BGW R*zpierdolfest IV, 28.07.2011

Koniec zbliża się gwałtownie. Nie spodziewałam się, że ktoś idąc w dół posuwa się coraz szybciej. Sądziłam, że całą drogę można przejść równym krokiem.

— John Maxwell Coetzee

 

 

 


R*zpierdolfest

 

 

Siedział sam. W zupełnej ciemności. Oparty o ścianę, dysząc ciężko, wyglądał jakby zaraz miał wyzionąć ducha.

 

Głos: To chyba już koniec...

 

Nie widział nic przez długie, opadające mu niedbale na twarz włosy.  Nie widział ani perspektyw, ani krwawiącego nadgarstka, ani kupki wymiocin pod nogami, ani szkła z porozbijanych butelek, które otaczało go ze wszystkich stron. Przytłaczało.  Mechanicznym ruchem podniósł rękę z rozbitą butelką i przyłożył ją do ust...

 

 

Crash: (uderzenie, tym razem pięścią) KONIEC! (uderzenie) To pierdolony koniec! (uderzenie) Miałaś być posłuszna, a stałaś się głupią dziwką z zasadami! (uderzenie) Zaćpaj się na śmierć! (uderzenie) Zdychaj w swoich rzygach (uderzenie) Od dziś nic mnie to nie obchodzi (uderzenie) NIC!!!

 

Calamity:  (przez łzy) Nie...

 

                                       

 

 

Z głośników uderza Gill Scott Heron – Me And The Devil, a wierni telewidzowie programu, na którym emitowane są gale Blood Guts Wrestling mogą w końcu zobaczyć intro długo oczekiwanej gali R*zpierdolfest. Po wspomnianym wstępie realizator decyduje się na zanużenie w czeluściach łódzkiej Atlas Areny, gdzie wszystko jest już dopięte na ostatni guzik. Publika, jak to zwykle bywa, dopisała, zajmując większość z dostępnych 10tys. miejsc, prezentując przy tym konkretny poziom dopingu i transparentów, których jest tak wiele, że trudno byłoby przytoczyć ich treść, a wyłapywanie najciekawszych nie ma chyba sensu, a przynajmniej tak uznał człowiek z realizatorki przenosząc nas od razu do komentatorów.

 

Konrad Ochucki: R*zpierdolfest nr 4 czas, zacząć z łódzkiej Atlas Areny witają państwa Bogusław Montana...

 

Bogusław Montana: I Bogusław Montana...

 

Konrad Ochucki: Minęło już tyle czasu, że zapomniałem z kim przyszło mi pracować.

 

Bogusław Montana: Szkoda, że ja nie zapomniałem gdzie przyszło mi pracować...

 

Konrad Ochucki: Jak państwo widzą, mimo dość długiej nieobecności na antenie naszej federacji nic nie ubyło.

 

Bogusław Montana: Za to polskiej gospodarce przybyło, na bank.

 

Konrad Ochucki: Co masz na myśli?

 

Bogusław Montana: Grecja – kolebka spoconych facetów obmacujących swoje pośladki. Widzisz analogie?

 

Konrad Ochucki: Tak, zaczynam powoli dostrzegać.

 

Bogusław Montana: Ja także, jeśli to gówno nadal będzie niszczyło nasz kraj, nasze dzieci źle skończą. Dlatego podjąłem już kroki, które mają zapewnić im godną przyszłość.

 

Konrad Ochucki: Umieram z ciekawości co zrobiłeś Bogusławie...

 

Bogusław Montana: Przewalutowałem swoją wypłatę na franki. Tobie też to radzę.

 

Konrad Ochucki: Raczej nie skorzystam.

 

Bogusław Montana: Twoja sprawa. Jeszcze wspomnisz moje słowa gdy za milion złotych nie kupisz nawet octu.  Tusk zniszczy ten kraj jak Gierek.

 

Konrad Ochucki: Bogusławie...

 

Bogusław Montana: Ojej... Przepraszam panie premierze, może pan mnie pocałować w ****, TAK DLA WOLNEGO TONY’EGO, TAK DLA WOLNEGO TONY’EGO!!! (wstaje i zaczyna zagrzewać do dopingu publiczność, która natychmiast podłapuje chant)

 

Konrad Ochucki: Otrzymuję informację od realizatora, że musimy jak najszybciej przenieść sie na zaplecze, bo podobno dzieje się tam wiele ciekawego...

 

 

Tak jak zapowiedział nam Ochucki kamera pokazuje nam jeden z korytarzy łódzkiej hali. Po chwili drzwi do niej się otwierają i pojawia się w nich ciemna sylwetka w długim płaszczu. Postać powolnym krokiem zmierza do środa hali kierując na siebie wzrok innych zawodników. W końcu kamerzysta odważa się zrobić przybliżenie na twarz intruza, którym okazuje się być Tool. Phantom bez żadnego zbędnego pośpiechu zmierza do głownej części hali mijając po kolei młodych zawodników, których staż nie pozwala na posiadanie własnej szatni. Smutne to, ale muszą przebierać się właśnie na korytarzu wyrażając przy tym respekt dla największych gwiazd. Jeden odważył się jednak wyłamać, uderzając Rebela barkiem.

 

Vito Vendicativo: Uważaj jak chodzisz koleś, ok?

 

Rebel staje w miejscu. Po chwili odwraca się w stronę mafiozy i patrzy mu głęboko w oczy

 

Vito Vendicativo: Ogłuchłeś?

 

Phantom jednak zdaje sobie nic nie robić z zaczepek rywala. Vito podirytowany milczeniem adwersarza sięga do kabury i wyjmuje swój markowy, złoty rewolwer i trzęsącą się dłonią zaczyna nim mierzyć w Toola.

 

Tool: Zagramy ?

 

Vito Vendicativo: Słucham ?

 

Nim Włoch zdążył się zorientować broń znajdowała się już w rękach Toola i była przyłożona do skroni EWF World Champa. Przerażony Vito chyba nie spodziewał się, że jego rywal może wykazać się taką odwagą. Mijają chwilę, po których Rebel przyciska cyngiel, słychać stukot... brak kuli. Phantom z grobową miną przykłada w podobnym stylu spluwę do głowy mafioza, a ten z przerażenia zwija się w kłębek. Stukot... pusta komora. Wkurwiony Phantom obraca w dłoniach pistolet i zaczyna nią napierdalać przerażonego Włocha po głowie... Jedno... drugie.... czwarte... ósme... grad uderzeń powoduje u mafiozy intensywne krwawienie, ktore staje się swoistym znakiem stopu dla Phantoma. Po raz ostatni ciska pistoletem w półprzytomnego gangstera i odchodzi w sposób w jaki przyszedł.

 

 

Kamera przenosi nas do... kolejnego korytarza, nic dziwnego, w końcu sporo ich w tak wielkiej hali. Nie jest on pusty, bo dumnie i wesoło kroczy nim Mecenas Extremy – Vaclav, oczywiście z piwem w ręku. Nic w tym dziwnego, w końcu to jego nieodłączny rekwizyt. Jednak anwet piwo nie oświetli nikomu drogi gdy na korytarzu zgaśnie światło. A tak właśnie obecnie przedstawia się sytuacja Hardcore Hero. Przez kilka pierwszych sekund na korytarzu panuje grobowa cisza, która dość niespodziewanie przeradza się w dźwięki uderzeń, sapania i różnorakich krzyków.

 

 

Ciągle znajdujemy się na backstage’u łodzkiej hali gdzie czeka już na nas Weronika Wielowieyska wraz z posiadaczem Pride title shota – Izzym Nilsenem.

 

Weronika Wielowieyska: Witam państwa po tej jakże długiej przerwie, dziś wraz ze mną jest tu posiadacz Pride Title shota Izzy Nilsen. (przeciągłe buczenie na hali)

 

Izzy Nilsen: Nie, nie, dziewczynko...

 

Weronika Wielowieyska: (z lekka zaskoczona a tym samym oburzona) Słucham?

 

Izzy Nilsen: Nie jestem tu z tobą, nie jestem tu dla ciebie... To ty jesteś dla mnie dziewczyno, rozumiesz?

 

Weronika Wielowieyska: Cóż...

 

Izzy Nilsen: Popraw się proszę.

 

Weronika Wielowieyska: Jestem tu wraz z Izzym Nilsenem, lepiej?

 

Izzy Nilsen: (zaciąga się papierosem i uśmiecha do Wielowieyskiej) Ślicznie, naprawdę. Wydaje mi się, że na tym możemy zakończyć, bo chyba teraz nie mam nic do powiedzenia.

 

Weronika Wielowieyska: Ale...

 

Izzy Nilsen: (puszcza kółeczko z dymu) Jesteś tu dla mnie, pamiętasz? To ja decyduję kiedy chcę coś powiedzieć, a teraz nic ciekawego nie przychodzi mi do głowy.

 

Weronika Wielowieyska: Dziś poznasz swojego przeciwnika w walce o Pride title shot, długo czekałeś na tę chwilę, naprawdę nie chcesz nic powiedzieć?

 

Izzy Nilsen: Jeśli go poznam, wtedy mu powiem, powiem mu kilka słów prosto z serca, bo chcę żeby wiedział, że ta szansa to żaden, absolutnie ŻADEN powód do radości, rozumiesz? Jeśli dziś, z ust Rejdycha  padnie twoje nazwisko zamiast skakać z radości, powinieneś skurwielu na zapas zapaść się pod ziemię, bo prędzej czy później sam cie tam wepchnę. Wiesz o czym mówię dziecinko ?

 

Weronika Wielowieyska: (zaczyna biec za odchodzącym Nilsenem) Co z Vaclavem?

 

Izzy Nilsen: (zatrzymuje się) Słucham?

 

Weronika Wielowieyska: Wygrałeś z jedną z największych gwiazd federacji.

 

Izzy Nilsen: I chcesz wiedzieć co to oznacza?

 

Weronika Wielowieyska: Mhm.

 

Izzy Nilsen: (uśmiecha się szeroko) Że Vaclav nie jest już największą gwiazdą tej federacji, bardzo proste. 

 

Nilsen ponownie rusza przed siebie.

 

Weronika Wielowieyska: (dotrzymuje mu kroku) Czy dasz mu szansę na rewanż?

 

Izzy Nilsen: (śmiejąc się głośno) Co? (dłuższa pauza, w której poważnieje) Nie.

 

Weronika Wielowieyska: (zatrzymuje się) Dla Blood Guts Wrestling, Weronika Wielowieyska

 

 

Kolejnym przystankiem pomiędzy pierwszą walką okazujesię być szatnia Armor Kinga, gdzie człowiek w masce pantery z zapartym tchem ogląda wydarzenia dziejące się na ekranie odbiornika telewizyjnego. Trudno powiedzieć czy podziela radość Nilsena, który przechwala się swoim Pride title shotem. W okazywaniu emocji jest akurat dość pościągliwy. Do chwili gdy próg pomieszczenia nie zostaje przekroczony przez Franko The Butchera. Tego człowieka „The Pride of Real Warrior” raczej nie lubi więc nic dziwnego, że natychmiast zrywa się z miejsca gotów do ataku.

 

Franko The Butcher: Spokojnie przyjacielu...

 

Armor King: ...

 

Franko The Butcher: (wskazuje palcem na telewizor) Widziałeś to?

 

Armor King: (niepewnie przytakuje) ...

 

Franko The Butcher: Bądźmy między sobą szczerzy – to wkurwiające. Mnie ten widok wkurwia, ale kiedy myślę o tobie to mój gniew staje się taki jakiś... mniejszy.

 

Armor King: ...

 

Franko The Butcher: Jak tak na ciebie patrzę widzę człowieka okradzionego. Z marzeń, nawet z przeznaczenia. Prawda Wojowniku?

 

Armor King: (po raz kolejny niepewnie przytakuje)...

 

Franko The Butcher: Przestań kurwa przytakiwać! Powinieneś być na jego miejscu! I dobrze o tym wiesz Wojowniku. Powinieneś tam być, ale nie jesteś... Więc nie próbuj udawać, że się z tym godzisz... Bo nie godzisz!

 

Armor King: ...

 

Franko The Butcher: Nie chcę nic sugerować, ale powinieneś się tym zająć. Nie pozwól robić z siebie pizdy. Ile razy można być okradanym? Ze zwycięstwa, z tytułu... Nawet Aero cię załatwił. Weź się za siebie wojowniku! Weź się za siebie i załatw to jak przystało. Bez dyplomatycznych pierdół. Jak pieprzony wojownik. Rozumiesz o czym mówię?

 

Armor King: (tym razem przytakuje zdecydowanie) ...

 

Franko The Butcher: Wtedy załatwimy to tak jak powinno być załatwione od początku. Dwóch zamaskowanych, przepełnionych honorem i dumą zawodników zmierzy się o Pride Title. Zgoda?

 

Franko wyciąga w kierunku Armora dłoń, lecz ten jedynie spogląda na nią i nie ma zamiaru odwzajemnić uścisku.

 

Franko The Butcher: Pamiętaj, że to leży w twoim interesie. Jeśli jednak masz wątpliwości... Za eliminację Nilsena dorzucę coś ekstra. Nie będę ukrywał, że sam też nie cierpię skurwiela... Ale pamiętaj, że to przede wszystkim twój interes...

 

Armor King: (przygląda się bacznie temu co Franko chce powiedzieć) ...

 

Franko The Butcher: Oczyszczę twoją duszę wojowniku.

 

Tym razem Armor King decyduje się na uściśnięcie dłoni Rzeźnika.

 

 

Konrad Ochucki: EWF World Champ jest tu!

 

Bogusław Montana: Który to?

 

Konrad Ochucki: Tool.

 

Bogusław Montana: Który to?

 

Konrad Ochucki: (załamuje ręce) W płaszczu!

 

Bogusław Montana: Który w płaszczu?

 

Konrad Ochucki: (uderza się dłonią w czoło) Ilu widziałeś ludzi w płaszczu?

 

Bogusław Montana: Dwóch. Armor Kinga i tego drugiego.

 

Konrad Ochucki: Ten drugi.

 

Bogusław Montana: Dobrze wiedzieć. Bałem się, że Armor King był jakimś mistrzem. Oni zmieniają te ringname’y jak majtki przy biegunce.

 

Konrad Ochucki: Dobrze powiedziane. Nadszedł jednak czas na pierwszą walkę tego wieczora. Filu vs. Max Craven. Przypomnijmy, że zwycięzca tego pojedynku otrzyma szansę walki o Shockwave title!

 

Bogusław Montana: Super.

 

 

 

Single Match

Filu vs. Max Craven

 

Z głośników rozbrzmiewa Silna Grupa Pod Wezwaniem - Panny z Cicibora, a pod Titantronem pojawia się postać byłego sumity z Cibra Dużego. Filu bardzo powolnym krokiem zmierza w kierunku ringu co by się nie zmęczyć. Przy marszu tym cały czas towarzyszy mu spory cheer publiki, fanki z pierwszych rzędów ośmielają się nawet klepać go po piersiach. Kiedy jest już przy kwadratowym pierścieniu, korzystając ze schodków, niespiesznie wchodzi do niego.

Z głośników zaczyna napierdalać March of the S.O.D/Sargent D w wykonaniu Stormtroopers of Death. W rytm utworu migają białe światła, a z bramy wyłania się postać Maxa Cravena. Murzyn niemal marszowym krokiem dociera do ringu i przechodzi na jego prawą stronę, by wspiąć się na apron. Po chwili tauntowania przechodzi między linami i wchodzi na narożnik. Kilka sekund zajmuje mu rozglądanie się po publiczności, w końcu zdejmuję swoja koszulkę i rzuca wprost pomiędzy fanów.

 

Bogusław Montana: Powiedz mi Kondziu, dlaczego oni to robią?

 

Konrad Ochucki: Co konkretnie?

 

Bogusław Montana: Po co rzucają tymi koszulkami w publiczność? To jakiś element odgrywania skurwiałego skurwiela?

 

Konrad Ochucki: Raczej odwrotnie. Chcą dać fanom coś od siebie, okazać szacunek.

 

Bogusław Montana: Całkiem miły obyczaj. Dostać spoconą koszulką w twarz.

 

 

Słyszymy gong rozpoczynający starcie. Wrestlerzy patrzą sobie w oczy i dochodzi do zwarcia. Wygrywa je o wiele większy Filu, spychając Maxa w narożnik. Ten szybko zrywa się i dopada do sumo, ponowne spięcie i Craven ląduje w przeciwległym narożniku. Craven znów ambitnie podrywa się na równe nogi, jednak teraz dopierdala Filowi low blow, prawą nogą. Mieszkaniec Cicibora Dużego lekka nachyla się, a Anarchista uderza z running dropkickiem. Można powiedzieć, że po prostu odbił się od ściany więc próbuje drugi raz i trzeci! Filu nadal na nogach. Craven rozpędza się po raz czwarty i mamy Bicycle Kick! Filu opiera się od liny, Członek FTM naciera na niego, lecz nasz rodowity sumo przerzuca go nad sobą! Max Craven wpada prosto na barierki.

 

Konrad Ochucki: Jak na razie sytuacja Maxa Cravena nie przedstawia się najlepiej.

 

Bogusław Montana: Chyba się pomyliłeś.

 

Konrad Ochucki: W którym momencie?

 

Bogusław Montana: Chujowo, Kondziu, chujowo, nie bójmy się tego słowa. Ale ja nie tylko tym...

 

Konrad Ochucki: Co jeszcze?

 

Bogusław Montana: Fanom nie przypadł do gustu gest przyjaźni ze spoconą koszulką. Chyba, że krzyczenie „Zdychaj skurwielu!” też jest symbolem wdzięczności. Człowiek oglądając nawet takie dno jak wrestling jest w stanie nauczyć się czegoś o innych kulturach.

 

Konrad Ochucki: Zdecydowanie.

 

Gdy sędzia doliczył do pięciu Craven zdołał wturlać się na ring. Tam jednak dość szybko przejął go Filu i wykonał mu potężny scoop slam. Natural Born Antychryst po powstaniu otrzymuje teraz Lariata. To chyba nie koniec atrakcji, Chudy tym razem przypierdala w Maxa Headbuttem! Pinuje: 1..2.. kick out! Filu podnosi oponenta, rzuca na liny. Próba Spinebustera, jednak Mx kontruje w DDT po którym Ciciobrska potęga pada! Wchodzi na narożnik i mamy Moonsault! Próba zakończenia walki: 1..2.. Filu dosłownie zrzuca swojego rywala z siebie. Przedstawiciel ruchu Śmierć Kutas i Zniszczenie nie poddaje się. Dopada do cięższego zawodnika i naciera z serią stompów. Następnie seria łokci. Odbija się od lin, Leg Drop! Pin: 1..2.. Kick out! Craven widzi, że tak walki nie wygra, więc pozwala Chudemu wstać. Jest to dość ryzykowne, lecz wskakuje na trzecią linę i stara się wykonać Crossbody! Filu łapie go w locie! Podnosi go nad swoją głowę i zrzuca brutalnie za siebie!

 

Konrad Ochucki: Sytuacja jakoś diametralnie się nie zmieniła.

 

Bogusław Montana: Więc po co się odzywasz?

 

Konrad Ochucki: Taka już moja rola.

 

Bogusław Montana: Współczuję.

 

Konrad Ochucki: Sobie też?

 

Bogusław Montana: Nie wiem czy mam w sobie tyle empatii.

 

Filu chce zakończyć tą walkę. Brutalnie rzuca Anarchistę w narożnik i Splash! Rzuca go na przeciwległe liny, Asshole Slam? Nie, Craven uderza go kolanem w kroczę! Następnie chwytago od tyłu i trudem pcha w narożnik! Próbuje wykonać Obalenie Systemu, jednak Filu uderza go łokciem i brutalnie odpycha! Craven wykonuje szybki kip up, biegnie w sumo lecz nadziewa się na potężny Asshole Slam! Filu udaje się na drugą linę i wykonuje zabójczy wręcz Splash! Pin wydaje się być formalnością: 1…2….3

Bogusław Montana: I po zawodach.

 

Konrad Ochucki: Max Craven po raz kolejny udowodnił, że jego ambicje są większe niż możliwości.

 

Bogusław Montana: A Filu większy niż jego ambicje.

 

Konrad Ochucki: Nie znasz tego chłopaka...

 

Bogusław Montana: Czyżbym wyczuwał stronniczość, nie lubisz Maksia, co ?

 

Konrad Ochucki: Nie prowokuj.

 

Bogusław Montana: Widzisz, jednak mamy coś wspólnego. Gdyby nie był to wrestling mógłbym powiedzieć, że jego porażka ucieszyła mnie jak dobre porno.

 

Konrad Ochucki: Nie chcę sobie tego wyobrażać...

 

Bogusław Montana: To całkiem ciekawy widok, naprawdę.

 

Konrad Ochucki: Nie chcę wiedzieć, nie zmuszaj mnie do wyobrażania sobie takich rzeczy.

 

Bogusław Montana: Myślałem, że jako fan wrestlingu lubisz pierwotne instynkty. Wiesz o czym mówię?

 

Konrad Ochucki: Nie chcę się powtarzać, czy możemy przenieść się na backstage?

 

Bogusław Montana: Nie jesteś w moim typie kolego.

 

 

 

Po raz pierwszy dzisiaj mamy przyjemność dostąpienia niewątpliwego zaszczytu wizyty w gabinecie Jana Rejdycha, który to z uwagą podziwia na ekranie akcję dziejącą sie w ringu. Jeśli go to nie nudzi pewnie robiłby to dalej gdyby nie huk otwieranych drzwi, w których stanął zakrwawiony i kulejący Vaclav!

 

Jan Rejdych: (wykrzywiając twarz) Kurwa, towarzyszu, że tak pozwolę sobie na małą sugestię – chujowo wyglądasz!

 

Vaclav: (spuszca na chwilę wzrok z Rejdycha, aby obejrzeć swoje zakrwawione ciało) Można tak powiedzieć.

 

Jan Rejdych: No ja bym ci nic innego nie powiedział, sama prawda, sama kurwa prawda. Rzekłbym nawet, że prawda naga. Jak dupa biskupa.

 

Vaclav: Nie miałem okazji podziwiać.

 

Jan Rejdych: Takie przysłowie przyjacielu, musisz więcej czytać, edukować się! To, że jesteś wrestlerem nie usprawiedliwa analfabetyzmu. Dobra, może w pewnym stopniu. (popada w zadumę) Da się zauważyć pewien problem... Naprawimy to!

 

Vaclav: Jestem wdzięczny, ale umiem czytać. I chętnie przeczytałbym swoje imię dalej niż w drugiej walce.

 

Jan Rejdych: A co ty tam robisz towarzyszu ?

 

Vaclav: Walczę.

 

Jan Rejdych: No to chyba jakaś kpina kurwa z mojego stopnia. WALCZYSZ ?!

 

Vaclav: Tak się złożyło.

 

Jan Rejdych: To wykluczone przyjacielu. Spójrz na siebie jesteś ujebany... nawet bardziej niż zwykle ujebany. I ja mam cię do ringu wpuścić?

 

Vaclav: Dlatego proszę o czas.

 

Jan Rejdych: Nie mamy kurwa czasu, nie mamy ani sekundy, ani sekunda nie może pójść na marnację. Jak mamy sekundę to reklamujemy Diochespan. Ten krem od żylaków, polecam z całego serca! Rozumiesz towarzyszu, Nas Jazzowski nie domaga więc muszę dbać o interes. Dlatego usuniemy twoją walkę i puścimy reklamy.

 

Vaclav: To wykluczone.

 

Jan Rejdych: Wykluczone, wykluczone... Tylko ja tu kurwa mogę was wykluczać i to właśnie robię, rozumiesz człowieku? Nie masz dziś żadnej walki.

 

Vaclav: Nie chcę naciskać, ale zdaje pan sobie sprawę jak ta odmowa może się skończyć?

 

Jan Rejdych: (zrywa sie gwałtownie z miejsca i grozi Vaclavowi palcem) Chcesz mi kurwa grozić? TY ?! Taki zarośnięty ?! Zaraz jak cię chwycę za te kudły i piznę o ścianę...

 

Vaclav: Odradzam.

 

Jan Rejdych: Nie używaj przy mnie takiego słownictwa, jak to kurwa szło... wysupłanego! Bo widać żeś cham i prostak. A chamów i prostaków mi szkoda, więc idź do naszego medyka polowego  niech da ci jakieś tablety. Jak powie to co ja to cały chuj z walki będzie. Aero wygra walkowerem, o! To jest myśl! Nie można tak sobie walk przekładać, to nie jakaś satelyta, że włączas sobie kanał na życzenie, ten czy tamten, tu nie ma wyboru, to jest wrestling! Tu nie ma tak dobrze, oj nie!

 

Vaclav: (wychodząc z pomieszczenia) Do zobaczenia.

 

Jan Rejdych: Czekaj, stój! Muszę cię kurwa pobłogosławić, poinstruować...  

 

Vaclav jednak nie posłuchał i odszedł, a Rejdych spragniony rozmowy podniósł słuchawkę i wystukał jakiś numer.

 

Jan Rejdych: (z szerokim uśmiechem) Uszanowanie kochaniutki doktorze Żygago...

 

 

 

 

Znajdujemy się chyba w jednej z najbardziej eleganckich szatni jakie widział pro wrestlingowy światek. Choć daleko jej do apartamentu prezydenckiego w Hiltonie luksus widać tu na każdym kroku. Skórzane sofy,wielki ekran LCD, świetnie zaopatrzony barek i wyjmujący z niego butelkę idealnie zmrożonej szkockiej były EWF World Champ Scyther.

 

Scyther: Widzisz Tee, mentalność do tego typu spraw odziedziczyłeś po ojcu. I to jest zajebiste.

 

Tony Jones: Taaaa, dziedziczenie genów jest całkiem spoko, co nie.

 

Scyther: Tyle że niektórych rzeczy za nic nie odziedziczysz, nawet jeśli twoim ojcem będzie pieprzony Stephan Hawking nie wyjedziesz z pizdy na zajebistym wózku z syntezatorem mowy. Pewnych rzeczy trzeba się nauczyć.

 

Tony Jones: Po chuj mi wózek?

 

Scyther: (polewa przyjacielowi szkockiej) Żeeeeby mieć lżej pod górkę, rozumiesz?

 

Tony Jones: (zadowolony podnosi szklankę) Trzeba było tak od razu brat, hehe.

 

Scyther: Więc do naszego problemu trzeba podejść strategicznie. Jak Napoleon. Może miał mało tu i tam, ale był obrotny. Wracając do istoty naszego problemu... Znam tego skurwiela od lat i wiem, że ma w dupie to czy ten czy tamten frajer zdobędzie jakiś pasek. Postaw se na miejscu Crasha nawet jakiegoś Flying Menów to sytuacja i tak wyglądałaby tak samo.

 

Tony Jones: (wybucha śmiechem) Flying Men jest spoko, tyle że wiesz, na niego mam wyjebane.

 

Scyther: To idź i powalcz se o ten śmienik title, zobaczysz Toola krok za sobą.

 

Tony Jones: Dla mnie sprawa jest cholernie prosta i nie ma tu się nad czym rozwodzić brat, wódka stygnie.

 

Scyther: (bierze łyka) Młody, wiem co ci chodzi po głowie, wiedziałem do od początku. Tyle, że tym razem załatwimy to po mojemu.

 

Tony Jones: Jeśli zobaczę jego mózg na ścianie i będę miał pewność, że już się nie wpierdoli w moje interesy to możemy załatwić to nawet po nie wiem... bretońsku ?

 

Scyther: (zdziwiony) Hm?

 

Tony Jones: Wiesz, jak fasolkę.

 

Obaj zawodnicy momentalnie wybuchają śmiechem, a my na chwilę opuszczamy to pomieszczenie.

 

 

Ciągle przebywamy na jednym z korytarzy łódzkiej hali, gdzie wśród  wszechobecnych pustek zobaczyć można Revana dzielnie przygotowującego się do swojej walki. Robi pompki i inne tego typu dziwacta mające na celu powiększenie masy mięśniowej w pół godziny.  Pewnie by mu się to udało gdyby nie zakłócenie sesji treningowej przez niejakiego Franko The Butchera.

 

Revan: (robiąc pompki) Idź dalej.

 

Franko The Butcher: Po co? Znalazłem swoje miejsce.

 

Revan: Znajdź jakieś przynajmniej 10 metrów ode mnie, łapiesz?

 

Franko The Butcher: To może nam utrudnić komunikację.

 

Revan: Wielka-kurwa-szkoda.

 

Franko The Butcher: Wiem jak to wygląda z punktu, w którym siedzisz – „Butcher załatwił mojego przyjaciela, Butcher to skurwiel” – racja, zgadzam się... Tylko z tym co jest po przecinku.

 

Revan: Jesteś naprawdę super.

 

Franko The Butcher: Jasne. Wewenętrzna radość mnie rozpiera, dusza skurwiela się raduje, kiedy myślę sobie jak łatwowierny jesteś i jak bardzo marnujesz swoje złe emocje przenosząc je na niewłaściwą osobę...

 

Revan: Mów dalej...

 

Franko The Butcher: Nie zrozum mnie źle. Ostatnia nasza rozmowa to była... lekcja.

 

Revan: Lekcja? Ciekawe.

 

Franko The Butcher: Chciałem cię oduczyć życiowej naiwności. Jesteś wrestlerem, musisz zrozumieć podstawowe prawa rządzące tym biznesem! Nie każdy kto nosi maskę jest tym dobrym i nie każdy kto jest bez maski jest doszczętnym skurwielem... W tym biznesie każdy nim jest, nawet w małym pierwiastku. Ja, ty, nawet Vaclav i Jazzowski. BA! Nawet pieprzony, cukierkowy Y2J miał ten pierwiastek.

 

Revan: I dlatego mam ci wierzyć? Bo nie jesteś gorszy od innych?

 

Franko The Butcher: Jestem, ale nie w tym rzecz... Dokonałeś błędnej eliminacji w chwili gdy wszystko było prawdopodobne. Armor King został złapany na gorącym uczynku i mimo, że dziś wiadomo o jego niewinności...

 

Revan: Naprawdę?

 

Franko The Butcher: Tak się złożyło.

 

Revan: Więc kto?

 

Franko The Butcher: Nie jestem pewien czy powinienen ci mówić.

 

Revan: (wstając) Kto ?!

 

Franko The Butcher: To pewna, ale niepotwierdzona informacja. I nie sądzę, aby ktokolwiek ją kiedyś potwierdził.

 

Revan: Dlaczego?

 

Franko The Butcher:  Nie sądzę, aby Rejdych chciał narażać swojego protegowanego.

 

Revan: Aero?

 

Franko The Butcher:  Nie wiesz tego ode mnie.

 

Revan: A ty skąd to wiesz?

 

Franko The Butcher:  Powiedział mi, przyznał się.  W dodatku wydawał się być z tego dumny...

 

Revan: (popada w zadumę) Dumny... (gwałtownie zrywa się z miejsca i zaczyna iść przed siebie) Mam nadzieję, że mi też się tym pochwali.

 

Franko The Butcher: (chwyta Revana za ramię) Spokojnie, spokojnie. Wiedziałem, że jeśli ci powiem zechcesz zemsty, ale styl, w którym planujesz jej dokonać nie jest najlepszy. Naprawdę.

 

Revan: Co proponujesz?

 

Franko The Butcher: Zadbać o szczegóły, zatrzeć ślady. Tak samo jak on zrobił w przypadku Neisana. Rozumiesz o czym mówię?

 

Revan: Mów dalej.

 

Franko The Butcher: Potrzebujesz popleczników. I ja ci ich zapewniłem. (uśmiecha się do stojącego nieopodal ochroniarza, który natychmiast znika z pola widzenia zawodników) Podobnie jak narzędzie (podaje Revanowi śrubokręt) rękojeść owinąłem taśmą więc jest bezpieczny. Załatw to jak trzeba.

 

Revan: (bierze śrubokręt) W tym wypadku nie będę miał skrupółów.

 

Franko The Butcher: Tak... Pamiętaj, że przez to co zrobił Neisan już nigdy nie będzie mógł postawić stopy na ringu. Zniszczył jego marzenia kosztem swoich. Pamiętaj przyjacielu.

 

Revan: (odchodząc) Nie jesteśmy przyjaciółmi, zapamiętaj to, dobrze ?

 

 

 

Jak widzimy na ekranie Vaclav posłusznie wykonał polecenie wydane mu przez Rejdycha, bo oto jego zarośnięta głowa wyłania się z gabinetu lekarza... i zamiera, a dokładniej to jego wzrok zamiera, na dwóch osobach stojących pod gabinetem. Ochroniarzach, jeśli mamy być precyzyjni. Obaj, poobijani jeszcze bardziej niz Hardcore Herp, uparcie wbijają swoje speszone spojrzenia w ziemię, unikając jakiegokolwiek kontaktu z Mecenasem Extremy. Ten natomiast powoli wychodzi z pokoju lekarskiego i udaje się w swoją stronę, ciągle trzymając dwóch strażników na muszce.

 

 

 

 

Tak jak wspomniano wcześniej – ekskluzywną szatnię TeeJay’a i Scythera opuściliśmy tylko na chwilę, może niezbyt krótką, ale i tak niewiele tam się zmieniło. Obaj zawodnicy nadal sączą ze szklanki szkocką i knują jakieś intrygi.

 

Scyther: (spogląda na Rolexa) To taki typ człowieka, któremu nawet jak odetniesz nogi będzie za tobą pełzał. Jak obetniesz głowę będzie napierdalał bez niej, jak pieprzony prosiak.

 

Tony Jones: Jak to mówią, spróbować nie zaszkodzi.

 

Scyther: Brat, uwierz, próbowałem. Napierdoliłem go raz, drugi, stary, nawet nie potrafię tego zliczyć. A on ciągle wracał z tym swoim standardowym pierdoleniem – jesteśmy największymi wrogami Scy, tym razem cię zniszczę! Miałem World Title przez 22 sekundy jestem godny skopania ci dupy! (ziewa) Ile ja już razy to przerabiałem?

 

Tony Jones: Czekaj, czekaj... Więc skoro nie ma problemu, tooooo...  nie musimy nic robić, ta? (bierze sporego łyka) Nie ukrywam, to mi całkiem odpowiada.

 

Scyther: Teoretycznie mamy luz, ale i tak umówiłem z nim spotkanie. Dla spokoju sumienia i zdrowia tego skurwiela. Zaczynam mięknąć, autentycznie mi go żal...

 

Tony Jones: (kolejny łyk) Jestem poruszony, serio. (znowu łyka) Co z Crashem ?

 

Scyther: (robi przestraszoną minę) O matko! Zapomniałem!

 

Tony Jones: (daje się ponieść emocjom) Co jest ?

 

Scyther: Mamy przejebane...(dłuższa pauza)  CRASH ?!  r u kiddin’ me ? (wybucha śmiechem)

 

Tony Jones:  (mimo wszystko zachowuje powagę) Myślałem, że tę sprawę też załatwiłeś... Wiesz, że mam do niego pewien uraz.

 

Scyther: Myślę, że będziesz miał cholernie dobrą okazję żeby wymazać to gówno z pamięci. Caaaałkiem niedługo. To akurat mogę ci zagwarantować brat.

 

Tony Jones: (przechyla szklankę) Nie mogę się wprost doczekać.

 

 

 

 

Konrad Ochucki: Nie zauważyłeś jakiejś podejrzanej przemiany u Scythera?

 

Bogusław Montana: Kogo?

 

Konrad Ochucki: Nieważne...

 

Bogusław Montana: Żartuję, żartuję Kondziu, za kogo ty mnie masz?

 

Konrad Ochucki: Niekompetentnego komentatora.

 

Bogusław Montana: Usłyszeć to z twoich ust to czysta przyjemność.

 

 Submission Match

Vaclav vs. Aero

 

 

 

Zabrzmiał gong. Wrestlerzy błyskawicznie rzucili się do walki - szybszy był Aero, wymierza łokieć w twarz Vaclava i próbuję popchnąć go w stronę lin. Vaclavovi doskwiera ból nogi, który zmusił go do upadku. Aero przebiega nad leżącym rywalem, odbija się od lin, próbuje przeskoczyć jeszcze raz, ale Mecenas Extremy łapie go za nogę i gwałtownie ściąga do parteru, po czym próbuje najwyraźniej założyć jakąś dźwignię na nogę. Zanim jednak domyka uchwyt, Czekoladowy Chłopiec przewraca się na plecy i wolną nogą trafia Vacka w twarz. Hardcore Hero odrobinę przymroczony stoi na środku ringu, Aero zaś błyskawicznie wstaje, doskakuje od lin, odbija się od nich i chyba będzie atakować z pomocą crossbody... ale Vaclav zapobiega temu wystawieniem swojej bolącej nogi na którą nadziewa się Aero i zanim ten zdąży pomyśleć o tym, że go boli, Vaclav łapie rywala za głowę i wykonuje Evenflow DDT! To dobry moment na regenerację sił z obu stron. Vaclav wie, że z nogą jest coś nie tak, nie przeszkadza mu to jednak, próbuje złapać Aero, ten jednak przeturlał się w stronę apronu. Mecenas Ekstremy wkłada głowę między liny ażeby dorwać swojego rywala... to był błąd, bowiem miłośnik techniki zeskakuje na podłogę za ringiem i wykonuje jawbreakera z użyciem liny!

 

Konrad Ochucki: Vaclav w tej walce, próbuje, ale mimo wszystko nie wygląda jak Vaclav.

 

Bogusław Montana: (spogląda uważnie na Mecenasa Extremy) Hm... To jak według ciebie wygląda?

 

Konrad Ochucki: Gorzej niż zwykle, zdecydowanie.

 

Bogusław Montana: (wytrzeszcza oczy) To tak można ?!

 

Pozwala to Jacobowi złapać głębszy oddech, po którym wraca na ring i atakuje wpółleżącego przeciwnika kopniakiem w twarz. To mu nie wystarcza, odbija się od lin i dokłada knee dropa na głowę Vaclava. Może Aero domknąłby half craba, gdyby nie to, że Hardkorowy Bohater chwycił mocno dolną linę, co zmusiło sędziego do przerwania chwytu. Jacob przenosi się pod przeciwległe liny i czeka na to, by jego przeciwnik wstał... Vaclav robi to powoli, przechodzi do pionu wspomagając się linami... Aero naciera... ale Vaclav uchyla się, przez co były Latający Człowiek wypada za ring, w ostatniej chwili jednak desperackim ruchem udaje mu się złapać za linę! Vaclav nie jest chyba tego dokońca świadom, odwrócony plecami do całej sytuacji, kulejąc na lewą nogę, stara się zebrać do dalszej walki, odwraca się wreszcie w stronę rywala... który nawiązując do swej przeszłości, naciera w powietrzu ze springboard dropkickiem! Trafia idealnie w korpus Mecenasa Extremy, niemalże go nokautując. Aero jest żądny wygranej, dopada do Vaclava i zakłada armbara. To mocny chwyt… widać cierpienie na hardkorowej twarzy… Vaclav sięga stopą liny! Co z tego jednak, gdy człowiek, który z techniką ma dużo wspólnego, ciągnie przeciwnika na środek ringu i kolejny raz osłabia jego rękę. Mecenas próbuje sięgnąć drugą ręką do twarzy Aero… jeden punch, drugi punch… uchwyt puszczony. Hardkorowy Vaclav szybko podnosi się, eksploatując przy tym swoją obolałą nogę, ale nie przeszkadza to mu w wykonaniu soczystego enzuigiri lądującego na bąbelkowej twarzy! Nawet nie wiadomo kogo boli bardziej, fan Perły w swoim cierpieniu nie jest w stanie nawet doczołgać się do rywala i spróbować go poddać… Aero powoli dochodzi do tego kim jest i gdzie się znajduje... obaj niezbyt rwą się do powstania… a jednak, Vaclav na nogach! Chwyta podnoszącego się Jacoba i zakłada mu gilotynę… nie może opleść rywala nogami, wkłada więc swoją całą siłę w duszenie.. czy The Technical odpłynie w jego własnej grze? Aero wykorzystując najgłębsze zapasy siły próbuje podnieść przeciwnika, zadziwiając tłumy na trybunach… uwolni się z duszenia spinebusterem? Nie, Vaclav czując co się święci, puszcza rywala, ale gdy obaj są już na nogach, chce wykonać discus clothesline… chybia, co wykorzystuje The Technical, wymierzając dropkick w hardkorową lewą nogę! Aero idzie za ciosem i zakłada half craba na środku ringu! Vaclav walczy z bólem przez kilkanaście sekund… nie wytrzymuje! Klepie w matę!

 

Konrad Ochucki: Chrystusie Nazareński!

 

Bogusław Montana: Matko Przenajświetsza!

 

Konrad Ochucki: Królowo Niebieska!

 

Bogusław Montana: Wieżo z kości słoniowej!

 

Konrad Ochucki: Podporo wdów!

 

Bogusław Montana: Nie przasadzaj.

 

Konrad Ochucki: To było lepsze niż wieża z kości słoniowej.

 

Bogusław Montana: Wieża z kości słoniowej jest super, a wdowy nie. Jedna z moich kolumbijskich żon uznała mnie za zaginionego, więc pewnie teraz jest wdową.

 

Konrad Ochucki: Smutne.

 

Bogusław Montana: Nie, chuj jej w dupe. Nie będziemy jej dawać żadnej podpory...

 

 

Tym razem trafiamy do szatni pewnego czarnoskórego zawodnika, który nie nazwya się Tony Jones. Czasem potrzebna jest odmiana. Widzimy tu siedzącego na kanapie The Immortala i zupełnie obolałego, owiniętego setką bandaży Vito Vendicativo.

 

The Immortal: Vito, bracie, powiedz wujkowi Immortalowi, kto cię tak urządził?

 

Vito Vendicativo: (z wielkim trudem) Przewróciłem się...

 

The Immortal: To musiał być upadek z wysoka.

 

Vito Vendicativo: Uwierz, to było wyższe niż twoje ego.

 

The Immortal:  (śmiejąc się) Immortalowi wydaje się, że ten upadek to też była wina pewnego włoskiego macho.

 

Vito Vendicativo: Cazzo...

 

The Immortal: He ? Immortal nie usłyszał.

 

Vito Vendicativo: Pierdol się.

 

The Immortal: (śmiejąc się) Nadal masz w sobie tą zadziorność, podnoś się bracie, trzeba skopać kilka dup.

 

Vito Vendicativo: Nie słyszałeś co powiedziałem? Walczysz sam.

 

The Immortal: (nadal się śmieje) Żartujesz?

 

Vito Vendicativo: Wyglądam jakbym żartował?

 

The Immortal: Zostawisz przyjaciela, zostawisz Immortala w tak trudnym momencie ?!

 

Vito Vendicativo: (odwraca głowę) W tym stanie marzę o spotkaniu z Crashem... Miłej walki przyjacielu.

 

The Immortal: Ale...

 

 

 

My tymczasem podążamy za plecami Toola, który w długim, czarnym płaszczu przemieszcza się korytarzem łódzkiej hali. Z początku bacznie je obserwuje a sądząc po tym jak bardzo jego twarz wygląda na skupioną być może i nasłuchuje czy w pokoju do którego planuje wejść nie czają się żadne niebezpieczeństwa. Kiedy w końcu decyduje się chwycić za klamkę i przekroczyć próg...

 

Tool: Co jest kurwa ?

 

Realizator robi szybki zwrot o 180 stopni.

 

Tony Jones: (dmuchając w rozwijany gwizdek) Niespodzianka.

 

Obok rozwelesonego TeeJaya siedzącego nonszalancko na stole,  już przy nim, pewnie rozparty na krześle miejsce zajmuje Scyther. Sądząc po wyrazie twarzy nie podziela, a nawet nie stara się podzielać entuzjazmu Tony’ego.  Woli raczej zachować powagę Toola, który to z coraz większym napięciem przygląda się swojemu największemu oponentowi.

 

Tony Jones: Może usiądziesz, co?  Przyznasz, że idiotycznie wygląda to z boku. Dwóch czarnuchów poniża białego skurwiela. Trybunał w Hadze  miałby pożywkę.

 

Tool: To tak nie działa.

 

Tony Jones: A jak?

 

Tool rozchyla lekko swój płaszcz i spokojnie wyjmuje zza niego czarny łom, po czym lekko uśmiecha się do swoich adwersarzy.

 

Tool: Odwrotnie. Zawsze.

 

 

 

Widzów po raz drugi dziś spotyka niezwykły zaszczyt – za pośrednictwem obiektywu kamery mogą zajrzeć do wnętrza biura osobistości sprawującej obecnie władzę w federacji – Jana Rejdycha. Szef ochrony BGW jest pochłonięty oglądaniem wydarzeń z ringu w telewizorze ustawionym przy prawej krawędzi biurka. Od czynności tej odciąga go głośne pukanie do drzwi.

 

Jan Rejdych: Wejść!

 

Do środka wchodzi… pretendent do Pride Title, Izzy Nielsen! (heel heat na arenie)

 

Izzy Nilsen: Witam pana serdecznie.

 

Jan Rejdych(mniej radośnie): Ja również… witam. Co sprowadza niemal wzorowego pracownika federacji do mego miejsca pracy?

 

Izzy: Prawie?

 

Jan Rejdych: Nie myśl sobie, że jednorazowy pokaz odpowiedniej postawy obywatelskiej wystarczy, by wkupić się w moje łaski. Chociaż, przyznać muszę, że masz dobry start i z pewnością szepnę Jazzowskiemu dobre słówko na temat twej osoby.

 

Izzy: Ja w kwestii „słów” właśnie. Na poprzedniej gali zapewniał mnie pan, że wytypuje dla mnie przeciwnika do walki o Pride title.

 

Jan Rejdych: I wiedz, młody, że słowo żołnierza jest cenniejsze od każdych pieniędzy, których ponoć ci nie brakuje!

 

Izzy: Jakżebym śmiał wątpić. Przyszedłem tylko, jako niemal wzorowy pracownik, by wspomóc pana w podjęciu decyzji, co do mojego oponenta…

 

Jan Rejdych: Taakkk??

 

Izzy: Ale o tym, porozmawiamy już w 4 oczy.

 

Nielsen wypycha kamerzystę z pokoju i bezceremonialnie zatrzaskuje przed nim drzwi

 

 

 

 

Tool siedzi już przy stole, trzymając rękę na łomie leżącym na kolanach. Bacznie obserwuje swoich rozmówców.

 

Tool: Chyba źle słyszę.

 

Tony Jones: Sam widzisz, mamy racje. To najlepszy moment żebyś to zrobił i nie miał wyrzutów sumienia przy odbieraniu emerytury, że zapierdalam na ciebie za darmo.

 

Tool: (ignorując TeeJaya spogląda na Scythera) Powiedz mi, ile czasu się znamy?

 

Scyther: (popada w zamysł i uśmiecha się jedynie pod nosem)

 

Tool: I nie ostrzegłeś go, że mogę mu za coś takiego wyjebać?

 

Przez wszystkich rozmówców zdanie to zostało odebrane jako żart, sądząc po reakcji.

 

Tool: (momentalnie poważnieje) Twój błąd.

 

Phantom błyskawicznie próbuje zerwać się z miejsca, przewracając przy tym stół, na którym zasiada TeeJay, ale Scyther w odpowiednim momencie orientuje się co do jego zamiarów i również zrywa się na równe nogi, zapierając się o blat rękoma.

 

Scyther: Spokój kurwa! SPOKÓJ!

 

Na niewiele się ten apel zdaje bo w mgnieniu oka TeeJay i Tool doskakują sobie do gardeł. Jednak Brudny Harry wbijający się z impetem między nich nie dopuszcza do rękoczynów.

 

Scyther: (patrzy na wściekłego Toola) Ciągle to masz skurwielu, ciągle...

 

Tony Jones: Puść mnie kurwa! Przebiję mu tym łomem bębenki.

 

Scyther: Panowie, spooookojnie.

 

Zważając na zero jakiejkolwiek reakcji Scy już mocno wkurwiony chwyta TeeJaya za ramiona i odpychając lekko w kierunku krzesła szepce coś na ucho.

 

Tony Jones: Nie chce mi pomóc?! Niech spierdala! (ignorując słowa Scythera) Nic  mnie to obchodzi brat, ten śmieć nigdy nie byłby lojalny. NIGDY KURWA!

 

Scyther: (potrząsając ramionami przyjaciela) Spokojnie Tee, wyluzuj.

 

Tony Jones: Puść mnie! Zabiję go!

 

Scyther: (ściszając głos) Musisz się uspokoić.

 

Tony Jones: (otwiera usta, ale zamyka je dość szybko, jakby się rozmyślił z tego co chciał powiedzieć)...

 

Scyther: Już?

 

Tony Jones: Ta, puść mnie, muszę się napić, ok?

 

Scyther: (obraca głowę i patrzy na wychodzącego Toola) Postawiłeś na złego konia.

 

Tool: Mam wrażenie, że ty też...

 

 

Po raz pierwszy choć nie wiadomo czy zarazem nie ostatni mamy szansę przypomnieć sobie to co miało miejsce przed galą. Przenosimy się w czasie do jednego z łódzkich kościołów gdzie przy konfesjonale klęczy naczelny katolik BGW – Saint Anger

 

Saint Anger: Ojcze, wybacz mi, bo zgrzeszyłem. Śmiertelnie...

 

Ksiądz: Mów chłopcze...

 

Saint Anger: Sprzedałem duszę diabłu.

 

Ksiądz: Mhm...

 

Saint Anger: Nienawiść, która zżera mnie od środka popchnęła mnie do czynów niegodnych, zarazem do zemsty i zdrady...

 

Ksiądz: Zemsta ? To naprawdę złe uczucie...

 

Saint Anger: Nie jestem w stanie powstrzymać w sobie tej rządzy. Jest silniejsza... Zbyt silna... Próbowałem głosić Słowo Boże, nawracać niewiernych, ale teraz już wiem, że nie jestem godzien, wiem, że w pierwszym wypadku powinienem zadbać o swoją duszę, bo stała się zwykłą szmatą, która nie potrafi filtrować uczuć.

 

Ksiądz: Musisz ją oczyścić...

 

Saint Anger: Nie mogę, obrałem złą ścieżkę...

 

Ksiądz: Zawróć jeśli jesteś w stanie...

 

Saint Anger: ...............

 

Ksiądz: Synu ?

 

Saint Anger: Ojcze... Nie jestem w stanie tego zrobić, wybacz mi....

 

 

 

Konrad Ochucki: Koalicja z Crashem to faktycznie sprzedanie duszy diabłu.

 

Bogusław Montana: Lepiej mieć duszę jak szmata czy być szmatą?

 

Konrad Ochucki: Zależy co dla kogo jest ważniejsze.

 

Bogusław Montana: Jasne. Gorzej niż my zeszmacić się nie można...

 

Handicap Match

Crash i Saint Anger vs. The Immortal

“Can you feel it, Can you feel it, Can you feel it”, na arenie uderza Europe - Final Countdown!, stroboskopy zaczynają migać na biało a spod Titantronu wyłania się postać J.J.J. Publiczność wita go sporym cheerem, bo to w końcu sławny człowiek jest. Wolnym krokiem zmierza w kierunku ringu dostojnie rozglądając się po hali, kiedy już w nim jest światła nabierają barwy żółtej, a The Immortal wchodzi na narożnik i unosi w górę obie ręce.

Swiatla na arenie przygaszaja, a z glosników uderza Editors i „Papillon” przy towarzyszacych blyskach reflektorów. Publika generuje z siebie solidny heel heat, a po silniejszym blysku na rampie pojawia sie Crash! Obywatel miasta chaosu wyglada na skupionego i powoli zbliza sie do ringu.

Z głośników uderza Vader – Anger, publiczność podobnie jak w przypadku J.J.J lekko cheeruje, bo zdążyła się zapoznać ze szlachetnym życiorysem Marka, który to teraz w białym płaszczu z czarnym krzyżem na plecach, klepiąc pod nosem “Ojcze Nasz” idzie w kierunku ringu błogosławiąc co raz kibiców znakiem krzyża. Tuż przed wejściem do pierśienia zdejmuje swój płaszcz, po raz ostatni się żegna i staje naprzeciwko Immortalowi.

 

Sędzia nakazuje uderzyć w gong, początek walki. Zaczynają Anger i chcąc nie chcąc J.J.J. Johnson od razu próbuje Running STO, lecz Anger odsuwa się i wpada w narożnik. Tam zgarnia kopnięcie w głowę od Crasha! Angerowi nie podoba się zachowanie jego Tag partnera, jednak przejmuje Tego Wspaniałego i uderza z Najświętszym Sakramentem - Northern Lights Suplex. Po chwili wstaje i zostaje klepnięty w plecy przez Crasha co oznacza zmianę. Sędzia każe mu opuścic ring, zaś Crash zajmuje się J.J.J. Od razu wykonuje kilka kopnięć w głowę przeciwnika. Podnosi go, by samemu wskoczyć na apron i wykonać Springboard tornado DDT! Próba pinu: 1……2. Kick out! Insane One znów szybko pomaga wstać rywalowi, następnie „zupełnie przypadkiem” przypierdala nim w sędziego! Anger wygląda na zdziwionego, Crash jednak uśmiecha się w swoim stylu i wychodzi z ringu.

 

Konrad Ochucki: Oho, teraz się zacznie.

 

Bogusław Montana: Crash to jednak skurwiel.

 

Konrad Ochucki: Z gzreczności nie zaprzeczę. Mógłby interesować się polityką...

 

Bogusław Montana: Co ?

 

Konrad Ochucki: I lecieć na zlot młodzieżówek do Norwegii...

 

Bogusław Montana: Jestem w szoku.

 

Konrad Ochucki: Zagalopowałem się?

 

Po chwili, wraca na niego z krzesłem! Zaczyna od przypierdolenia nim w czaszkę Mr. J. Po chwili montuje krzesełko w narożniku i wykonuje Hard Way (Reverse STO) Immortallowi! Najzaje*istszy z najzaje*ostrzejszych zaczyna obficie krwawić, Saint Anger zdaje się być coraz mocniej zszokowany. Crash jeszcze dla pewności chwyta sędziego i wypierdala z ringu. Następnie ustawia J.J.J na środku ringu, zakłada mu na głowę krzesło i wykonuje Double foot stomp! Immortall pluje krwią lecz dla Crasha to za mało. Pomaga mu wstać i uderza z brutalnym Lariatem w tył głowy! Przechodzi do pinu 1...... 2... i zostaje zepchnięty z rywala przez swojego partnera! Z początku Insane One wygląda na wkurwionego lecz, spoglądając w kierunku Titantronu... robi się jeszcze bardziej wkurwiony. Bo oto rampą, w kierunku ringu, lekko chwiejnym krokiem zmierza Tony Jones! (heel heat)

 

Bogusław Montana: Co za miła wizyta!

 

Konrad Ochucki: Jednak Scyther nie zdołał go upilnować...

 

Bogusław Montana: Chłopak jest dorosły, daj mu się pobawić...

 

Konrad Ochucki: Ja nie mam nic przeciwko, szczerze mówiąc...

 

Bogusław Montana: (pociąga nosem) Wyczuwam kontrowersję! WAL KONDZIU, WAL!

 

Konrad Ochucki: Jak ?

 

Bogusław Montana: Prosto z mostu.

 

Konrad Ochucki: Żadnego z nich nie dażę sympatią...

 

Bogusław Montana: Jest! To się dzieje na państwa oczach! Konrad Ochucki okazuje stronniczość!

 

Konrad Ochucki: Powiedziałem, że obu nie trawię. To raczej obiektywizm.

 

Bogusław Montana: Możliwe. Nie znam się.

 

Tony Jones jest już coraz bliżej, a Crash postanawia wyjść mu na spotkanie. Pewnie wszystko skończyłoby się niezaplanowaną burdą gdyby nie Tool, który stanął obu zawodnikom na drodze. Łom trzymany w ręku przez Phantoma przekonałby nie jednego zawodnika, że nie warto z nim zadzierać.

 

Bogusław Montana: Jestem zawiedziony.

 

Konrad Ochucki: Ja też...

 

W tym momencie czas poza ringiem sie zatrzymał. Zarówno TeeJay jak i Insane One zajęli pozycje w bezpiecznej odległości od broni trzymanej przez Toola, a ten też nie przejawia jakichś specjalnych chęci do przypierdolenia komukolwiek, więc tak sobie stoją. Zupełnie inaczej sytuacja wygląda w pierścieniu gdzie Saint Anger wykonuje na swoim zmasakrowanym wrogu Krak Driver ! Pin 1.... 2..... 3 (zwycięzca: Saint Anger)

 

Konrad Ochucki: Jeju... Przyznam szczerze, że nigdy w życiu nie widziałem aż tak jednostronnej walki.

 

Bogusław Montana: Czy nie mówiłem kiedyś, że ten Immortal przejawia rozczarowujący brak ambicji ?

 

Konrad Ochucki: Coś mi świta...

 

Bogusław Montana: I widzisz, nawet ciosu nie chciało mu się wyprowadzić.

 

Konrad Ochucki: Cóż, taki już jego los. I Herkules dupa kiedy wrogów kupa.

 

Tymczasem poza ringiem sytuacja zaczyna się o dziwo uspokajać, Tony Jones wyraźnie podkurwiony, widząc, że już nic tu nie zdziała zaczyna się asekuracyjnie wycofywać, a Crash powstrzymywany łomem Toola nie ma wcale zamiaru go gonić.

 

Bogusław Montana: Dużo krzyku o nic.

 

Konrad Ochucki: Co mogę dodać? Może na backstage dzieje się więcej ciekawych rzeczy?

 

 

 

W Łodzi najpiękniejsze są segmenty. Dlatego własnie będziemy świadkami jednego z nich. Na zapleczu czeka już Weronika Wielowieyska, co ma chwytliwe dziennikarskie nazwisko, która nie może się doczekać okazji. Okazji złapania wrestlera rzecz jasna. Złapania w celu przeprowadzenia wywiadu ma się rozumieć. Oto pojawia się kandydat. Chris "More" Attitude.

 

Weronika Wielowieyska: Witam bohatera pięciu mórz.

 

Chris "More" Attitude: Nie pięciu mórz, tylko siedmiu i dodatkowo trzech oceanów.

 

Weronika Wielowieyska: Przepraszam.

 

Chris "More" Attitude: W waszym rodzie Michników...

 

Weronika Wielowieyska: Pan się pomylił. Nazywam się Wielowieyska, Weronika Wielowieyska.

 

Chris "More" Attitude: Też fajnie. A masz takie efektowne "y" w nazwisku?

 

Weronika Wielowieyska: Mam.

 

Chris "More" Attitude: To miło. Musisz czuć się z tym dobrze. Tak jak ja się czuję z moim. Moje nazwisko wzbudza postrach wśród innych surferów. Cenią mnie, a ja cenię ich. Ja i moja deska to jedno. Razem podbijamy świat. Razem kolejny raz podbijemy polski wrestling!

 

Weronika Wielowieyska: Witaj w BGW!

 

Chris "More" Attitude: Bardzo dobrze. Tak powinno być. BGW wita mnie, a nie odwrotnie. Pogromca fal przybywa, a pierwszą ofiarą mojego tajfunu będzie Tool!

 

Weronika Wielowieyska: Tool to twardy przeciwnik.

 

Chris "More" Attitude: Zdaję sobie z tego sprawę, ale nie ma takiego człowieka, który oparłbym się mojemu szczecińskiemu szkwałowi. Z miasta paprykarza przybywam by dać nauczkę wszystkim wrogom i sprawiedliwości. Morskie odmęty pochłoną ich wszystkich!

 

Weronika Wielowieyska: W Łodzi kiepsko z wielką wodą.

 

Chris "More" Attitude: Łódź to ziemia obiecana. Idealne miejsce by rozpocząć podbój BGW. Uda mi się to.

 

Weronika Wielowieyska - Dlaczego?

 

Chris "More" Attitude: Bo pani dobrze wie, że płotkę zjada duży kiełbik, kiełbika zjada okoń, a okonia zjada szczupak, a szczupaka? Szczupaka zjada człowiek! A człowieka zjadają drudzy ludzie, jedzą go bankructwa, jedzą choroby, jedzą zmartwienia, aż go w końcu zjada śmierć. To wszystko jest w porządku i jest bardzo ładnie na świecie, bo z tego robi się ruch.

 

Na tym kończymy ten ciekawy wywiad i idziemy gdzie indziej.

 

 

Nim jednak przejdziemy do kolejnej walki odwiedzamy pewną surrealistyczną szatnię należącą do nikogo innego jak Crash. Insane One po swoim ostatnim starciu w pośpiechu zmienia spocony t-shirt i pakuje kilka najpotrzebniejszych rzeczy do podręcznej, sportowej torby. Akurat w tym momencie pomieszczenie swoją obecnością zaszczyca drugi z Tag Team champów, Aero.

 

Crash: (nie przestając się pakować)  Witaj piękny nieznajomy.

 

Aero: Co to miało znaczyć?

 

Crash: No tak... niezbyt piękny...

 

Aero:  Odpowiesz mi... partnerze ?

 

Crash:   Nieistnienie i chaos.

 

Aero: Co?

 

Crash: Skoro jest prawo i porządek... musi być także coś, co to prawo dopełnia i ogranicza zarazem... chaos i nieistnienie... masz swoją odpowiedź partnerze.

 

Aero: Nie rozumiem.

 

Crash: (zrywa się do gardła Aero) CHAOS.... NIEISTNIENIE.... CHAOS.... NIEISTNIENIE.... (ścisza głos do szeptu) chaos.... niestnienie...

 

Aero: Jesteś chory, ale to chyba wiesz... Teraz liczy się to czego ja nie wiem, jesteśmy partnerami prawda? (pokazuje na Tag title) Czy to coś dla ciebie znaczy?

 

Crash: Czasami... mam deja vu partnerze... deja vu... deja vu... a teraz echo hehe... oh... przecież już to sobie wyjaśniliśmy!

 

Aero: Nie, nie wyjaśniliśmy. Przyszedłem do ciebie po pomoc a ty potraktwałeś mnie jak szmatę, jakby więź, która nas łączyła, te dwa złota, które ze sobą dzielimy były dla ciebie kupą gówna, w którą za wszelką cenę nie chcesz wchodzić. Robisz to tylko gdy ktoś cię w nie wepchnie.

 

Crash: (wyciąga z torby jeden z Tag title i zaczyna go wąchać) Masz racje partnerze... masz pieprzoną rację! (ciska tytułem o ścianę)

 

Aero: (zszokowany nie jest w stanie w jakikolwiek sposób odpowiedzieć więc kontynuuje poprzednią kwestię) Zarazem wchodzisz w koszachty z Saint Angerem. Kim on jest? Kim jest pieprzony SAINT ANGER ?! Jesteś chory Crash, bronisz pachołków dla zwykłej rozrywki...

 

Crash: Chaos... nieistnienie...  zrozum partnerze... zbyt wiele ode mnie oczekujesz.... zbyt wiele porządku... zbyt wiele schematów... (rzuca torbą w ziemię) JA JE PIERDOLE, ZROZUM!

 

Aero: (wychodząc z pomieszczenia) Zrozumiałem, może wcześnie, ale i tak za późno.

 

Crash: (trzaskające drzwi w tle) Mam problemy, mam pierdolone problemy partnerze! Chaos... nie istnieje... bezsens stracił sens...

 

Nim jednak Insane One zdążył wrócić do pakowania swoich manatów, w drzwiach pojawiła się kolejna postać – Tool! Ubrany w czarny płaszcz, z łomem w prawej dłoni, beznamiętnym wyrazem twarzy spoglądał na Crasha.

 

Tool: (przejeżdżając łomem po ścianie) Problemy, problemy... Wygląda na to, że przybył ci kolejny.

 

 

 

Po raz kolejny realizator za obiekt swojego upodobania obrał Vaclava, który swoją drogą nie jest w najlepszym stanie. Oparty o jedną ze ścian korytarza, dysząc ciężko, pozwala aby krople krwii spływały po jego zmasakrowanej twarzy. Przykry to widok dla każdego z jego licznych fanów, ale co zrobić? Sekundy mijają a na korytarzu da się usłyszeć czyjeś kroki, sądząc po intensywności są to nawet dwie osoby. Cień jest coraz bliżej Vaclava, bliżej... i zostaje przez niego przygwożdżony do ściany – to jeden z ochroniarzy, których Mecenas Extremy widział pod gabinetem miejscowego lekarza.

 

Ochroniarz: (przerażony) Ja nic....

 

Vaclav: (zatyka strażnikowi usta dłonią) Teraz ja mówię, ale obiecuję, że za chwilę będziesz miał okazję się wykazać... I lepiej żebyś naprawdę mi zaimponował, bo jeśli nie...

 

Vaclav obraca się do tyłu i spogląda na wyłaniającego się z cienia Fila, z metalowym prętem w ręku. Na widok uzbrojonego sumity biedny strażnik zaczyna się gwałtownie szarpać, lecz nawet na półprzytomnego Vaclava jest zbyt słaby. Może dlatego, że sam jest w podobnym stanie?

 

 

Jak się skończyła tamta historia prędko się nie dowiemy, bowiem wracamy do szatni Crasha gdzie akcja praktycznie zastygła od naszej ostatniej wizyty. Phantom beznamiętnym wzrokiem nadal obserwuje Crasha, na którego twarzy da się zauważyć pewne oznaki zaniepokojenia.

 

Crash: Miło, że wpadłeś... naprawdę, czuję się kurwa zaszczycony, że mam cień w postaci dwkurotnego EWF World Champa...  tak się jednak składa, że za chwilę wychodzę... i chciałbym żeby moja potylica za tym progiem wyglądała tak samo jak w tej szatni... da się zrobić mistrzu?

 

Tool: (opiera  łom o framugę drzwi w pewnym stopniu je blokując) Powiedzmy.

 

Crash: Rozumiem.... rozumiem...

 

Tool: Chyba nie do końca. Wyłożę to jednak dość klarownie – masz przejebane.

 

Crash: O! W końcu coś świeżego.

 

Tool: Doskonale wiesz, że twój los obchodzi mnie tyle co... nawet trudno znaleźć porównanie, które zoobrazowałoby ten minimalizm. Fakt jest jednak taki, że masz coś co może moje nastawienie zmienić.

 

Crash: Kontynuuj.

 

Tool: Sprawy trochę się pokomplikowały od pierwszej gali. Pojawiłem się ja, pojawił się Scyther, Tony Rock a ty nadal posiadasz World Title shota. I mimowolnie dochodzę do wniosku, że coś tu kurwa zdecydowanie nie gra.

 

Crash: (zmierza w kierunku Toola, ale ten dystansuje go od siebie długością łoma) Mhm...

 

Tool: Nie żyjesz już w federacji gdzie gwiazdą nad gwiazdami jest pieprzony Vaclav. W tym biznesie wszystko zmienia się szybko, bardzo szybko. Od dziś masz dwie opcje – albo sam odnajdziesz swoje miejsce w szeregu, albo zostaniesz do niego przywrócony siłą.

 

Crash: Mów dalej... zaczynam się bać... bu (wykrzywia idiotycznie twarz)

 

Tool: (uśmiecha się pod nosem) Traktujesz to co mówię jako groźbę?  Zabawne, bo ja ci wcalę nie grożę. To nie ja stanowię tu niebezpieczeństwo. Stanowisz je sam dla siebie. (wskazuje łomem na czoło Crasha) Użyj resztek tej sieczki i zadaj sobie pytanie – czy jestem gotów stanąć w ringu ze Scytherem? Czy jestem gotów stanąć w ringu z Toolem? Czy jestem kurwa gotów stać się pogromcą legend ?!

 

Crash: (obraca się i zmierza w kierunku torby)Problem polega na tym.... ani ty, ani Scyther.... ani pieprzony Tony Rock.... nie jesteście obecnie problemem.... nawet najbardziej dotkliwy wpierdol nie jest teraz problemem.... znasz taki stan?

 

Tool: (po raz kolejny się uśmiecha) Nie ma takiego stanu. Wszystko jest kwestią  siły przypierdolenia.

 

Crash: (po raz kolejny zmierza w kierunku Toola) Rób co uważasz za stosowne.... jeśli chcesz mi przypierdolić – zrób to.... jeśli nie – przepuść.... nie mam czasu na dywagacje... zanim zacznę się martwić wami, muszę martwić się o kogo innego...

 

Tool widząc determinację Crasha odpuszcza, pozwalając mu opuścić pomieszczenie co ten skwapliwie wykorzystuje.

 

 

 

 

Za pomocą magii szklanego ekranu i innych technologicznych bzdetów, oczom widzów ukazuje się biuro Jana Rejdycha, po raz kolejny zresztą. Szef ochrony właśnie zasiadł za własnym biurkiem i zaczyna przeglądanie jakiś dokumentów, oraz włącza postawiony na blacie mebla telewizor, który umożliwi mu śledzenie na bieżąco wydarzeń z areny. Jeszcze nie zdążył się na dobre rozgościć, a już rozległo się pukanie do drzwi. Lekkie i nie nachalne.

Jan Rejdych: Wejść!

Do środka wszedł jakiś obcokrajowiec o urodzie przynależnej dla mieszkańców jednej z byłych republik socjalistycznych. Uwagę zwraca skromny, lecz schludny garnitur obcokrajowca, oraz butelka wina dzierżona w prawej dłoni jegomościa.

 

Jan Rejdych: (spoglądając na butelkę) W końcu ktoś z gestem, siadaj chłopcze, czego ci trzeba?

 

Obcokrajowiec (z wyraźnym akcentem): Przyszedłem sobie powalczyć.

 

Jan Rejdych (zdziwiony): Walczyć? Ze mną kurwa ? Nie znam się na tym całym wrestlingu, ale nie wyglądacie mi na zapaśnika. Jak się nazywacie?

 

Obcokrajowiec: Aleksandr Nazeratin, miło poznać.

 

Jan Rejdych: Jan Rejdych. Porucznik Jan Rejdych. Co wierzy w dwie rzeczy – dyscyplinę i niewiarę w Boga. (popada w zadumę) Tak na ciebie chłopaku patrzę, patrzę, prawym okiem, lewym, nomen omen tym ostrzejszym, i dochodzę kurwa do przytłaczających wniosków. Wyglądasz kurwa jak człowiek!  

 

Aleksandr Nazaretin: Miło mi to słyszeć. Moja polszczyzna może nie jest idealna, ale ciąglę się uczę. Wie pan, ten język jest dość zawiły.

Jan Rejdych: No i jaki skromny! Olek, chcesz być wrestlerem, tu żaden z tych pierdolonych tłumoków nie umie powiedzieć szedszaszasuchąszoso, czy jakoś tak.

 

Aleksandr Nazaretin: Nie chwaląc się, to akurat potrafię.

 

Jan Rejdych: To zrobisz karierę chłopaku, zrobisz olśniewającą karierę kurwa. Ciebie to bym nawet do wojska wziął, taką słabość mam do waszego wspaniałego narodu! (po raz kolejny się zawiesza) Powiedziałeś, że jak się nazywasz?

 

Aleksandr Nazaretin: Nazaretin, Aleksandr.

 

Jan Rejdych: Coś mi to nazwisko mówi, coś mówi... Ale rozumiesz, głowa nie ta. Wśród tej tumanerii człowiek zatraca instynkt, inteligiencję... Pamięć zatraca, wyobraź sobie Olek, że zapomniałem kto był moim oficerem prowadzącym! (wpada w paniczny śmiech) To był skurwiel, prawie taki jak ja...

 

Aleksandr Nazaretin: Akurat pan wydaje się być miły.

 

Jan Rejdych: (wskazuje na butelkę trzymaną przez Ormianina pod pachą) No, można tak powiedzieć. Działajmy Olek, działajmy!

 

Nazaretin stawia butelkę na biurku.

 

Jan Rejdych (wciskając przycisk na telefonie): Pani Jadziu, dwa kieliszki proszę. (Do Aleksandra) Proszę siadać… sądzę, że się dogadamy.

 

 

Po raz kolejny dziś kamerzysta jako obiekt swojej sympatii obrał Franko The Butchera. Tym razem popularny tu i ówdzie Rzeźnik zmierza w kierunku parkingu łódzkiej hali. Jakież musi być jego zdziwienie gdy na swojej drodze spotyka Aero. Zawodnik znany do niedawna jako latający mężczyzna bez słowa mija człowieka, który na jego widok, aż przeciera oczy ze zdziwienia. Nic jednak dziwnego, że spotkanie odbywa się w takiej a nie innej formie, bo w końcu oficjalnie stosunki obu panów są typowo neutralne. Tak czy inaczej Butcher trafia na parking gdzie już z daleka dostrzega tojącego przy swoim aucie Izzy’ego Nilsena, który zamiast być pyłem po spotkaniu z Armor Kingiem popala czerwonego Lucky Strike’a i zabawia się  w najlepsze grą na PSP.

 

Franko The Butcher:  Ciągle z papierosem. Mam wrażenie, że szukasz każdej furtki żeby wykorkować jeszcze przed naszą walką.

 

Izzy Nilsen: Lucky Strike it’s toasted, są opiekane nie trujące. Wbij do sobie do głowy i zapomnij, że jakakolwiek walka się odbędzie.

 

Franko The Butcher:  To tylko kwestia czasu.

 

Izzy Nilsen: (zaciąga się głeboko papierosem) Jasne, ale ty go nie masz.

 

Franko The Butcher: Coraz bardziej mnie intrygujesz.

 

Izzy Nilsen: Wykonałeś swój ruch, zgadnij czyja teraz kolej?

 

Franko The Butcher: (rozkłada ręce w geście niewinności) Ja? Ruch? Izzy, chłopaku, o czym ty mówisz?

 

Izzy Nilsen: Sam nie wiem. Miałem pewne problemy komunikacyjne z kicią. Wiesz o czym mówię?

 

Franko The Butcher:  Taaa, czasmi trudno do niego dotrzeć.

 

Izzy Nilsen:  Racja, cieszę się, że mam dar rozmawiania ze zwierzętami . Ta drużyna Vaclava z Sherwood w pewnym sensie mi pomogła. Rozwinąłem się. Można nawet powiedzieć, że to doświadczenie mnie ocaliło.

 

Franko The Butcher:  Naprawdę się cieszę, co by nie mówić...

 

Izzy Nilsen: Nie wtrącaj się. Pozwól mi dokończyć. Wyobrażasz sobie krzesło lecące ci wprost na twarz? Z kurewskiego zaskoczenia. Jeśli masz dobrą dykcję zdążysz powiedzieć tylko trzy słowa. Sądzisz, że mam dobrą dykcję?

 

Franko The Butcher:  Szczerze? Pierdolisz od rzeczy.

 

Izzy Nilsen: Nie, nie, nie... Mam świetną dykcję. Kiedy te krzesło na mnie spadało powiedziałem trzy słowa. Zgadniesz jakie?

 

Frank The Butcher: Nie mam kurwa zielonego pojęcia.

 

Nie mogąc wytrzymać napięcia Franko odwraca się na pięcie.

 

Franko The Butcher: Ja...

 

I otrzymuje chair shota wprost w twarz od Aero!!!

 

Izzy Nilsen: DOSTANIESZ TITLE SHOTA... To była moja kwestia. Aero też chciałby ci wiele powiedzieć, ale nie dziś przyjacielu, nie dziś. (spogląda na zegarek) Boooo z tego co wiem za chwilę rozpoczyna się Twoja walka. (nachyla się nad nieprzytomnym Butcherem) Nie bój się, o wszystko zadbaliśmy. Powodzenia.

 

Bogusław Montana: Co się dzieje?

 

Konrad Ochucki: Wygląda na to, że nastąpiły nieprzewidziane okoliczności i będziemy mieli walkę na parkingu...

 

Bogusław Montana: I mamy to komentować?

 

Konrad Ochucki: Walka to walka.

 

Bogusław Montana: Ja to pierdolę, nic nie widzę.

 

Konrad Ochucki: Przecież masz przed nosem ekran.

 

Bogusław Montana: Nie łam tego... skryptu! Nie chce mi się, sam sobie komentuj.

 

 

Nilsen miał rację – wszystko jest gotowe, chwile po tym jak wraz z Aero wsiadł do swojego samochodu i odjechał zaa innego z aut wyłoniła się postać zamaskowanego Revana, który podąża w kierunku nieprzytomnego oponenta wraz z sędzią. Luchador natychmiast nakazuje sędziemu dać sygnał do rozpoczęcia walki i w kilku krokach doskakuje do swego oponenta, by powitać go kilkoma punchami i chwytem za głowę, po którym twarz Franka zapoznała się z solidnością maski jednego z aut. Atmosfera staje się gorąca niczym wnętrze piekarnika, bo oto z za jednego z pojazdów wyłania się… Armor King! Koci zawodnik zaznacza swoją obecność głośnym ryknięciem. Zaskoczenie pozostałej dwójki było na tyle wielkie, że jedyne na co ich było stać, to spojrzenie w jego kierunku. Potomek kociego rodu z odpowiednią dla niego (rodu, nie zawodnika) zwinnością wskoczył na maskę innego auta i wyskoczył w powietrze, by spaść na Revana i Franko z double flying clotheslinem!

 

Konrad Ochucki: Efektowna akcja.

 

Bogusław Montana: Robisz z siebie głupka.

 

Konrad Ochucki: Przepraszam?

 

Bogusław Montana: A co jeśli mamy opóźnienie ? Oni sobie leżą a ty krzyczysz „efektowna akcja”.

 

Konrad Ochucki: Gdybyśmy mieli opóźnienie dostałbym taką informację.

 

Bogusław Montana: A co jeśli realizator też chce żebyś robił z siebie głupka?

 

 

Cała trójka zrównała się do poziomu podłoża. Co logiczne i wiadome, pierwszy podnosi się The Pride of real warrior (dłużej się nie dało?), który za cel wybiera sobie Franca. Pomaga mu przyjąć coś na kształt pozycji pionowej, po czym stara się wynieść do gorrila press slamu, lecz Rzeznik ma umysł strateg i machając wszystkimi kończynami udaje mu się wylądować za plecami kociego olbrzyma. Co więcej, sam postanawia dać pokaz siły i chwytając go od tyłu egzekwuje back suplex w ten sposób, że Armor King ląduje plecami na masce pobliskiego samochodu, powodując w niej spore wgniecenie. Rozweselony tym Franko rozpoczyna wspinaczkę na dach automobilu, lecz przeszkadza mu w tym powracający do akcji Revan, który częstuje punchem od tyłu, by doprawić chwiejącego się przeciwnika reversed ddt na cement! Żeby było ciekawiej, na niego ten cios nie miał większego wpływu. Zamaskowany luchador wstaje, spogląda na leżącego A – Kinga i sam postanawia wspiąć się na dach… sąsiedniego samochodu. Gdy to się udaje, przyjmuje pozycję do skoku, ale nie podejmuje tego zamiaru od razu, o nie. Czeka, aż czołowy futrzak BGW pozbiera się jako tako, a gdy ten schodzi do siebie i zaczyna iść w kierunku leżącego Franko, krzyczy do niego kici – kici, a po zwróceniu na siebie jego uwagi wbija się w jego osobę z dying spearem! Armor King miał na tyle wielkiego pecha, że znajdował się na wysokości okna, które zmieniło się w pajęczynę pęknięć pod naporem jego masy. Revan miał na tyle pecha, że Armor King zatrzymał się na drzwiach wejściowych samochodu, przez co przypieprzył dość mocno w twardą bryłą złożoną z Armor Kinga i samochodu. Obaj padają jak martwi na glebę, co wykorzystuje Franko odczołgując się do Revana i kładąc rękę na jego klatce piersiowej. Sędzia odlicza: 1…2…3!

 

Konrad Ochucki: Nie będę zgrywał mędrca, jestem zaskoczony.

 

Bogusław Montana: Mędrzec wrestlingowy, dobre sobie...

 

Konrad Ochucki: Czy musisz ze wszystkiego drwić?

 

Bogusław Montana: Ten kraj musi mieć sumienie. Jeśli dalej będziecie robili z siebie wielkich mędrców, bo znacie wynik jakiejś walki z 99r. namnoży nam się profesorów w stylu Bartoszoweskiego, bez magistra. Bez głupiego magistra!

 

Konrad Ochucki: Nie masz szacunku dla świętości... Uwaga, otrzymuję informację, że tym razem realizator zabiera nas w dość nietypową podróż...

 

 

 

Jak nam obiecano, tym razem przenosimy się do miejsca nawet jak na standardy BGW bardzo nietypowego. Znajdujemy się mianowicie w łódzkim zakładzie karnym dla kobiet (o czym świadczy podpis na dole ekranu), gdzie jednym z korytarzy, wraz ze strażnikiem przemieszcza się Crash. Idą tak sobie, idą, do chwili gdy nie stają przed drzwiami oznaczonymi plakietką – Sala Widzeń. Strażnik uprzejmie uchyla drzwi przed wrestlerem a sam zostaje na zewnątrz. Insane One wchodzi do pomieszczenia, gdzie przy jednej z szyb zauważa Calamity!  Z dość ponurą miną siada naprzeciw niej na krześle i podnosi zawieszoną nieopodal słuchawkę.

 

Crash: (dłuższa chwila milczenia) Cześć

 

Calamity: Cześć

 

Crash: Wszystko... (przerywa) Sam nie wiem o co najpierw...

 

Calamity: Może nie pytaj o nic?

 

Crash: Okej ... Boisz się?

 

Calamity: Nie, nie aż tak.

 

Crash: Dobrze, dobrze... Robię co mogę.

 

Calamity: Wiem. (dłuższa chwila milczenia) Wiem, ale to nie ma sensu Crash.

 

Crash: Co?

 

Calamity:  To wszystko. Zaufałam ci. Powinieneś...

 

Crash: ( wydaje się być z lekka zszokowany) O czym ty mówisz?

 

Calamity: (łamiącym się głosem) To twoja wina Crash. Moja też, jasne, ale nie doszłoby do tego gdyby...

 

Crash: Gdyby...kurwa.... co?! Miałem nie opuszczać cię na krok ?

 

Calamity: Na tym chyba polega związek, nie sądzisz? Miałeś mnie chronić.

 

Crash: Przed czym? Broniłem cię przed czym mogłem... (kręci głową z niedowierzaniem) Nie, nie, nie, w to gówno sama się wplątałaś.

 

Calamity: Sama ?! Spójrz na mnie Crash, czy sama chciałam siedzieć wśród piędziesięcioletnich  nimfomanek skazanych za znęcanie się nad swoimi dziećmi ?! To nie jest miłe... Wcale nie jest... Chociaż może...

 

Crash: Tak? Dokończ, śmiało.

 

Calamity: Tam nie było wcale lepiej.

 

Crash: (demonstracyjnie odwraca głowę) Bzdura. Starałem się, staram się...

 

Calamity:  Bzdura! To nie pieprzone BGW Crash! Obudź się! Nie wejdziesz tu z baseballem, nie połamiesz tym sukom czaszek i nie wywieziesz mnie z tej celi na białym rumaku. Ani tu, ani nigdzie. NIGDY! Już nigdy... Miałeś szansę, prosiłam cię żebyś ją wykorzystał. Myślałeś, że sprawy same się rozwiążą? Proszę Crash (wskazuje na szybę odzielającą ją od partnera) rozwiązały się!

 

 

Po raz kolejny przenosimy się na parking gdzie w jednym z zaułków zauważyć da się auto Izzy’ego Nilsena. Kamerzysta natychmiast robi na nie przybliżenie i wjeżdża do środka.

 

Aero: W gruncie rzeczy to nie koniec problemów, może załatwiłem wrogów, ale ciągle mam problemy. Powiedzmy, że wśród przyjaciół...

 

Izzy słysząc żalenia Aero częstuje go papierosem, a ten po lekkim zawahaniu korzysta z nadażającej sie okazji.

 

Izzy Nilsen: (zapalając Aero papierosa) Crash?

 

Aero: (zaciągając się głęboko) Ta.... Wiesz, kiedy wchodziłem w tę koalicję wiedziałem, że może być gorąco.

 

Izzy Nilsen: He, ale nie spodziewałeś się piekła, co ?

 

Aero: (uśmiecha się lekko) Lepiej bym tego nie ujął.

 

Izzy Nilsen: Po tym co dzisiaj zrobiliśmy w pewnym sensie jestem twoim dłużnikiem, ale jeśli chcesz żebym pomógł ci wyeliminować Crasha...

 

Aero: (zakrztusza się dymem) Spokojnie, spokojnie, o nic takiego nie prosiłem. I bynajmniej nie mam zamiaru.

 

Izzy Nilsen: Jasne człowieku... Doskonale wiem co chciałeś powiedzieć, tyle że prawda jest taka – Crash jest popierdolony, a ja nie potrzebuję kolejnego pojeba siedzącego mi na ogonie, rozumiesz?

 

Aero: Myślę, że nadal się nie rozumiemy...

 

Izzy Nilsen:  Rozum to jak chcesz, ale na twoim miejscu na razie dałbym sobie na wstrzymanie. Sam wiesz jak jest. (zaciąga się głęboko) Twój partner ma wielu wrogów. Vaclav, Tony Jones, teraz Scyther, chuj wie czego chce od niego Tool. Może zostać skasowany na każdym rogu, dla niego ta federacja to pieprzony survival, ale problem polega na tym, że on doskonale o tym wie.

 

Aero: (próbuje przerwać Izzy’emu, ale ten kontynuuje) ...

 

Izzy Nilsen: On to wie i na tym polega twój problem, nie na tym, że Rejdych się dowie i w jakiś śmieszny sposób cię ukaże. Gwarantuję ci człowieku, gdybyś rozjebał mu głowę u niego na biurku, w ogóle by się nie wzruszył. Bah! Znając ich stosunki nawet by ci to wynagrodził. Tyle, że wiesz... Musisz zadać sobie jedno, zajebiście ważne pytanie – czy jeśli Crash z tego wyjdzie będziesz w stanie załatwić to jeszcze raz, czy będziesz wystarczająco szybki żeby przetrwać?

 

Aero: (zaciąga się po raz ostatni i wyrzuca peta przez okno) Dzięki za radę, ale zupełnie się nie zrozumieliśmy. (otwiera drzwi auta) Dzięki za pomoc.

 

Izzy Nilsen: I vice versa. (sam do siebie) Crash, Crash, Crash, biedny, chory chłopaku, nawet nie wiesz, nawet kurwa się nie domyślasz...

 

Po tych słowach Izzy wyciąga z kieszeni komórkę i wykręca jakiś numer, ale nie jest nam dane usłyszeć  do kogo telefonuje.

 

 

 

Po krótkiej przerwie na rozmowę Izzy’ego z Aero wracamy do głównego tematu ich rozmowy – Crasha i jego partnerki Calamity.

 

Crash: Rozmawiałem z adwokatem.

 

Calamity: (milczy z twarzą schowaną w dłoniach) ...

 

Crash: Wpłaciłem kaucję.

 

Calamity: (powoli zaczyna podnosić wzrok) ...

 

Crash: Sama jednak wiesz jakie są rokowania... W twojej sytuacji powrót wydaje się kwestią czasu... tym co miałaś w domu mogłabyś nakarmić połowę dworca centralnego... wrócisz tu, musisz to wiedzieć... chyba, że...

 

Calamity: Poczekaj... Skąd wziąłeś pieniądze?

 

Crash: Czasem wypada się skurwić... jeśli jest to konieczne – ty też musisz.

 

Calamity: Słucham?

 

Crash: Wiesz... w sensie iść na układ... masz swoje zasady, rozumiem.

 

Calamity: Wybacz, nie zrobię tego.

 

Crash: (próbuje być uprzejmy) Zrobisz...

 

Calamity: Nie mogę... zrozum, nie mogę!

 

Crash: (wyraźnie stracił już cierpliwość) Zrobisz to... (zrywa słuchawkę i zaczyna uderzać nią o szybę oddzielającą go od Cal) ZROBISZ TO GŁUPIA SUKO! (uderzenie) Nie mogę tak żyć! (uderzenie) Zrobisz to albo zgnijesz w tym gównie!

 

W końcu strażnicy więzienni postanowili zareagować chwytając rozwścieczonego Crasha, ale ten dzielnie się im wyrywa.

 

Crasha: (uderzenie, tym razem pięścią) KONIEC! (uderzenie) CHCESZ ZNISZCZYĆ CHAOS ?! (uderzenie) To pierdolony koniec! (uderzenie) Miałaś być posłuszna, a stałaś się głupią dziwką ze śmiesznymi zasadami! (uderzenie) Zaćpaj się na śmierć! (uderzenie) Zdychaj w swoich rzygach (uderzenie) Od dziś nic mnie to nie obchodzi (uderzenie) NIC!!!

 

Calamity:  (przez łzy) Nie...

 

Strażnicy już na dobre wyprowadzili rozwścieczonego Crasha z pomieszczenia zostawiając za szybą jedynie zapłakaną Calamity, która też nie smuciła naszych oczu zbyt długo, bo wstała i udała się w swoim kierunku.

 

 

 

Kamerzysta w całej swej uprzejmości przenosi nas na jeden z licznych korytarzy hali. Tu trwa tradycyjna harówa nad obsługą gali, zarówno od strony technicznej, jak i organizacyjnej. Nagle, co również jest zgodne z wrestlingową tradycją, z za rogu wyłania się… Scyther (wzmożony heel heat na arenie) The Rampage idzie sobie luźnym krokiem, trzymając w jednej dłoni napoczętą już flaszkę whisky rodem z Tennessee.

Scyther: Przyjeżdża człowiek do tego miejsca zwanego Łajbą (heel heat), ustawia się na konkretną popij, ekhm – trening i co? Nie może znaleźć sparing partnera… Może wypadł gdzieś za burtę?

Scy doprawia się jeszcze jednym łykiem trunku i zauważa, że zdecydowana większość z obsługi stara się go uniknąć szerokim łukiem. Wreszcie, jeden z pracowników federacji był zbyt pochłonięty lekturą jakiś papierów, by zauważyć zbliżającego się Scythera.

Scyther(wyrywając mu papiery i rzucając je za siebie): Co to, kurwa, drugie piętro salonu Empik?

(Pracownik jest zbyt przerażony, by odpowiedzieć)

Scyther: Skoro jesteś taki oczytany, to pewnie umysł masz ostry jak brzytwa i będziesz potrafił rozwiązać mój problem. Potrzebne są mi koordynaty pewnego czarnucha, będącego synem jeszcze innego czarnucha, który wpierdalał bułki za 2 Euro, dzięki czemu uratował biznes piekarski przed kryzysem. Tee Jay mu na imię, nadążasz?

Pracownik: Wwwidziałeeem goooo wczzzześśśniejj zzzz jak on.....

Scyther: Z kim kurwa ?

 

Pracownik: (wytęża wszystkie swoje komórki) Saint... Saint.... ANGER! SAINT ANGER!


Scy odpycha nieszczęśnika i podąża gdzieś przyspieszonym krokiem.

 

 

 

 

Konrad Ochucki: Czas na walkę wieczoru.

 

Bogusław Montana: Super. Jupi!

 

 

SINGLE MATCH

Tool vs. Chris More Attitude

 

Na hali rozbrzmiewa Therion – „O Fortuna”. Po kilku sekundach fanom ukazuje się Tool. Phantom spuszcza głowę i podnosi lewą rękę do góry, wybuchają fajerwerki, a zawodnik spokojnie wchodzi na ring.

Tym razem słyszmy „Chałupe Welcome To” Zbigniewa Wodeckiego, a na rampie pojawia się Chirs „More” Attitude! Zawodnik witany jest cheerem, przybija piątki kilku fanom i udaje się na ring.

Gong! Rozpoczynamy walkę wieczoru. Zawodnicy podchodzą do siebie z respektem, badają się kilkoma niskimi kopnięciami, żaden z nich nie chce podjąć jakiegoś większego ryzyka. Mijają kolejne sekundy, wrestlerzy krążą wokół siebie, aż w końcu dochodzi nimi do pierwszego zwarcia. Nawet na tej płaszczyźnie starcie wydaje się bardzo wyrównane, mimo lekkiej przewagi gabarytów Chrisa Attitude. To właśnie on ostatecznie uzyskuje jednak przewagę i wrzuca swojego rywala w narożnik. Próba clothesline’a, ale Tool unika! Nim surfer zdołał się zorientyować w sytuacji od razu zostaje dobity dość mocnym dropkickiem. Dopada na niego na ziemi i rozpoczyna serie punchy. Następnie wychodzi na apron i wykonuje Springboard Leg drop, udaje mu się! Próbuje przypiąć: 1… Kick out. Obaj są już na równych nogach i kolejne próba sił. Tym razem Phantom uderza rywala łokciem w brzuch, rozpędza się i otrzymuje Shoulder Block! Chris od razu przechodzi do Sleeper Holdu. Tool nie może się uwolnić z rąk większego surfera, więc próbuje sięgnąć lin. Po kilku sekundach walki, udaje mu się.

 

Bogusław Montana: O co w ogóle jest ta walka?

 

Konrad Ochucki: To Single Match, bez stawki.

 

Bogusław Montana: (uderza się w czoło) Nie pytam o stawkę matole, za co oni się w ogóle biją?

 

Konrad Ochucki: Są gwiazdami to się biją.

 

Bogusław Montana: Bez sensu...

 

 

 

Attitude niechętnie przerywa submission, podnosi Toola i wykonuje Spinnig Wheel Kick. Pin: 1… Kick out. Chris czeka na swojego rywala, Tool wstaje i kontruje nadchodzące STO w DDT! Ponownie udaje się na apron i teraz on wyczekuje aż Attitude wstanie. Gdy to się dzieje, próbuje skoczyć w niego z atakiem, lecz nadziewa się na potężne STO! Chris pinuje: 1…2.. Kick out! Surfer podnosi Phantoma i próbuje dobić z Asai DDT, jednak Tool przeskakuje mu a plecy i uderza z Inverted DDT! Udaje się na top rope by przypierdolić z Sick Dive! Próbuje zakończyć walkę: 1……2…. Kick out! Tool zrywa się na nogi i zaczyna kłócić się z arbitrem. Zauważa jednak, że Chris zdążył już wstać, więc próbuje z Twist of Fate, jednak zostaje odepchnięty i powalony przez Enziguri!

 

Bogusław Montana: Mogliby to już zakończyć, późno się robi.

 

Konrad Ochucki: Przestań Bogusławie, takimi walkami trzeba się delektować!

 

Bogusław Montana: Nie chcę być niemiły, ale to tak jakby delektować się seksem z teściową.

 

Konrad Ochucki: Czego innego mogłem się spodziewać po słowie „niemiły”?

 

Bogusław Montana: Pierdol się i sam się delektuj?

 

Konrad Ochucki: Faktycznie, było jeszcze kilka opcji...

 

Attitude nie zwalnia tempa. Dopada do rywala i mamy Asai DDT! 1….2.. Kick out! Chris podnosi oponenta, lecz nadziewa się na kolano w brzuch. Phantom poprawia drugim i trzecim aż w końcu uderza z Tool Efect - Evenflow DDT! Przypina: 1…2…. Kick out! Tool wchodzi na narożnik. Próbuje wykonać Watergate - Phoenix Splash, jednak Attitude unika! Surfer wstaje i czeka na rywala. Próbuje Wave Out, jednak Tool unika ciosu i przypierdala z Twist of Fate! Pinuje: 1….2….3!

 

Konrad Ochucki: Więc jednak Tool! Przyznam, że końcówka przyprawiła mnie o dreszcze.

 

Bogusław Montana: Masz rację, robi się zimno. Wolałbym spędzić te lato na Syberii.

 

Konrad Ochucki: Tam jest chyba zimniej.

 

Bogusław Montana: Przynajmniej bym się kurwa nie rozczarował.

 

Konrad Ochucki: Można więc powiedzieć, że Syberia jest jak BGW – nie rozczarowuje?

 

Bogusław Montana: Jeśli odpowiada ci takie porównanie...

 

Konrad Ochucki: Tu proszę państwa nasza rola dobiega końcowi, jeszcze raz przeniesiemy się na backstage, bo podobno dzieje się tam coś wartego uwagi. Do zobaczenia – miejmy nadzieję - za miesiąc żegnają się z państwem Bogusław Montana.

 

Bogusław Montana: I Bogusław Montana...

 

 

 

Jak nam obiecano przenosimy się jeszcze raz na backstage, a dokładniej do niezidentyfikowanej, doszczętnie zniszczonej szatni, w której za przewróconym stołem leży jakieś ciało. Trudno zidentyfikować czyje, bo robi to nogami do góry. W całkiem normalnej pozycji natomiast siedzą Scyther i Tony Jones wykonując charakterystyczne dla siebie czynności.

 

Scyther: (biorąc haust szkockiej z trzymanej w ręku butelki) Mam wrażenie, że to może popsuć wasze stosunki.

 

TeeJay bez słowa przechwytuje flaszkę i idąc śladem przyjaciela pociąga z niej łyka.

 

Scyther: Hm... (dłuższa chwila ciszy) To ci nie pomogło.

 

Tony Jones: (dopija ostatnie krople) Pierdolić to człowieku, on nam też nie pomógł.

 

Scyther: (spuszcza głowę, jakby w geście zrezygnowania) Posłuchaj brat, jestem w tym biznesie dinozaurem prawie tak starym jak pieprzony Tony Rock. (zaczyna lekko gestykulować) Sprawdziłem wszystkie ruchy, wszystkie pierdolone strategie. Wiem na czym polega ta gra... i stać mnie żeby ją wygrać, stać nas.

 

Tony Jones: Więęęęęc... co za problem ?

 

Scyther: Musisz trochę przystopować młody. To nie jest już 99. To nowe millenium. Nie musimy zbijać wszystkich pionków żeby ich rozjebać. Mamy ten komfort, że możemy je omijać czarnuchu. Komfort jakiego nie miał twój ojciec, jakiego nie miałem ja. Rozumiesz o czym mówię?

 

Tony Jones: Ta.

 

Scyther: Mamy kapitał. Mamy to całe gówno, które może nas zaprowadzić na szczyt bez brudzenia sobie rąk mordą tego czy tamtego. (nagle przerywa i kontynuuje z lekką niepewnością w głosie) Poczekaj... Dobrze wiesz, że nie mam przed tym żadnych oporów, nie?

Tony Jones: Ta.

 

Scyther: Racja. Żadnych wyrzutów sumienia czy innego niepotrzebnego gówna. (obraca wzrok w kierunku TeeJaya) Tylko po tych wszystkich latach nie chce mi się. Mówię szczerze. Pierdolić to. To nie jest dobre człowieku. To cholernie nudne. (dłuższa przerwa) Musisz się określić młody... Bez względu na wszystko jesteś dla mnie jak brat i zawsze będziesz.

 

Tony Jones: (wstaje i rozgląda się po szatni, omijając wzrokiem Scythera) Wiesz, im dłużej o tym myślę... Jestem skurwielem, tak sądzę.

 

 

Jako, że zostało jeszcze trochę czasu to po raz ostatni przenosimy się do łódzkiego zakładu karnego dla kobiet, w którym zamknięta została Calamity. Tym razem akcja rozgrywa się w pokoju przesłuchań, gdzie podstarzała pani detektyw toczy konwersację z partnerką Crasha.

 

Detektyw: Nie chcę pani do niczego zmuszczać, kaucja wpłynęła na konto i może pani w każdej chwili opuścić nasz zakład... Proszę jednak się dobrze zastanowić – czy ten człowiek jest wart tego, aby pani go kryła?

 

Calamity: (szlochając) ...

 

Detektyw: Rozumiem... Na tym chyba skończymy naszą dzisiejszą rozmowę, jestem jednak pewna, że niebawem zobaczymy się po raz kolejny.

 

Calamity: ...

 

Detektyw: Do zobaczenia.

 

Kobieta zdeprymowana postawą Calamity udaje się w stronę wyjścia z pomieszczenia.

 

Calamity: Powiem...

 

Detektyw: Słucham?

 

Calamity: Powiem do kogo należały narkotyki.

 

Detektyw: (z niedowierzaniem zawraca i zajmuje miejsce przy stole po czym włącza dyktafon) Proszę kontynuuować.

 

 

 

Nim na dobre gala się zakończy po raz ostatni przenosimy się do Jana Rejdycha. Jako, że gala dobiega już ku końcowi to i człowiek pełniący obowiązki komisarza powoli, zbiera się do domu. Nawet bardzo powoli, bo wino przyjaznego Ormianina trzasnęło go w oficerską łepetynę konkretnie. Zakłada marynarkę, wkłada papierosa do ust i spogląda na drzwi, które wypadaja z futryn za sprawą Fila!!! Tuż za taranem do pomieszczenia wchodzi ledwo żywy, były EWF FTW Champ Vaclav. Nie wygląda też zbyt trzeźwo, a lekko rozbita butelka po piwie jeszcze bardziej utwierdza nas w tym przekonaniu.

 

Jan Rejdych: (sprawia wrażenie lekko przestraszonego) Ochrona! (widząc jak Vaclav zmierza w jego kierunku zaczyna jeszcze bardziej panikować) OCHRONA, KURWA, OCHRONA!

 

Vaclav: (kuśtyka w kierunku Rejdycha gubiąc przy tym obficie krople krwi) Tym razem mnie nie omamisz skurwielu, myślałeś, że się nie dowiem ?!

 

Jan Rejdych: Ja...

 

Vaclav: ODPOWIADAJ.

 

Jan Rejdych: To było polecenie z góry, rozumiesz kurwa, Nas Jazzowski kazał mi cię wyeliminować! Twój przyjaciel chce cię zniszczyć! Nie chce cie widzieć z pasem jego federacji, uważa, że szkodzisz wizerunkowi BGW!

 

Vaclav:  NAS ?! Powiedz mi mendo, czy mam jakiś powód aby ci zaufać ?!

 

Jan Rejdych: Ja tylko wykonuje swoje obowiązki, zrozum mnie człowieku!

 

Vaclav: Filu, powiedz mi, czy temu skurwielowi można ufać?! Czy mogę zaufać Janowi Rejdychowi, który nasłał na mnie oddział ochroniarzy aby pozbawić mnie World Title shota ?!

 

Filu: (podchodzi do Rejdycha i głupio się uśmiecha)  Nie.

 

Vaclav: Widzisz Janku ? On mówi, że mam ci nie ufać, więc dlaczego mam nadal słuchać ciebie ? Powszechnie wiadomo, że jesteś kłamliwym Ubekiem... I wiesz co?

 

Jan Rejdych: (opuszcza głowę) Rób co masz rob...

 

Vaclav nie pozwala nawet dokończyć Rejdychowi zdania, bierze zamach trzymaną w ręku butelką i z całej siły przypierdala nią w głowę Janowi, tak, że jej szyjka rozsypuje się w drobny mak, a sam porucznik zalewa się krwią.

 

Vaclav: (wygląda jakby był zahinotyzowany) Nigdy mi się to nie podobało...

 

Mecenas Extremy zaczyna nerwowo chwytać powietrze do płuc i nie dowierzając sobie spogląda na nieprzytomnego Rejdycha po czym bezwładnie osuwa się na ścianę gasząc przy tym światło.

 

Filu: (głos w slow motion) Co się dzieje? Vaclav... Vaaaaclaaav....

 

Vaclav: (niemal szeptem) Wyjdź...

 

Filu: Wszystko w porządku ?

 

Vaclav: (zmusza się do krzyku) WYJDŹ!

 

Filu posłusznie, choć z lekką niepewnością wykonuje polecenie Mecenasa Extremy. Po chwili siedział sam. W zupełnej ciemności. Oparty o ścianę, dysząc ciężko, wyglądał jakby zaraz miał wyzionąć ducha.

 

Vaclav: To chyba już koniec...

 

Nie widział nic przez długie, opadające mu niedbale na twarz włosy.  Nie widział ani perspektyw, ani krwawiącego nadgarstka, ani kupki wymiocin pod nogami, ani szkła z porozbijanych butelek, które otaczało go ze wszystkich stron. Przytłaczało.  Mechanicznym ruchem podniósł rękę z rozbitą butelką i przyłożył ją do ust...

 

 

 

 

BGW 2011

Parzymy ?

 

 

 


BGW