ochucki: Coś w tym jest…

 

 

 

**************

 

 

Znowu kamerzysta zdecydował się na śledzenie jednego z zawodników (jak pamiętamy w przypadku Maxa Cravena skończyło się to dla niego tragicznie), tym razem jest to Izzy Nilsen. Black Wings ubrany w wytarte jeansy i czarną koszulę z rozpiętymi dwoma ostatnimi guzikami dostojnie przemierza korytarz lubuskiej hali. Po paru sekundach marszu zbacza lekko z trasy i staje przed drzwiami oznaczonymi tabliczką „Nas Jazzowski”, chwyta za klamkę i zdecydowanym ruchem ciągnąc ją do siebie uchyla rombek pomieszczenia, wyjątkowo ciemny rombek. Kiedy jednak przechodzi przez próg możemy zauważyć, że to światła w całym gabinecie są zgaszone. Zaniepokojony Nilsen asekuracyjnie wycofuje się do tyłu i to właśnie przy pierwszym z takich kroków na jego twarz pada wąska aczkolwiek intensywna struga światła, która rozświetla odrobinę postać siedzącą za biurkiem.

 

 

Jan Rejdych: Zamknij drzwi.

 

 

Nilsen przez chwilę się waha, stojąc na granicy gabinetu i korytarza.

 

 

Jan Rejdych: Powtarzam. Zamknij drzwi i siadaj.

 

 

Black Wings niepewnie wykonuje pierwsze polecenie po czym niespiesznie zmierza do krzesła stojącego naprzeciw biurka Rejdycha.

 

 

Jan Rejdych: Czy ten gabinet wygląda jak pierdolony wybieg dla anorektyczek? Rusz dupsko panienko!

 

 

Your Personal Nightmare nie wzrusza się na płynące w jego stronę obelgi i z niezachwianym spokojem dociera do krzesła, po czym zajmuje na nim miejsce i rozpierając się w nim wygodnie uśmiecha się ironicznie.

 

 

Izzy Nilsen: Mogę w czymś pomóc?

 

 

Jan Rejdych: (kierując smugę światła wprost w oczy przesłuchiwanego) Jesteś głównym podejrzanym w sprawie zaginięcia zasłużonego pracownika Blood Guts Wrestling – Filipa Boruska.

 

 

Nilsen zirytowany walącą mu po oczach smugą światła sięga do górnej kieszeni koszuli, z której wyciąga ciemne okulary, zakłada je po czym jeszcze raz sięga we wspomniane wcześniej miejsce i wyjmuje paczkę czerwonych Lucky Strike’ów, wkłada jednego do ust nie częstując uprzednio Rejdycha.

 

 

Izzy Nilsen: Ciekawe, ciekawe.

 

 

Jan Rejdych: (uderzając pięścią w biurko) To ja kurwa mówię co tu jest ciekawe a co nie. I wiesz co? Mam tu jedną ciekawą rzecz. (podsuwa Izzy’emu jakiś papier) Dwa telefony w porze kiedy Borsuk po raz ostatni był widziany w hali. Jeden prawdopodobnie wykonany w momencie gdy przerażony z niej wybiegał. Chcesz wiedzieć z czyjego numeru zostały wykonane wspomniane połączenia?!

 

 

Izzy Nilsen: Nie mam zielonego pojęcia, ale pan porucznik to urodzony kapitan Sowa więc pewnie ma jakiś trop.

 

 

Jan Rejdych: (wykrzywia twarz w wyrazie zniesmaczenia) Zaraz jak ci huknę w ten pusty łeb to wylądujesz dupą do góry w jakiejś biebrzańskiej dziupli. Telefon był zarejestrowany na ciebie.

 

 

Izzy Nilsen: (udając zdziwienie) Oh! BYŁ to świetne słowo, naprawdę świetne. Czyżbym zapomniał porucznikowi wspomnieć, że dzień przed galą telefon został mi skradziony? Zgłoszenia operatorowi dokonałem niezwłocznie, ale jak widać nie nawalił. Rozważę czy zasługują bym był twarzą ich firmy.

 

 

Jan Rejdych: (czerwieni się ze wściekłości) Nie igraj ze mną!

 

 

Na te słowa Nilsen puszcza w powietrze obłok dymu, który dość zabawnie komponuje się z gotującą twarzą Rejdycha.

 

 

Izzy Nilsen: Mam wrażenie, że pan porucznik ma mnie za jakiegoś sadystę. Po co miałbym sobie brudzić ręce takim gównem?

 

 

Jan Rejdych: Właśnie, po co?!

 

 

Izzy Nilsen: To prawda, lekko poturbowałem Anthony’ego, ale przemawiała przeze mnie czysta troska. Czy możemy pozwolić aby jakiś podrzędny brudas ze szkockich slumsów walczył o pas Dumy? Nadażyła się okazja więc obroniłem godność federacji. Za to jestem obrzucany błotem? Za to ma mnie spotkać kara?

 

 

Jan Rejdych: Ty mnie na wzruszenie nie bierz, bo łezka w oku kręci mi się tylko gdy kroję cebulę do jajecznicy. A wiesz czemu mi się kręci?! Bo ona kurwa niczemu nie zawieniła, chciałaby sobie rosnąć, zgnić w naturalnych warunkach, zostać przeznaczona na kompost, przyczynić się do rozrostu populacji. Nie jej wina, że jest tak zajebista w smaku!

 

 

Izzy Nilsen: (puszczając mimo uszu wzruszające wyznanie Rejdycha) Jeśli mógłbym coś zasugerować. Vaclav miał więcej motywów. Ukradł mi telefon by zniszczyć mi karierę, poza tym... nie oszukujmy się, ma mordę podrzędnego kieszonkowca.

 

 

Jan Rejdych: (zaciekawiony) Coś w tym jest...

 

 

Izzy Nilsen: Od początku starał się zatrzymać mój rozwój.

 

 

Jan Rejdych: A to zwyrodnialec, neidorozwój chciał wychować!

 

 

Izzy Nilsen: Trzymał mnie blisko, ale potem zaczął się imać coraz bardziej obrzydliwych metod. Teraz wciąga w nasz konflikt osoby trzecie. To obrzydliwe.

 

 

Rejdych zdobywa się jedynie na porozumiewawcze kiwnięcie głową.

 

 

Izzy Nilsen: Nie oszukujmy się. Wszyscy wiedzą jak ten barbarzyńca ubóstwa walki bez zasad. Nie ma arbitra, nie ma zasad. Ponadto z tego co mi wiadomo, już wcześniej groził Borsukowi.

 

 

Jan Rejdych: (zaciska wściekle szczęki) Wiedziałem kurwa! Wiedziałem, że coś mi umknęło! To podła gnida...

 

 

Izzy Nilsen: Czyli mamy winnego?

 

 

Jan Rejdych: Przemówiłeś do mojego oficerskiego rozsądku. Przeprosiłbym za te uwłaczające podejrzenia, ale to kurwa nie w moim stylu.(pauza) Mogę coś dla ciebie zrobić synu?

 

 

Izzy Nilsen: Cóż... Mam Pride Title shota, ale chciałby zamienić słowo shot na title.

 

 

Jan Rejdych: Po polsku mi mów, po polsku! Albo po rosyjku.

 

 

Izzy Nilsen: Chciałbym otrzymać szansę walki o tytuł, rozumiem, że wśród tych bezwartościowych śmieci trudno znaleźć kogoś kto przy mnie wyglądałby godnie i nie zniżał rangi tego tytułu...

 

 

Jan Rejdych: (wchodząc Izzy’emu w słowo) Każdy kurwa zasługuje na szansę! Na następnej gali poszukam dla ciebie przeciwnika, bo teraz ważniejsze sprawy mam na swoim oficerskim łbie.

 

**************

 

 

Już drugi raz dzisiaj realizator przenosi nas do gdańskiego szpitala, a dokładniej na jeden z jego korytarzy, gdzie jedno z krzesłem zajmuje widziany tu już wcześniej Vito Vendicativo, z twarzą zasłonięta rozłożoną gazetą. Co prawda pismo nie jest odwrócone do góry nogami, ale mimo to trudno podejrzewać aby był on pogrążony w lekturze. A jeśli nawet, to główny motyw muzyczny Ojca Chrzestnego dobiegający z jego komórki z pewnością ją zakłócił.

 

 

Vito Vendicativo: Słucham?

 

 

J.J.J: Vito bracie, czy The Immortal może już otwierać szampana ?

 

 

Vito Vendicativo: Spokojnie, mamy lekki poślizg.

 

 

J.J.J: Czyżby wielki Vito Vendicativo miał kłopoty ?

 

 

Vito Vendicativo: Trudno to nazwać kłopotem.

 

 

J.J.J: O co więc chodzi ?

 

 

Vito Vendicativo: Nasz pobożny przyjaciel zagalopował się w swoich zdrowaśkach i zapomniał nawet o posiłkach.

 

 

J.J.J: (przez śmiech) I to Vito Vendicativo uznaje za przyczynę poślizgu ? Małego katolickiego karalucha ?

 

 

Vito Vendicativo: W przeciwieństwie do ciebie nie mam nikogo kto naprawiałby skutki mojego partactwa. Pozwól mi więc załatwić wszystko jak należy.

 

 

J.J.J: Czy wy włosi musicie być tacy nadęci? Niech Vito nie zapomina, że nie jest w operze. The Immortal tylko żartował, bo wie, że nikt nie załatwi tego lepiej niż Vito Vendicativo.

 

 

Vito Vendicativo: Tym razem The Immortal się nie myli.

 

 

Po tych słowach drzwi do jednej z sal się otwierają, a z jej wnętrza wyłania się Saint Anger. Naczelny katolik BGW ze spuszczoną ze smutku głową przechodzi obok Vito nie wyczuwając żadnego niebezpieczeństwa.

 

 

J.J.J: Halo, jesteś tam ?!

 

 

Vito Vendicativo: Już czas, muszę kończyć.

 

 

**************

 

 

Wracamy do Lublina, a uściślając na korytarz lubuskiej hali. Tym razem realizator za obiekt swoich obserwacji upodobał sobie sześciu ochroniarzy z gwardii Rejdycha, przemierzających szybkim krokiem wspomniany hol. Każdy z nich wygląda na będącego w pełnej gotowości do boju, trzymają swe dłonie przy pasie, na policyjnych pałkach. Po kilku sekundach marszu stają przy jednych z drzwi.

 

 

Ochroniarz: 3...2... Wchodzimy!

 

 

Na tę komendę jeden z ochroniarzy przypierdala potężnym kopnięciem w drzwi tak iż te wylatują z zawiasów. Cała gwardia momentalnie wkracza do pomieszczenia zastając tam Armor Kinga, siedzącego z głową schowaną w dłoniach.

 

 

Ochroniarz: Fałszywy alarm?

 

 

Zdezorientowani członkowie ochrony otaczają Armor Kinga, zupełnie nie wiedząc co mają czynić. W końcu na twarz jednego z nich, wprost z sufitu spada kropla krwi.

 

 

Ochroniarz: (spogląda w górę po czym głośno przełyka ślinę) O mój Boże... (do krótkofalówki) Zgłoszenie potwierdzone, wygląda to jeszcze gorzej niż podejrzewaliśmy, wezwijcie pomoc.

 

 

Ciekawski kamerzysta robi przeskok na sufit pomieszczenia, którego obraz jest wyjątkow przerażający. Kilka centymetrów od sklepienia, na dokładnie powiązanej sieci z drutu kolczastego zawieszony jest Neisan! Głowa Japończyka, krwawiąca obficie, zwisa bezwiednie, w przeciwieństwie do doskonale usztywniocych drutem kolczastym kończyn. Zszokowany ochroniarz chwiejnym krokiem podchodzi do okna, szybko je otwiera i wisząc chwilę na parapecie zwraca w dół treść żołądkową. Kiedy to już kończy, obraca się, z bladym jak ściana obliczem chwyta za swoją pałę i przyciska ją do szyi Armor Kinga.

 

 

Ochroniarz: (cedząc słowa przez zęby) Ty skurwielu, masz ochotę na zabawę w sadystę ?!

 

 

Armor King:....

 

 

Ochroniarz: Odpowiadaj!

 

 

Armor King: ....

 

 

Rozwścieczony milczeniem wrestlera ochroniarz wymierza mu poężne uderzenie w szczękę. Człowiek w masce pantery traci na chwilę równowagę, ale szybko wraca do siebie i nadal patrzy na funkcjonariusza spode łba. Temu się to zupełnie nie podoba, bierze kolejny zamach, ale w ostatniej chwili zostaje powstrzymany przez swego kolegę po fachu.

 

 

Ochroniarz #2: Daj spokój, nie warto marnować na niego sił. Trzeba go zaprowadzić do porucznika.

 

 

Ochroniarz: (po lekkim zawahaniu chowa pałę) Masz rację, masz świętą rację.

 

 

Nagle jeden z członków zauważa leżący na fotelu BGW Shockwave title, który podnosi z pogardą i zarzuca sobie na ramię.

 

 

Ochroniarz #3: To już chyba nie będzie ci potrzebne, możecie się pożegnać.

 

 

Słowa te działają na Armor Kinga jak płachta na byka. Obrusza się gwałtwonie, lecz nie jest w stanie przerwać kajdanek, w które zostały zakute jego ręce, i stawić oporu kilku silnym ochroniarzom, dlatego też dość szybko opada z sił i motając się, ale wyraźnie słabiej poddaje się woli ochrony i opuszcza wraz z nią pomieszczenie.

 

 

**************

 

 

Wraz z ochroną i Armor Kingiem opuszczamy przeklętą szatnię i przenosimy się na korytarz lubuskiej hali gdzie przy jednym z zawieszonych na ścianie ekranów LCD zauważyć można Revana, który właśnie skończył oglądać przekaz z szatni Neisana i widząc tragedię jaka przydarzyła się jemu dzisiejszemu partnerowi przeciera oczy ze zdziwienia. Niestety, personel BGW nie rozumie tej trudnej sytuacji, bo oto za plecami jego czai się już  Wioletta Wielowieyska z mikrofonem w ręku.

 

 

Wioletta Wielowieyska: Dobry wieczór państwu, jak przed chwilą mogliśmy zauważyć Neisan, jedyny Japończyk w szeregach BGW, został brutalnie pobity przez Armor Kinga.

 

 

Revan: Nie wierzę w to.

 

 

Wioletta Wielowieyska: Jest wraz ze mną Revan, jego dzisiejszy partner, który nadal niedwoeirza tragedii jaka spotkała biednego Neisana.

 

 

Revan: Nie wierzę, że mógł to zrobić Armor King.

 

 

Wioletta Wielowieyska: Skąd ta pewność?

 

 

Revan: Zawodnik przyodziewając maskę przyjmuje kodeks i prędzej zginie aniżeli go złamie dopuszczając się takich czynów.

 

 

Wioletta Wielowieyska: To dość naiwne. Wrestling ewoluuje, nikt nie wierzy w honor tylko w zwycięstwa. Czy nie jest przypadkiem tak, że zawodnik pod maską skrywa oblicze pospolitego złoczyńcy ? Nie odczuwa odpowiedzielności, bo nikt nie napiętnuje go na ulicy.

 

 

Revan: Uwierz mi, ja czuję tą odpowiedzialność, dla mnie ta maska jest wszystkim co mam, całą moją karierą, wszystkimi moimi osiągnięciami. Jest mi bliska jak matka, widziała mój debiut, moje pierwsze zwycięstwo, widziała jak upadałem i się podnosiłem, to w nią się wypłakiwałem po najboleśniejszych porażkach. To moje sumienie, które mówi mi stop w niebezpiecznych momentach.

 

 

Wioletta Wielowieyska: Co jeśli to tylko twoje subiektywne odczucie ?

 

 

Revan: Może jestem naiwny, ale czuję więź z ludźmi, którzy zdecydowali się na noszenie maski i mam nadzieję, mam wielką nadzieję, że wszscy nosimy ją z tych samych pobudek.

 

 

Wioletta Wielowieyska: Co jeśli ta nadzieja okaże się płynną? Co jeśli Armor King okaże się być zwykłym zbirem?

 

 

Revan: Jeśli okaże się zwykłym zbirem, który ukrywa twarz, może być pewien, że będę bronił honoru maski za każdą cenę i prędzej czy później odrę go z tej podłej szaty.

 

 

Wioletta chce zadać jeszcze jakieś pytanie, ale jej głos nie potrafi się przebić przez głośne oklaski, dobiegające z całkiem niedaleka. Kamerzysta robi zwrot o 180 stopni i ukazuje mężczyznę w czarnej masce, znanego fanom EWF jako Franko The Butcher.

 

 

Franco The Butcher: Inspirujące, naprawdę inspirujące. Nie wiedziałem, że może nas łączyć coś poza standardową konstrukcją łańcucha pokarmowego ofiara-drapieżnik. Zgadnij kto jest kto ?

 

 

Revan: O czym ty mówisz?

 

 

Franco The Butcher: Oh, trudno się przebić poza twoją optymistyczną wizję świata. Naprawdę, jestem zbyt pesymistyczny, brakjuje mi kolorytu (poada w zamysł) gdybyś nie wyglądał jak chodzący second hand wiedziałbym co może poprawić mój look. Kurwa, chyba się zagalopowałem, chcę ci odebrać maskę?! Co ja czynię, przecież jestem dobry, co powie na to moja matka, moje sumienie, moja maska ?!

 

 

Revan: Drwisz sobie ze mnie?

 

 

Wioletta Wielowieyska: A nie mówiłam?

 

 

Franco The Butcher: Wioletto! Czy uznajesz mnie za złego człowieka?

 

 

Wioletta Wielowieyska: Bardzo się mylę.

 

 

Franco The Butcher: JA ?! Złym człowiekiem ?! Ta maska jest świadectwem mojej dobroci!

 

 

Wioletta Wielowieyska: Trudno mi się wyzbyć przeczucia, że nie jesteś tu przypadkiem i możesz mieć związek ze sprawą Neisana.

 

 

Revan: To prawda ?

 

 

Franco The Butcher: Moja maska cierpi słysząc wasze oskarżenia, chociaż macie racje, nie jestem tu przypadkiem, muszę coś udowodnić...

 

 

Franco niespodziewanie bierze zamach i chce uderzyć Revana, ten jednak zachowuje stosowną czujność, unika ciosu i próbuje to jakoś skontrować, ale Rzeźnik nie ma ochoty na brawl, szybkim krokiem wycofuje się do tyłu przy okazji chwytając stojące przy ścianie krzesło, luchador z początku chciał gonić swego przeciwnika, ale widząc broń w jego rękach porzucił te zamiary.

 

 

Franco The Butcher: ... udownodnić, że bardzo nie lubię niewygodnych pytań. (rysuje w powietrzu serce) A ty Wioletto nie pomyliłaś się, jak zwykle jesteś bezłędna. (wskazuje krzesłem na Revana) Ty dziś popełniłeś pierwszy błąd, nie zdziw się więc jeśli podzielisz los zółtka, który był zbyt ciekawski. Jeszcze się spotkamy.

 

 

Revan: Czekam z niecierpliwością.

 

 

Wioletta Wielowieyska: Dla Blood Guts Wrestling, Wioletta Wielowieyska.

 

 

 

**************

 

 

Kolejna część cyklu z serii Vaclav i poszukiwacze przygód. Tak jak ostatnim razem Mecenas Extremy, podążający tropem wskazanym przez palec poturbowanego Tonny LL Gunna przemierza jeden z korytarzy lubuskiej hali, wchodzi w kolejną alejkę, która okazuje się być ślepą uliczką z zamkniętymi drzwiami na końcu. Już ma się oddalić  kiedy nagle zamek zaczyna skrzypieć a sezam się otwiera. Hardcore Hero zaintrygowany egipskimi ciemnościami w środku z początku ma wątpliwości czy przekroczyć próg pomieszczenia, ale już po chwili decyduje się na to, cały czas trzyma jednak krzesło w gotowości do ataku.

 

 

Głos: Uspokój się, tym razem możesz być spokojny...

 

 

Vaclav: Poznaję ten głos...

 

 

Głos: Ciiiii.... Zamknij drzwi.

 

 

Vaclav: Mam wątpliwości.

 

 

Głos: Powiedziałem, że nic ci nie grozi?

 

 

Vaclav: Mogę ci ufać?

 

 

Głos: (rechocząc pod nosem) Czy kiedykolwiek okazałem się sprzedajną kurwą, która rzuca słowa na wiatr? (pauza) Nie odpowiadaj.

 

 

Vaclav: (zamyka drzwi) Nie wymaga to odpowiedzi. Tamten nieszczęśnik to twoje dzieło?

 

 

Głos: Przydadzą nam się wolne etaty, nie uważasz?

 

 

Vaclav: To jedyny powód?

 

 

Głos: Powiedzmy, że miałem pewne podejrzenia, które sprawdziły się już po tym jak zaufałem instynktowi.

 

 

Vaclav: Można wiedzieć jakie?

 

 

Głos: To wszystko wyjaśni.

 

 

Nagle w pomieszczeniu rozbłyska ekran LCD, na którym wyświetlony zostaje przekaz video. Jego data, wyświetlona na dole ekranu, wskazuje na to iż nagranie zostało wykonane w dniu, w którym znaleziono pobitego Vaclava.  My natomiast wraz z przekazem lądujemy na parkingu BGW w przed galą R*zpierdolfest 1. Widać tu człowieka, w teatralnej masce, który przyczajony za kontenerem na śmieci, z metalową rurą w ręku czeka na coś. Prawdopodobnie na Vaclava, który to właśnie pojawił się w obiektywie kamery przemysłowej i zaczyna powoli zmierzać w kierunku kontenera. Jest już blisko, coraz bliżej, już prawie... Obraz ulega nagłym zakłóceniom, a ekran LCD gaśnie.

 

 

Głos: I to by było na tyle, jakieś podejrzenia?

 

 

Vaclav: Ta maska mi coś przypomina (dłuższa pauza) nie, nie, nie... to niemożliwe.

 

 

Głos: Naiwne pierdolenie. Znasz mnie, czy spodziewałeś się, że zostanę pominięty w tym rozdaniu ? (nie daje Vackowi odpowiedzieć) A jednak! Mam wrażenie, że kilka osób o mnie zapomniało i gwarantuję, że niebawem się im przypomnę.

 

 

Vaclav: Niebawem?

 

 

Głos: Niebawem, niebawem... Teraz idź i rób swoje.

 

 

Hardcore Hero na te słowa wycofuje się z pomieszczenia, otwiera drzwi i staje oko w oko z Crashem! Rozwścieczony Insane One próbuje przypierdolić Vaclavowi trzymanym w ręku kijem baseballowym, ale ten robi niespodziewany unik, i już chce kontrować chair shotem, kiedy orientuje się, że ma pusto w rękach, bo krzesło zostało w środku. Dlatego też na czoło Crasha spada jedno uderzenie pięścią, co prawda na chwilę go oszołamia, ale niemal natychmiast dochodzi do siebie i wraz z Vackiem zaczynają wymieniać ciosy. Vaclav... Crash... Vaclav... Crash... Vaclav... zupełnie niespodziewanie po jednym z ciosów Crasha na jego plecy spada uderzenie teleskopową pałką. Kamerzysta robi szybki zwrot o 180 stopni ukazujący ochroniarza, który został wysłany przez Vacka po piwo.

 

 

Ochroniarz: Ja mam go ochroniać! A ty (wskazując pałą na Vaclava) miałeś siedzieć w szatni!

 

 

Te daklaracja nie działa jednak na żadnego z zawodników, ponownie doskakują sobie do gardeł mimo bohaterskiej postawy ochroniarza. Cała sytuacja cichnie dopiero po przywołaniu przez niego wsparcia, które w osobie 6 ochroniarzy obezwładnia wrestlerów, którzy nadal się szarpią, jednak bezskutecznie.

 

 

Crash: Zabiję cię skurwielu! ZABIJĘ CIĘ, zbliż się jeszcze raz do Cal a przysięgam, że będziesz gryzł ziemię!

 

 

Vaclav: Tu i teraz, zrob to tu i teraz! Czekam!

 

 

Crash: Patrz za siebie... nawet gdy kupujesz bułki w spożywczaku... nie zdążysz się zemścić.

 

 

Ochroniarze powoli odciągają od siebie zawodników, w tym Crasha, który jeszcze ostatnim desperackim ruchem zdołał plunąć w kierunku Vaclava.

 

 

 

**************

 

 

 

Po raz kolejny mamy przyjemność gościć w gabinecie Nasa Jazzowskiego, który na potrzeby dzisiejszej gali zajęty jest przez porucznika Jana Rejdycha. Z miejsca możemy stwierdzić iż pełniący rolę włodarza federacji ma akurat przerwę na papierosa i zapewne nie chce aby ktoś przerwał mu rytuał zaciągania się czerwonym Marlboro. Niestety mało zrozumienia jest w pracownikach tej federacji, bo z hukiem wchodzi do pomieszczenia. Porucznik na widok swego podwładnego, poczynającego sobie w tak odważny sposób, w tempie szybszym niż błyskawiczne zrywa się z fotela i już ma uderzyć pięścią w biurko gdy w gabinecie pojawia się czterech kolejnych ochroniarzy asekurujących Armor Kinga.

 

 

Jan Rejdych: (do jednego z ochroniarzy) Podejdźcie tu... (wrzeszcząc) Czy ten gabinet wygląda jak pierdolone ZOO ?!

 

 

Ochroniarz: Ale panie, por...

 

 

Jan Rejdych: Spieszę ci towarzyszu z wytłumaczeniem, to przepełnione kulturą miejsce, z którego wy robicie pospolity chlew!

 

 

Ochroniarz: (chce coś powiedzieć, ale nie jest w stanie przebić się przez wrzask Rejdycha)

 

 

Jan Rejdych: Czy wyglądam jak emerytowany niemiec, który lubi upierdolić swoje białe skarpetki fiołkami i krowimi plackami? Nic ci towarzyszu nie ujmując, gdybym chciał zobaczyć krowi placek, kupiłbym sobie mikroskop a potem rozpierdolił nim twoj głupi łeb. Wtedy był miał krowi placek.

 

 

Ochroniarz: (po raz kolejny chce coś powiedzieć, ale porucznik nie daje mu dojść do słowa)

 

 

Jan Rejdych: I nie wiem czy wasze oczy są tak bezwartościowe, że możnaby je przeznaczyć na parówki, ale jak pewnie czujecie swoim syjonistycznym nosem, ja palę papierosa. A wy tu kurwa wprowadzacie dwumetrowego kota. Co ja biedny zrobię gdy to bydle nasra mi do popielniczki ? Mam strzepywać popiół na podłogę ?! No skoroś tacy mądrzy to powiedzcie mi, co mam wtedy zrobić ?!

 

 

Ochroniarz: Panie poruczniku, to jest właśnie nasz tajemniczy napastnik...

 

 

Jan Rejdych: (wybausza oczy ze zdziwienia) Co wy kurwa mówicie ?!

Ochroniarz: Dostaliśmy anonimowy meldunek iż w szatni nr. 76 dzieją się niepokojące zjawiska, które mogą mieć związek z wcześniejszymi pobiciami. Zweryfikowaliśmy zgłoszenie i zastaliśmy go obok zmasakrowanej ofiary.

 

 

Jan Rejdych: Czyj to był meldunek ?

 

 

Ochroniarz: Teoretycznie był to meldunek anonimowy panie poruczniku.

 

 

Jan Rejdych: (po raz kolejny wybausza oczy) Co wy powiadacie ?! Raz-dwa przyprowadźcie mi tego bohatera. Taki człowiek nie powinien stać w cieniu, zasługuje na najwyższe laury.

 

 

Ochroniarz: (salutując) Tak jest!

 

 

Jan Rejdych: A tego tutaj (wskazuje na Armor Kinga) trzeba przesłuchać, spisać raport. (popada w zadumę) I to jest kurwa problem!

 

 

Porucznik niespodziewanie zrywa się z miejsca i wyjmuje spod biurka wiekową maszynę do pisania.

 

 

Jan Rejdych: (drapiąc sie po głowie) Skąd ja na gali wrestlingu znajdę piśmiennych? Nic wam towarzysze nie ujmując, ale nie podejrzewam was nawet o znajomość alfabetu morrse’a.

 

 

Porucznik dynamicznym krokiem zbliża się do drzwi, wystawia głowę poza próg i rozgląda się po korytarzu, po czym podbiega do jakiegoś mężczyzny znanego fanom Szarej Strefy jako Del Iver. Łapie go za kark i obraca w swoim kierunku.

 

 

Jan Rejdych:  Spadasz mi jak z nieba jak pieprzony gołąb przelatujący nad Czarnobylem! Umiesz pisać.

 

 

Del Iver: (zdziwiony treścią pytania) Tak.

 

 

Jan Rejdych: To na co czekasz? Za mną młoda inteligencjo!

 

 

Rejdych obraca się i zachęcającym gestem zaprasza Del Ivera do gabinetu, w którym przyszło mu urzędować. Ten dość niepewny zamiarów porucznika, przez chwilę się waha, ale ostatecznie korzysta z zaproszenia.

 

 

**************

 

Bogusław Montana: Podzielam poglądy Rejdycha.

 

 

Konrad Ochucki: Każdy już wie o twoich komunistycznych korzeniach.

 

 

Bogusław Montana: Ja nie o tym… Naprawdę uważam, że wretlerzy powinni nauczyć się alfabetu.

 

 

Konrad Ochucki: Zapewniam cię, że niemal wszyscy posiedli tą umiejętność.

 

 

Bogusław Montana: Pozwolisz, że zacytuję klasyka : Barri Próbował się wspiąc na drzewo i .. Spadł.

 

 

Konrad Ochucki: Co to ma do rzeczy?

 

 

Bogusław Montana: Nie wiem.

 

 

 

 

**************

 

Single Mecz:

Vaclav  vs. Izzy Nilsen

 

Z głośników uderza: Pantera – „Walk”. Po chwili oczekiwania pod titatronem pojawia się Vaclav! Mecenas Extremy powoli zmierza w stronę ringu, przybijając piątki niektórym z jego fanów. Po dojściu do barierek wspina się na nie, by wykonać finalny taunt i udać się wreszcie w okolice ringu.

Słyszymy Avenged Sevenfold – Nightmare, zaś w stronę ringu udaje się Izzy Nielsen. W swoim stylu nie przejmuje się buczeniem fanów, powoli idzie przed siebie. W końcu doczłap uje się do ringu i przygotowuje do nadchodzącej walki.

 

Wrestlerzy stoją w ringu a arbiter nakazuje rozpocząć walkę! Lepiej rozpoczyna Nielsen, który unika ciosu Vaclava i uderza z dropkickiem. Vaclav wstaje by dostać kolejny kick! Nielsen chwyta Mecenasa Extremy, próbuje DDT jednak zostaje odrzucony w tył przez rywala! Black Wings stara się szybko wstać jednak zostaje przywitany Roundhouse Kickiem! Hardcore Hero nie zwalnia tempa, podnosi Nielsena i Powerbombem stara się wyrzucić go poza ring! Ten jednak zachowuje chłodny umysł i kontruje Hurracarraną poza kwadratowy pierścień! Nielsen idzie za ciosem, odbija się od lin i wykonuje Suicide Dive… nie trafiony! Vaclav odsuwa się a Your Personal Nightmare wpada w barierki! Fani szaleją, w stronę Vaclava leci jakaś puszka. Ten wypija jej zawartość i uderza z Beer mist prosto w twarz wstającego Nielsena! Ten niepewnie przesuwa się do tyłu i nadziewa się na superkick od Vaclava! Mecenas Extremy uderza Nielsenem w słupek, i wrzuca go do ringu. Po chwili sam wchodzi na top rope. Próbuje Swanton Bomb, jednak Izzy odsuwa się! Rockman czeka na Vaclava w narożniku, gdy ten wstaje naciera ze Spearem! Próbuje przypiąć: 1…2.. Kick out!

 

Konrad Ochucki: Dość niespodziewana jest ta dominacja Izzy’ego.

 

 

Bogusław Montana: Vaclav miał problem ze zdobyciem piwa, nie dziwi mnie więc mnie jego słaba postawa.

 

 

Konrad Ochucki: Odkryłeś tajemnicę jego sukcesów.

 

 

Bogusław Montana:Dostanę za to Nobla?

 

 

Konrad Ochucki: Wątpię.

 

 

Bogusław Montana: To może chociaż honorowe obywatelstwo Łukowa?

 

 

Konrad Ochucki: To bardziej prawdopodobne.

 

 

Bogusław Montana: To oni mają tam jakąś instytucje meldunkową?

 

 

Konrad Ochucki: Pewnie tak. Co w tym dziwnego?

 

 

Bogusław Montana: Łuków kojarzy mi się ze średniowieczem. Kiedy patrzę na Vaclava wyobrażam sobie wielkie pole namiotowe na którego środku stoi zamek! W którym mieszka sołtys!

 

 

Obaj wstają. Izzy próbuje kombinacji kopnięć, lecz jego noga zostaje przechwycona przez Vaclava. Ten nie zastanawiając się długo, uderza z Spinning Heel Kickiem! Następnie pomaga wstać rywalowi tylko po to by wykonać mu The Poison (Evenflow DDT). Przypina: 1…2.. Kick out! Hardcore Hero ponownie podnosi swojego oponenta, lecz ten wyrywa się i uderza z Kickstart My Heart (Super Kick) from nowhere! Od razu wskakuje na narożnik i próbuje Rock Star Press (Shooting Star Press), jednak Mecenas Extremy w ostatniej chwili przeturlał się w prawo! Obaj leżą długi okres czasu. Vaclav powoli przeturlał się w stronę lin, po czym chwyta za najwyższą i spokojnie próbuje złapać pion. W międzyczasie Izzy z trudem robi to samo z drugiej strony. Obaj niepewnym krokiem podchodzą do siebie. Vaclav nie czeka zbyt długo i whipuje rywala na liny, schyla się by wykonać back body drop, jednak skrzydlaty pan przeskakuje na Vaclavem, odbija się od lin i próbuje rzucić się pod nogi Mecenasa Extremy, licząc, że ten spróbuje go przeskoczyć. Takie numery to nie z Vaclavem. Hardkorowy Vacu zatrzymuje się i kopie brutalnie Izzy’ego w brzuch. Fanom to się podoba, Vaclavovi jeszcze bardziej, bowiem doskakuje do lin i robiąc piękne salto trafia Nilsena Lionsaultem. Próba pinu… 1… Koszmarny Izzy błyskawicznie wybija, ba, szybciutko próbuje podnieść się, ale Vaclav ostudza jego zapędy mocnym kolanem w brzuch. Zanim Najgorszy Koszmar zdąży porządnie jęknąć z bólu, Hardcore Hero już go ma w pozycji do The Poison (Evenflow DDT), jednak nie trzyma go chyba zbyt uważnie, bo Izzy kontruje to w northern lights suplex… 1… 2… Vaclav wybija w ostatniej chwili!

 

 

Konrad Ochucki: Co się dzieje ?!

 

 

Bogusław Montana: Poczekajmy, za chwilę Vaclava pobratymcy przybędą na koniach aby go ocalić.

 

 

Konrad Ochucki: Patrząc na dotychczasowy przebieg walki to może być jego jedyny ratunek.

 

 

Bogusław Montana: Czekamy więc aż dwumetrowa pika przebije dupę Izzy’ego.

 

 

 

 

Zdenerwowany doskakuje do swego antagonisty i prawie nadziewa się na spinebustera, na szczęście w locie trafia Izzy’ego łokciem w głowę tak, że ten puszcza rywala. Mecenas Extremy wykorzystuje moment i wykonuje nieprawdopodobnie dynamicznego swinging neckbreakera. Black Wings na łopatkach (na skrzydłach?), a Vaclav za ringiem, po to by przejąć kolejne piwo z rąk fana. Ta operacja zajęła mu trochę czasu. Triumfalny pochód z puszką próbuje zakończyć Izzy, ale jego Kickstart My Heart zamiast Vaclava, dosięga sędziego! Mecenas Extremy nie zastanawia się zbyt długo, bierze big łyka i zaraz wykona zapewne Beer mista… nie wykona, bo Nilsen tym razem trafił superkickiem do celu! Vaclav, niezrażony niepowodzeniem, podnosi się powoli i gdy jest już prawie wyprostowany, dostrzega brak piwa w jego otoczeniu… Izzy dobrze wie, gdzie jest puszka, dzierży ją w łapie i uderza nią swego rywala. Cios ogłuszył Vaclava na tyle, by Black Wings mógł wynieść do… Otchłani Smutku! Hardkorowy Bohater nie może do tego dopuścić, po kilku chwilach wierzgania udaje mu się wyrwać z uchwytu i skontrować to w tą samą akcję. Vaclav uderza Nilsenem o ziemię za pomocą Otchłani Smutku! Trybuny szaleją, ale Vaclav nie ma dość. Widać, że resztki piwa z puszki rozbitej na jego twarzy dostały się chyba do oczu Mecenasa Extremy. Temu to nie przeszkadza, bowiem niemal oślepiony wspina się na narożnik. Idzie mu to mało sprawnie, ale centymetr po centymetrze zdobywa kolejny szczyt w swojej karierze. Już jest na górze, już wita się z gąską, zachwiał się odrobinę, przechylił się do przodu, zaraz chyba spadnie z narożnika… ustał jednak… i otrzymał soczyste enzuigiri od Nilsena! Widocznie michinoku driver nie wystarczył do wyeliminowania Izzy’ego z gry. Vaclav ogłuszony siedzi na narożniku, widać, że powoli traci kontakt z rzeczywistością, tymczasem Jego Osobisty Koszmar doskoczył do niego, złapał za szczękę i zafundował mu Wejście koszmar z narożnika! Obaj właśnie potężnie zajebali w matę, jednak akcja ta była bardziej dewastująca dla Vaclava… Nilsen kładzie się na rywalu, sędzia jeszcze przymroczony tamtym superkickiem przybliża się do zawodników i odlicza… 1…….2…..3! Nilsen zwycięża w tej bitwie.

 

 

Konrad Ochucki: Cóż za niespodzianka! Uczeń pokonał mistrza!

 

 

Bogusław Montana: W tym sporcie to naprawdę wielki wyczyn, nawet mistrz Yoda dostając wpierdol puszką by się poddał.

 

 

Konrad Ochucki: Co racja to racja, zwycięstwo Izzy’ego ma brudny podtekst.

 

 

Bogusław Montana: Walczył z Vaclavem co więc w tym dziwnego? A ojciec pewnie mu mówił, kiedy wyprawiał do BGW z Łukowa, synu weź chełm!

 

 

 

 

Po raz kolejny dzisiaj lądujemy w głównym ośrodka zarządzania galą, gdzie wyjątkowo rolę władczą pełni porucznik Jan rejdych. Prócz niego można tu zauważyć jeszcze dwóch ochroniarzy, przypiętego kajdankami do krzesła Armor Kinga, oraz siedzącego niepozornie w kącie Del Ivera, obsługującego maszynę do pisania.

 

 

Jan Rejdych: Nadszedł czas osądzić złoczyńcę i wymierzyć karę za serię krzywd jakie uczynił zawodnikom naszej federacji. Za to, że nie raz doprowadził do migreny komisarza Jazzowskiego.

 

 

Porucznik zapala stojącą na biurku lampkę i kieruje ją w oczy Armor Kinga.

 

 

Jan Rejdych: Chcę żebyś wiedział, że będzie to proces sprawiedliwy, chociaż już na starcie masz przejebane i uznaję cię za winnego.

 

 

Armor King: ....

 

 

Jan Rejdych: Na początek lista zarzutów, jeśli się przyznasz i nie będziesz kłamiał w moje oficerskie ślepia, które wyłapią nawet najmniejsze łgarstwo, może nie oddam cię do sterylizacji.

 

 

Armor King: ....

 

 

Jan Rejdych: Jesteś oskarżony o ciężkie pobicie Vaclava, Curtisa Woodsa, Neisana i Tonny LL Gunna. Chcesz coś dodać?

 

 

Armor King: ....

 

 

Jan Rejdych: To bardzo kurwa dobrze, bo teraz ja mówię. Dziś przyszła do mnie biedna wdowa, płakała w rękaw tej marynarki, Dunaj łez wylała w ten rękaw, jej mąż zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Jedyny żywiciel rodziny! I ta kobieta mi płacze, że powymiera jej ród, z głodu powymierają jej dzieci, ona umrze bo do pyska nie ma co włożyć! Filip Borsuk, znasz poszkodowanego?

 

 

Armor King: ...

 

 

Jan Rejdych: Nie pamiętasz kurwa, tyle żyć zrojnowanych, tyle ognisk rodzinnych zgaszonych, tyle dzieci na świecie głoduje, a ty nie pamiętasz! Ja ci się nie dziwię, tylu ich było, że trudno ich wszystkich spamiętać.

 

 

Armor King: ...

 

 

Jan Rejdych: I kiedy ta wdowa mi tak płakała obiecałem, że wymierzę stosowną karę temu złoczyńcy! Przysięgłem jej to! Zacząłem go energicznie poszukiwać, i kurwa popełniłem śmiertelny błąd! Podejrzewałem Izzy’ego, niewinnego, biednego człowieka, który sam padł ofiarą twojej zuchwałości.

 

 

Po tych słowach otwiera szufladę i wyjmuje z niej reklamówkę, w której umieszczony jest telefon komórkowy.

 

 

Jan Rejdych: Poznajesz ?!

 

 

Armor King: ...

 

 

Jan Rejdych: Znaleźliśmy to w twojej szatni. Telefon stalkera Filipa Borsuka, skradziony Izzy’emu Nilsenowi. A ja go podejrzewałe, przesłuchiwałem, katowałem, taki błąd, taki błąd...

 

 

Armor King: ....

 

 

Jan Rejdych: Ale to kurwa nadal nie koniec! Dziś otrzymałem informację, że Ricky Banks i Venomous nie pojawili się na gali i mój oficerski nos mówi mi, że twoja słabość do telefonów komórkowych mogła być motywem napaści na Banksa. Mylę się?!

 

 

Armor King: ...

 

 

Jan Rejdych: Właśnie kurwa, jak zwykle mam święta rację. Dlatego uznaję cię winnym i zabieram to...

 

 

Kamera robi szybki zwrot o 180 stopni aby ukazać kierunek w jakim powędrował palec Rejdycha, okazuje się, że chodzi o Shockwave title trzymany przez jednego z ochroniarzy. Armor King widząc jak chcą go okraść obrusza się gwałtownie, ale potężne uderzenie pałą w plecy studzi na chwilę jego zapał.

 

 

Jan Rejdych: Jeszcze się buntujesz ?! Gdzie twój kurwa wstyd ?! Gdzie twoje sumienie ?!

 

 

Armor King: (spogląda wściekle na porucznika) ....

 

 

Jan Rejdych: Ja mam sumienie, umiem odróżnić dobro od zła i potrafię za dobre wynagradzać! Przekazuję więc ten tytuł na ręce człowieka, który pomógł w pojmaniu tego zbira. Wprowadzić!

 

 

Członek gwardii Rejdycha posłusznie wykonuje wydane polecenie, otwiera dzwi umożliwiającym tym samym wejście do pomieszczenia AERO! Aktualny Tag Team champ triumfalnym krokiem wchodzi do pomieszczenia i odbiera gratulacje od Jana Rejdycha.

 

 

Jan Rejdych: (klepie Aero po ramieniu i puszcza do niego oko) Właściwe decyzje zawsze są właściwie nagradzane.

 

 

Aero: (uśmiecha się przebiegle) To prawdziwy zaszczyt, że mogłem pomóc federacji w ujęciu tego zwierzęcia. Od początku wiedziałem, że to on i jego dzikie przyzwyczajenia stoją za tym haniebnym procederem. Uważam jednak, że kara jest zbyt mała i powinien na zawsze zostać wydalony z szeregów BGW.

 

 

Jan Rejdych: Święte słowa! (zawiedziony) Ale mi brak takich kompetencji, raport z przesłuchań po DROBNEJ korekcie zostanie przekazany komisarzowi Jazzowskiemu, który podejmie decyzję.

 

 

Aero: Oby jedyną słuszną!

 

 

Jan Rejdych: O to się nie martwię, bo Nas Jazzowski podejmuje same słuszne decyzje. Na przykład twojej walce z Vaclavem na R*zpierdolfest IV nadał stypulację Submission match.

 

 

Aero: (zszokowany) Słucham?!

 

 

Jan Rejdych: Wiedziałem, że się ucieszysz. Nas Jazzowski zalewany prośbami o World Title shota dla Vaclava postanowił dać mu szansę na jego wywalczenie. Trzy stopnie do do World title, tak to nazwiemy. Vaclav musi wygrać każdą z walk jeśli marzy o walce o mistrzostwo świata.(klepie Aero po ramieniu) Wierzę w ciebie chłopaku, mam nadzieję, że po starciu z tobą kolejne dwie się nie odbędą. (wskazując na Armor Kinga) A ten co tu jeszcze robi ? Wyrzucić go z hali, nie mam ochoty go dzisiaj oglądać.

 

 

Ochroniarze posłusznie wykonują polecenie Rejdycha i wyprowadzają szamoczącego się Armor Kinga, gniew zawodnika w masce pantery podsyca widok, Aero poprawiającego na swym ramieniu Shockwave title. The Pride of The Real Warrior przechodząc obok aktualnego mistrza próbuje się na niego rzucić, ale momentalnie zostaje powstrzymany przez ochronę, przechodząc przez próg pomieszczenia, rzuca ostatnie spojrzenie The Technicalowi i wydaje z siebie przeraźliwy ryk, który zmazuje Shockwave champowi przebiegły uśmiech z twarzy i wywołuje na niej pewien niepokój.

 

 

**************

 

 

Już czwarty raz dzisiaj odwiedzamy gdański szpital miejski, gdzie do niedawna przy łózku Benito Demianiuka czuwał Saint Anger. Jak jednak widzieliśmy podczas ostatniej wizyty opuścił pomieszczenie w niewiadomym celu. Korzystając z okazji, Vito Vendicativo postanowił wpaść do swojego rodaka w odwiedki i widzimy go jak siedzi teraz przy łóżku ofiary, na której piersi spoczywa bukiet róż.

 

 

Vito Vendicativo: Wstyd mi za ciebie przyjacielu, patrząc na ciebie czuję wstyd, że urodziłem się Włochem.

 

 

Pauza.

 

 

Vito Vendicativo: Jesteś zgniłym ucieleśnieniem tej archaicznej Italii, gdzie prawo boskie stawiane jest ponad ludzkie.

 

 

Pauza.

 

 

Vito Vendicativo: Tej części Italii, która nie wierzy w postęp, uznaje Boga za najwyższego z sędziów.

 

 

Mafioso niespodziewanie zaczyna grzebać w kieszeni swojego płaszcza po czym wyciąga z niego pistolet!

 

 

Vito Vendicativo: Spójrz teraz na mnie, gdzie jest twój Bóg? Czy kiedy wymierzę w ciebie swoją bronią złapie kulę i cię ocali ?

 

 

Włoch uśmiecha się szeroko i naciska na spust...

 

 

Vito Vendicativo: Pomyśl co by się stało gdyby był naładowany, to w rękach silniejszych leży twój los. Silniejszych ludzi, a nie istot nadprzyrodzonych.

 

 

Chowa pistolet spowrotem do płaszcza.

 

 

Vito Vendicativo: Jeśli chcesz być silnym musisz ekzystować wśród silnych. Powiedz mi, dlaczego leżysz tu ty a nie ja albo Immortal?

 

Włoch po raz kolejny szeroko się uśmiecha.

 

 

Vito Vendicativo: Jesteś z tej zacofanej części Włoch, która przesiąknięta rasizmem i nietolerancją potrafi żyć tylko w tych śmiesznych kastach, wydawać swoje córki za ich braci. Ja jestem przyjacielem murzyna, pewnie to potępiasz.

 

 

Mafioso po raz kolejny grzebie w swoim płaszczu i wyciąga z niego zwitek banknotów.

 

 

Vito Vendicativo: Ja jednak całkiem nieźle na tym wychodzę. Chociaż tutaj wiele się nie różnimy, ja też potępiam twoje przyjaźnie. Można powiedzieć, że tak naprawdę to nic osobistego. Nic co ma związek między mną a tobą. Tym razem interes dotyczy ciebie, dlatego że przeskadzasz mojemu przyjacielowi, mojemu zleceniodawcy, nie podoba mu się, że jesteś protektorem jego wroga.

 

 

Vito rozgląda się po pokoju.

 

 

Vito Vendicativo: Zdecydowałeś się stanąć po przeciwnej stronie barykady, ale gdzie ona teraz jest? Gdzie jest mur, który miał się wzajemnie chronić. Nie widzę twojego przyjaciela, zostawił cię człowiekowi, któremu trudniej splunąć na chdonik niż zabić.

 

 

Pauza.

 

 

Vito Vendicativo: Właśnie dlatego ty musisz zginąć jako pierwszy, bo go nie obchodzisz. Powie, że Bóg nie pozwala mu szukać zemsty. Ty natomiast jesteś Włochem, mogę tobą gardzić, mogę od ciebie uciekać, ale wiem, że mamy coś wspólnego, temperament. Stawiamy go ponad wiarą i innymi tego typu głupotami.

 

 

Mafioso wstaje i wyjmuje poduszkę leżącą pod głową swego rodaka.

 

 

Vito Vendicativo: Muszę już lecieć, wybacz.

 

 

Po tych słowach Vito przykłada poduszkę do twarzy Benito i zaczyna go dusić! Nieprzytomny Serb nie jest w stanie stawić oporu, ale ktoś robi to za niego. Vito zaniepokojony waleniem w drzwi, zamknięte na klucz, obraca się i zauważa przez szybę pielęgniarkę, którą spotkał wcześniej w recepcji. Kobieta widząc akcję dziejącą się w pomieszczeniu krzyczy w niebogłosy wołając o pomoc, jest to klarowny znak dla gangstera iż musi się pospieszyć, przyciska poduszkę jeszcze mocnej, tak że sam czerwienieje na twarzy i pęka.... szyba w drzwiach do sali! Zdezorientowany mafioso spogląda w ich kierunku i widzi jak Saint Anger, trzymający w ręku swój firmowy krzyż, trochę tylko mniejszy od niego samego, przebija się przez szybę i wparowuje do pomieszczenia. Momentalnie dopada do Włocha i z furią przypierdala mu krzyżem przez głowę! Następnie dosiada go w parterze i ciągle w amoku uderza jego głową o podłogę. Nie widać w nim miłosierdzia. Jeden cios, drugi, trzeci, piąty. Pewnie byłoby ich o wiele więcej gdyby nie ochrona, która właśnie wbiegła do pomieszczenia i próbuje opanować sytuację. Wściekły Anger ciągle się im wyrywa i próbuje kontynuować atak, ale nie jest w stanie przeciwstawić się czterem barczystym ochroniarzom.

 

 

Ochroniarz: Proszę się uspokoić!

 

 

Żadnej reakcji.

 

 

Ochroniarz: Proszę się uspokoić!

 

 

Żadnej reakcji.

 

 

Ochroniarz: Proszę po raz ostatni...

 

 

Żadnej reakcji więc ochroniarz wyjmuje teleskopową pałkę i uderza nią nieokrzesanego Angera, światło gaśnie mu, podobnie tak jak nam.

 

 

**************

 

 

Z głośników nadaje Lorn – Army of Fear a na ekranie, pochłoniętym czernią pojawiają się krwistoczerwone napisy.

 

 

„Armia Strachu”

 

 

Czerń powoli jaśnieje ukazując wnętrze pomieszczenia, w którym przyszło nam się znajdować. W wielkiej sali wyłożonej grafitowymi płytami stoi pięć szklanych, półokrągłych kabin, każda z nich posiada otwory dopływu powietrza oraz (nie wiadomo dlaczego) zamontowaną rynnę na swym czubku.

 

 

„Krypta Strachu”

 

 

 

Niemal dokładnie na środku, po lekkim oddaleniu kamery zauważyć można czworokąt rozmiarów ringu, z każdej ze stron osłonięty purpurowymi kurtynami spływającymi spod sufitu, w taki sposób iż nie możemy realnie ocenić wysokości kwadratu.

 

 

„Scena potępionych”

 

 

 

Kilka metrów przed nim postawiony został ogromny, pozłacany, zdopiony różnorakimi rzeźbami tron, u którego boku stoją dwa kolejne, zdecydowanie mniejsze aczkolwiek równie dostojne.

 

 

„Podium zwyciężonych”

 

 

 

Kamera wiruje nad całym pomieszczeniem ukazując wszystkie wyżej wymienione elementy.

 

 

„Wybierz swoje miejsce”

 

 

Kurtyna otaczająca czworokąt zaczyna się powoli podnosić.

 

 

„Zdecyduj o swojej roli”

 

 

 

Podnosi się na wysokość metra ukazując fragment siatki przemysłowej.

 

 

„Możesz być gwiazdą lub statystą”

 

 

Realizator rezygnuje z pokazywania podnoszącej siękurtyny i robi przybliżenie na tron, na którym wszystkie z rzeźb przedstawiają postaci w teatralnych maskach odgrywające sztuki w Starożytnej Grecji.

 

 

„Klaps uderza raz i tylko raz”

 

 

Ponowny przeskok na kurtynę, która odsłoniła już niemal całą konstrukcję. Metalową klatkę, której podstawę stanowi mata ringu, a rolę lin spełniają zwoje drutu kolczastego. Na jej szczyce zawieszony jest klucz, a tuż obok niego nowoczesny zegarek elektroniczny, który odmierza czas.

 

 

„Nie masz czasu, spektakl już trwa...”

 

 

 

Światła lekko się zaciemniają a do pomieszczenia wchodzi jakaś postać. Ubrana całkowicie na czarno. Jedynym elementem innego koloru jest teatralna maska, która dokładnie zakrywa jej twarz uniemożliwiając jakąkolwiek identyfikację. Dostojnym krokiem podchodzi do tronu, zajmuje w nim miejsce po czym wybucha demonicznym śmiechem.

 

 

„Mistrz ceremonii czeka...”

 

 

 

**************

 

 

Słońce zaszło już kilka godzin temu więc chmury nie mają już czego przesłaniać. Choć nadal wiszą nad halą, spuszczając na nią obficie krople deszczu, tworzące przygnębiającą otoczkę dla radosnych wydarzeń dziejących się w jej środku. W tą patetyczną otoczkę doskonale wpisuje się ciemna sylwetka przemierzającą jedną z ulic opuszczonego miasta. Ze względu na to iż jest obrócona plecami do wątłego światła latrni, niemożliwa staje się jakakolwiek identyfikacja.

 

 

Głos z offu: Mówili mi, że milczenie jest złotem.

 

 

Głos z offu: A złoto w każdej postaci stanowi trofeum...

 

 

Głos z offu: Jest ucieleśnieniem odniesionego sukcesu...

 

 

Głos z offu: Zwieńczeniem udanych łowów.

 

 

Głos z offu: Spełnieniem każdego z łowców...

 

 

Głos z offu: Najwyższym stopniem wtajemniczenia...

 

 

Głos z offu: Złoto jest celem...

 

 

Głos z offu: I ja je posiadłem...

 

 

Głos z offu: Stałem się idealnym myśliwym...

 

 

Głos z offu: Bo myśliwy nie mówi, myśliwy słucha...

 

 

Głos z offu: Nawet gdy środowisko stawia twardy sprzeciw...

 

 

Głos z offu: Kiedy trud łowu zachęcia do wykrzyczenia całego bólu...

 

 

Głos z offu: Kiedy trud sam otwiera usta...

 

 

Głos z offu: Milczy...

 

 

Głos z offu: Bo krzyk, słowa, zarezerwowane są dla słabych...

 

 

Głos z offu: Dla ofiar...

 

 

**************

 

 

Nadal przebywamy na zewnątrz lubuskiej hali, a dokładniej na jej parkingu przeznaczonym dla zawodników (niestety nie ma tu takich luksusów jak parking podziemny), przemierza go Izzy Nilsen, jego sylwetka – podobnie jak bohatera poprzedniego segmentu - idealnie komponuje się z paskudną pogodą, pewnym krokiem, z twarzą przesiąknięta czymś pomiędzy zawodem a frustracją, wsadza do ust lekko już zamokniętego papierosa i siłując się z wiatrem próbuje go zapalić niepokorną zapalniczką. Kiedy ta w końcu generuje płomień Black Wings już nie jest zainteresowany, coś innego zwróciło jego uwagę. Lekko przyspiesza kroku stając przy swoim czarnym Fordzie, o którego oparta jest inna postać – Franco The Butcher!

 

 

Izzy Nilsen: (powoli wyjmuje z ust papierosa) Pomyliłeś chyba parkingi, nie dam ci drobnych za pilnowanie auta.

 

 

Franco The Butcher: Izzy Nilsen, zawsze chciałem cię poznać.

 

 

Izzy Nilsen: Mam ci teraz dać zdjęcie z autografem?

 

 

Franco The Butcher: Wielka szkoda, że jedyna okazja została niewykorzystana.

 

 

Izzy Nilsen: Masz teraz taką okazję i lepiej dla ciebie żebyś jej nie wykorzystał, więc łaskawie zabierz swoją dupę z maski mojego auta, bo okoliczności naszego poznania nie nadadzą się do opowiadania wnukom... głównie dlatego, że pozbawię cię szansy na pociągnięcie linii rodowej.

 

 

Franco The Butcher:  Twoja ignorancja jest tak wielka jak ego. Naprawdę żałuję, że nie mogłem jej przytemperować.

 

 

Izzy Nilsen: Gdybyś ją przytemperował stałaby się jeszcze bardziej ostra i mogłaby cię przebić na wylot.

 

 

Franco The Butcher:  Naprawdę mnie nie kojarzysz?

 

 

Izzy Nilsen: Wybacz, nie zapamiętuję każdego lumpa, który prosi mnie o drobne na operacje chorego syna.

 

 

Franco The Butcher:  Jestem Franco The Butcher.

 

Izzy Nilsen: (udaje zdziwionego) To zmienia postać rzeczy...

 

 

Franco The Butcher: Cieszę się...

 

 

Izzy Nilsen: Przyszedłeś tu po to abym na nowo zdefiniował znaczenie słowa rzeźnik? To będzie czysta przyjemność, co jest trochę zabawne zważając na to na jakiego brudasa wyglądasz.

 

 

Franco The Butcher: Tak, tak, kocham tą ignorancję. Jestem gwiazdą w swoim świecie, mam wyjebane na to z kim walczę, bo i tak wygram. Czasami mam tak samo chociaż nasze starcie z EWF zmusiło mnie do myślenia.

 

 

Izzy Nilsen: Starcie z EWF?

 

 

Franco The Butcher: Starcie, które się nie odbyło.

 

 

Izzy Nilsen: Nie kuś losu frajerze, jeśli raz ci się udało nie oznacza, że teraz też tego unikniesz.

 

 

Franco The Butcher: Na to liczę, po to tu jestem.

 

 

Izzy Nilsen: (zbliża się do Franco) Czemu mnie nie dziwi, że pajac wyglądający jak gwiazda sadomaso porno rzuca mi wyzwanie?

 

 

Franco The Butcher: W tym porno gram główną rolę, kata, nie katowanego. Szkoda, że z powodu jednego nieudolnego reżysera, jednej nieudolnej wytwórni nie mogłem spełnić swoich fantazji i przerobić twojej uroczej mordki na konserwę saperską.

 

 

Izzy Nilsen: Widzę jednak, że w zamian już jedna mordę na taką konserwę przerobiłeś. (pokazuje na maskę Franco) Wspaniale, świetny z ciebie rzeźnik.

 

 

Franco The Butcher: Bardzo chcę się rozwijać w zawodzie, bardzo. I czuję, że ty jesteś kawałkiem mięcha, który poże mi dorobić się tego (gładzi ręką samochód Izzy’ego) zawsze o takim marzyłem.

 

Izzy Nilsen: Swego czasu powiedziałem, że nie jestem pieprzonym filantropem. Mógłbym wspierać te wszystkie pieprzone fundacje, pierdolnięte dzieci, ludzi, którzy nie mogą samodzielnie się odlać, ale mam ich w dupie. Nie zasłużyli na moją uwagę. Podobnie jak ty.

 

 

Po tych słowach Nilsen ignorując opierającego się o auto Franco, wsiada do pojazdu gdzie już na spokojnie zapala papierosa.

 

 

Franco The Butcher:  (do siebie) To się niebawem zmieni Izzy... Kurwa, z tego wszystkiego zapomniałem ci pogratulować. Trudno.

 

 

Rzeźnik uświadamia sobie, że to już chyba koniec rozmowy i wolnym krokiem, asekurowany przez obserwującego go Nilsena oddala się w swoim kierunku.

 

 

 

Po tej konfrontacji kamera zaczyna się oddalać, ale o dziwo nie przenosi nas do innej lokacji. Cały czas jeśteśmy na parkingu lecz obserwowanym z daljszej perspektywy, z dachu jednego z pobliskich wieżowców. Stąd mustang Izzy’ego, do którego właśnie wsiadł posiadacz Pride Title shota wygląda jak jeden z mniejszych modelów Burago.

 

 

Głos z offu: Liczą, że krzyk ocali ich od zagłady...

 

 

Głos z offu: Od ostatniego ciosu...

 

 

Głos z offu: I mówią, że to łowca jest egoistą...

 

 

Głos z offu: Poluje dla zaspokajenia własnych instynktów...

 

 

Głos z offu: Czym jednak różni się od ofiary?

 

 

Głos z offu: Czym różni się od ofiary, która woła o wybawienie?

 

 

Głos z offu: Czym różni się od ofiary, która nie krzyczy aby ocalić inne jednostki?

 

 

Głos z offu: Liczy się tylko własne ja...

 

 

Głos z offu: Wzywa pomocy w tej bezkresnej głuszy...

 

 

Głos z offu: W świecie, w którym próżno szukać wyzwolicieli...

 

 

Głos z offu: W świecie, w którym sojusze to nic ponad stada...

 

 

Głos z offu: W świecie, w którym do stada przystępują tylko słabi...

 

 

Głos z offu: Gdy tylko nieświadomie od niego odstąpią...

 

 

Głos z offu: Giną...

 

 

Głos z offu: Z ręki takich jak ja...

 

 

Głos z offu: Najsilniejszych...

 

 

Głos z offu: Najsprytniejszych...

 

 

Głos z offu: Najcichszych...

 

 

Ostatnie stwierdzenie wydaje się stosunkowo nieadekwatne ze względu na donośny warkot silnika jaki wydał właśnie z siebie pojazd Izzy’ego Nilsena.

 

 

Głos z offu: Ktoś kto raz zadarł z łowcą nigdy nie zazna spokoju. Nie ucieknie, nie ukryje. Przegra, bo jest pozbawiony wyższych instyktów. Żyje dniem dzisiejszym, nie patrzy w przód, nie przewiduje skutków. Jest upośledzony, słaby. Tacy stanowią najłatwiejszy łup. Zaślepieni błachym celem, wykonują nazbyt pochopne ruchy. Nazbyt pochopne... Zadzierają z łowcą, a on jednym strzałem przekreśla ich plany.

 

 

Po  tych słowach widać jak auto Nilsena opuszcza parking i znika z pola widzenia obiektywu. Dlatego też kamerzysta robi niespodziewany zwrot o 180 stopni ukazując Armor Kinga! Były BGW Shockwave champ, trzyma przed sobą czarny pokrowiec, który ceremonialnie otwiera i wyjmuje z niego... płaszcz wykonany z tego samego materiału – skóry pantery, co maska zawodnika. The Pride of the Real Warrior nakłada go na siebie po czym rozkłada szaeroko ręce i wydaje z siebie krzyk, który zdaje się być głośniejszy niż warkot silnika auta Nilsena.

 

 

 

Armor King: Wroaaaaaaaar!!!

 

 

**************

 

 

Konrad Ochucki: Nadszedł wreszcie czas na to, na co wszyscy czekaliśmy!

 

 

Bogusław Montana: To już koniec gali?!

 

 

Konrad Ochucki: Nie. Czas na Main Event wieczoru – Tony Jones vs Crash w stalowej klatce!

 

 

Bogusław Montana: To wyjątkowo adekwatna sytypulacja, ciekawe mnie kto ją wymyślił.

 

 

Konrad Ochucki: Nie mam pojęcia, dlaczego pytasz?

 

 

Bogusław Montana: Czuję, że mógłbym się z nim zaprzyjaźnić. Miejsce małp jest w klatce Kondziu!

 

Steel Cage Mecz:

Crash  vs. Tony Jones

 

 

 

Swiatla na arenie przygaszaja, a z glosników uderza Editors i „Papillon” przy towarzyszacych blyskach reflektorów. Publika generuje z siebie solidny heel heat, a po silniejszym blysku na rampie pojawia sie Crash! Obywatel miasta chaosu wyglada na skupionego i powoli zbliza sie do klatki. Z pewna doza ciekawosci chwyta za siatke, z której jest wykonana, by sprawdzic jej twardosc. Wreszcie, przechodzi przez drzwi i wspina sie na jeden z narozników

 

Następuje krótka chwila napięcia, a po chwili rozbrzmiewa głośne Method Man & Redman - "I will not loose”. Publiczność zgromadzona w arenie doskonale wie co to oznacza i reaguje ogromnym, ogłuszającym heel heatem. Po chwili z bramy wychodzi Tony Jones! Tee Jay w pełni ignoruje buczenie widowni i spokojnym krokiem udaje się w stronę klatki.

 

 

Obaj zawodnicy znajdują się już w kwadratowym pierścieniu, sędzia nakazuje uderzyć w gong. Walka zaczyna się od, szybkiego zwarcia. Zwycięsko wychodzi Tony Jones i przechodzi do headlocka. Pojedynek zostaje sprowadzony do parteru. Tam Crash wyślizguje się z uchwytu i stara się wykręcić rywalowi rękę. Jones kontruje i szybko przechodzi do kolejnego duszenia. “Insane One” uderza go jednak kilka razy w tułów i podnosi walkę do góry. Tam Crash odbija się od lin jednak TeeJay wita go potężnym kolanem w brzuch. Na twarzy Obłędnego Rycerza pojawia się spory grymas. To nie koniec. BGW Tag Team champion zalicza przykre spotkanie ze ścianą klatki. Tony wyraźnie tym rozbawiony rzuca go na przeciwległą ścianę! Powtarza to po raz trzeci! Crash zaczyna krwawić. Jednak mimo to kontruje czwartą próbę i sam przypierdala Jonesem o klatkę! Po chwili uderza z Roundhouse Kickiem! Próba pinu: 1.. Kick out! Obaj szybko wstają i kolejna próba sił. Tym razem sprytniejszy jest Crash który podcina oponenta i uderza szybko z Leg Lariatem! Insane One po serii stompów podnosi rywala i ustawia go w narożniku. Sam bierze rozbieg i… Tony Jones odsuwa się w ostatniej chwili, Crash zaś przypierdala z całą siłą o narożnik! Tony nie zwalnia tempa, chwyta swojego przeciwnika i wykonuje mu German Suplex, Crash jednak w powietrzu robi pełne salto i stoi tuż za Jonesem! Chwyta go za kark i przyciska do klatki! Po chwili rzuca go w boczną ścianę konstrukcji! TeeJay wyraźnie krwawi. Insane One stara się zapiąć One-Armed Bandit (Fujiwara armbar), lecz Jones kontruje, kopie rywala w brzuch i uderza z DDT!

 

 

Konrad Ochucki: Jak na razie jesteśmy świadkami niesamowicie wyrównanego pojedynku.

 

 

Bogusław Montana: Po co to mówisz skoro wszyscy o tym wiedzą?

 

 

Konrad Ochucki: Taki jest mój obowiązek.

 

 

Bogusław Montana: Ups… Zapomniałem, że komentujesz gale wrestlingu, tu nic nie jest jasne!

 

 

Konrad Ochucki: Dokładnie!

 

 

 

Obaj leżą spory okres czasu, ten pojedynek kosztuje ich naprawdę sporo sił. Pierwszy jednak wstaje Jones. Podnosi Obłędnego Rycerza i uderza go w miejsce krwotoku! Crash zatacza się lekko i odpowiada tym samym! TeeJay zdaje się przyjął wyzwanie bo znów przypierdala Crashowi w czoło! Ten jednak nie pozostaje dłużno Jonesowi i uderza go w twarz, drugi raz i trzeci. Rzuca go w narożnik i wykonuje Hard Way (Reverse STO) prosto na narożnik, który natychmiast robi się czerwony od krwi Jonesa. Obaj wstają za pomocą lin. Ostatnia akcja wyzwoliła większą wole walki w TeeJayu, ponieważ to on naciera z atakiem. Kombinacja kopnięcia, chopa, puncha i łokcia skutecznie przesuwa Crasha do narożnika. Tam Jones ustawia go sobie pod Superplex, jednak BGW Tag Team champ uderza go butem w podbródek i wykonuje Hurracarrane! Próba przypięcia:1..2… Kick out! Crash z pewnością jest zawiedziony, ale nie za bardzo daje to po sobie poznać, momentalnie podnosi oponenta , chwyta go za głowę i niemal sprintem naciera z nią na ścianę klatki. Niespodziewanie jednak TeeJay w ostatniej chwili zapiera się rękami i przeciwstawia zamiary Crasha przeciw niemu! Potężne uderzenie o siatkę mocno zachwiewa Insane One co wykorzystuje syn Tuana, kopie go w brzuch i jest już w pozycji gotowej do Powerbomba gdy oprzytomniały Crash kontruje owy cios w DDT! Nauczony jednak wcześniejszymi doświadczeniami nie przechodzi do pinu a postanawia dopełnić aktu zniszczenia. Nie myli się za bardzo, bo Tony wyraźnie nie był w stanie kwalifikującym go do łatwego odliczenia. Dość szybko się podnosi nadziewając się tym samym na Lariata! NIE! Jednak w ostatniej chwili udaje mu się zrobić unik, rozpędzony Obłędny Rycerz odbija się od lin i niespodziewanie zostaje zamknięty w small package! 1…2…2,999 kickout! Tym razem to Tony Jones jest zaskoczony niepowodzeniem i nie zamierza dusić tych emocji w sobie, momentalnie doskakuje do sędziego nie zauważając, że z tyłu, tuż za nim czai się Crash, bo w końcu Small Package nie jest zbyt destrukcyjnym ciosem. Kiedy TeeJay się obraca otrzymuje puncha w twarz, kopnięcie w krocze a Insane One chwyta go w pozycji do Head On Collision (Straight jacked piledriver) i próbuje zwalczyć jego opór kiedy niespodziewanie światła na hali gasną a na Titantronie wyświetlone zostaje promo.

 

 

 

Na ekranie ukazany zostaje obraz mężczyzny wstającego z łóżka lewą nogą.

 

 

“DLACZEGO?!”

 

 

Mężczyzna w czarnym szlafroku powoli podchodzi do okna i zaczyna odsłaniać rolety, które je zasłaniają.

 

 

“NIE UMIAŁEM ŻYĆ BEZ TEGO GÓWNA”

 

 

Mężczyna odsłania okno, za któreym ukazana zostaje panorama pobliskiego miasta spowita przez ogromny grzyb atomowy unoszący sie na niebie.

 

 

“NIE UMIAŁEM ŻYĆ BEZ WASZEGO PŁACZU”

 

 

Kamerzysta robi niespodziewane przybliżenie do wnętrza miasta gdzie z jednego z palących się bloków masowo wybiegają płaczący ludzie, nietórzy są zdesperowani do tego stopnia, że bez szans na ocalenie skaczą z najwyższych pięter.

 

 

“KIEDY ROZGRYZANE MUSLI BRZMIAŁO JAK DŹWIĘK ŁAMANYCH KOŚCI”

 

 

Do jednego z mieszkań wbiega wojsko w maskach gazowych i bez pardonu wyciąga na zewnątrz matkę w ciąży i dwójkę jej dzieci.

 

 

“KIEDY WASZ SEN STAŁ SIĘ SPOKOJNY, POZBAWIONY KOSZMARÓW”

 

 

Przekaz z jednego z miejscowych szpitali gdzie ludność z połamanymi ikrwawiącymi kończynami zajmuje tłocznie korytarze i polowe łóżka.

 

 

“TO BYŁ ZNAK ABY PODJĄĆ TERAPIĘ”

 

 

Mężczyzna powoli obraca się w kierunku kamery, ale nie jesteśmy w stanie ujrzeć jego zacieniowanej twarzy.

 

 

“POWRACAM SKURWIELE”

 

 

Światło w hali ponownie się zapala, z głośników uderza „La Coka Nostra” - Bloody Sunday ft. Sen Dog & Big Left a spod Titantronu wyłania się SCYTHER!!! Publika zupełnie nie wie jak zareagować podobnie jak przebywający w ringu Crash, niektórzy z nich buczą pamiętając dawne przewinienia Rampage’a, ale przytłaczająca większość rozradowana obecnością kolejnej supergwiazdy nagradza ten debiut potężnym cheerem. Insane One natomiast trzyma Tony’ego gotowego do wykonania na nim Head On Collision (Straight jacked piledriver), ale coś go powstrzymuje. Prawdopodobnie jest to Scyther, który zmierzając w kierunku klatki wściekłym wzrokiem mierzy oponenta TeeJaya, wykonując przy tym gesty będące jednoznaczną oznaką kłopotów w wypadku wykonania ciosu. Crash się waha…. Ale w końcu wykonuje Head On Collision po czym przechodzi do pinu. Zaskoczony sędzia odlicza 1….2….3!!! (zwycięzcą jest Crash)

 

Konrad Ochucki: Chryste Panie! Co za powrót!

 

 

Bogusław Montana: Pewnie bym się z niego pośmiał, że jest wrestlerem, albo chociaż pastowańcem

 

 

Konrad Ochucki: Co więc stoi na przeszkodzie?

 

 

Bogusław Montana: Mam wrażenie, że szybko mógłbym tego pożałować…

 

 

Konrad Ochucki: Z mojej znajomości Scythera wynika, że wcale się nie mylisz.

 

 

Bogusław Montana: Więc morda w kubeł i oglądajmy jak bije słabszych.

 

 

Insane One zwyciężył, ale w związku z tym, że Scyther szarpie się już z drzwiami klatki, nie jest w nastroju do świętowania. Próbuje szukać jakiegoś awaryjnego wyjścia… I światła na hali gasną po raz kolejny! Mija kilka sekund, a nad klatką zaczynają unosić się iskry, a halę ogarnia dźwięk podobny do tego wydawanego przez piłę motorową. Mija kilkanaście sekund, światła ponownie się zapalają i widać jak tajemnicza postać , w masce teatralnej poprzez otwór wycięty za pomocą kantówki wskakuje do klatki stając tym samy oko w oko ze Scytherem, który właśnie zdołał wyłamać drzwi i również wejść do środka. Postać w masce teatralnej staje oko w oko z Rampagem, który po ukazaniu na początku twarzy przesiąkniętej nienawiścią  zupełnie niewiadomo dlaczego uśmiecha się ironicznie i pomimo przeszkody zwraca się w kierunku Crasha. Ten wyczuwając niebezpieczeństwo zaczyna wycofywać się asekuracyjnie do tyłu, lecz drogę zachodzi mu tajemnicza postać w masce. Nieproszony gość powoli zaczyna odkrywać swoje oblicze, unosi maskę lekko do góry, ukazuje usta, nos, całą twarz… to TOOL!!! Nie zdążyliśmy się jeszcze nadziwić temu zjawisku gdy Rebel niespodziewanie atakuje Scythera posyłając w jego kierunku soczystego puncha!!! Rampage na chwilę traci równowagę, ale odzyskuje ją zanim Tool zdołał wyprowadzić kolejny cios. Odskakuje do tyłu i uderza ciałem w całkiem już przytomnego TeeJaya, który w międzyczasie zdążył przemycić do ringu krzesło. Zawodnicy przebiegle uśmiechają się do siebie, ale nie decydują się na żaden atak, podobnie jak Crash i Tool na których krzesło działa dość odstraszająco. Mniej więcej gdy cała czwórka mierzy się wzrokiem w ringu, wśród podekscytowanej już publiki wybucha niesamowita wrzawa, której przyczyną jest przedzierający się przez trybuny Vaclav i… Chris More Attitude! Były HVW World Champ i jedna z flagowych gwiazd tejże federacji zbijają ze sobą piątki i otaczają klatkę uniemożliwając pozostałej czwórce jakiekolwiek wyjście z niej. Wszyscy wściekle mierzą się wzrokiem pod czujnm okiem człowieka stojącego na jednym z balkonówhali , na którego ramieniu spoczywa World Title – Tony’ego Rocka. Właśnie jego zniesmaczona twarz przekształca się w logo BGW a show schodzi z anteny.