PÓŹNIEJ
Franko powoli podnosi do góry reklamówkę i demonstracyjnie nią potrząsa. Jej zawartość wypada na stół budząc w Nilsenie lekki niepokój, jego mętny wzrok jeszcze bardziej niż wcześniej unika konfrontacji z przeszywającym spojrzeniem Rzeźnika, a rozdygotane ręce szukają schronienia pod blatem stołu.
Franko The Butcher: Teraz nie masz wyjścia, widzisz to i musisz zaakceptować.
Mocno zaciska pięści i opierając je o stół nachyla się w kierunku Nilsena.
Franko The Butcher: Dostosować do sytuacji.
Dobitność tego zdania pozwoliła na chwilę wybudzić Izzy’ego z pijackiego letargu. Mechanicznym ruchem dłoni sięga on do kieszeni koszuli, dopiero pod wpływem dotyku uświadamiając sobie, że pozbył się jej dużo wcześniej, gdzieś po trzeciej szklance burbona, kiedy temperatura w pomieszczeniu wzrastając gwałtownie stała się nie do zniesienia. Teraz, choć siedzi w podkoszulku, krople potu nadal spływają po jego czole. Organizm wysyła sygnał, potrzebuje nikotyny, jak najszybciej. Izzy odrywa wzrok od podłogi i rozbieganymi oczami przeczesuje każdy centymetr stołu w poszukiwaniu papierosa. Nic, kilka pustych szklanek. Nic, kilka pustych butelek. Nic, kilka pustych kartonów po chińskim żarciu. Żadnej nikotyny. Ratunek jednak przychodzi, z północy, od Rzeźnika, który nonszalancko ciska paczką podłej jakości fajek w tors Nilsena. Ten z początku patrzy na nie z obrzydzeniem, ale w końcu zrywa folię.
Franko The Butcher: To wszystko co teraz opowiem, wszystkie zdarzenia jakie miały dzisiaj miejsce obciążają w równym stopniu nasze sumienia. Twoje i moje. Wszystko jednak zaczęło się od Y2J’a, który myślał, że może wykorzystać mnie jak narzędzie... I kusić, pogrywać z moim wkurwieniem.
Black Wings nie zwraca uwagi na słowa wypowiadane przez Rzeźnika, wkłada papierosa do ust i z wyrazem upojenia na twarzy ściaga kilka łapczywych buchów.
Franko The Butcher: Racja, nie jestem typem elokwentnego skurwiela, który swoją gadką potrafi zamaskować szereg braków. Umiem jednak co innego...
Butcher wskazując głową miejsce, w które kilka chwil wcześniej upadł pakunek, zmusza kamrzystę do przybliżenia obiektywu na maskę Armor Kinga. Splamioną krwią, porozrywaną w okolicach oczu i ust.
Franko The Butcher: ... i to całkiem dobrze.
WCZEŚNIEJ
Trafiamy na parking ulokowany w najbliższej okolicy hali. Tu znajdują się wszelkiej maści pojazdy. Widzimy właśnie, jak jedno z ostatnich wolnych miejsc parkingowych zostaje zajęte przez jeden z takowych pojazdów. Z jego wnętrza wyłania się Revan! Zamaskowany zawodnik ubrany jest po cywilnemu, ale ma już włożoną maskę. Zarzuca on sobie sportową torbę na ramię, zamyka samochód i następnie kieruje się w stronę hali. Już po kilku krokach zatrzymuje się przy strudze siwego dymku. Kamera przesuwa się lekko w bok, ukazując Izzyego, który delektuje się kolejnym papierosem marki Lucky Strike.
Izzy Nilsen: (patrząc na przechodzonego Revana) Chciałbyś żebym ci coś wyjaśnił?
Revan: Masz papierosa?
Nilsen chętnie częstuje swojego partnera w dzisiejszej walce, nawet podpala mu papierosa. Ten jednak zawodzi go na całej linii, zaciąga się raz i z odrazą wyrzuca papierosa na betonową posadzkę. Całego papierosa!
Revan: Palisz straszne gówno, wiesz?
Izzy nadal stoi oniemiały, owszem, jego sytuacja materialna pozwalała na kipowanie papierosów nawet po jednym buchu, ale uważał tytoń za świętość. Traktował go jak pierwotni chrześcijanie traktowali chleb. I żaden sposób marnotrawienia nie był przez niego tolerowany.
Izzy Nilsen: Co ty człowieku odpierdalasz?
Nie zwracając uwagi na pokrzykującego w jego kierunku Nilsena, Meksykanin wyjął ze swojej kurtki paczkę czerwonych Marlboro, setek warto dodać, i z tego ściągnął już więcej niż raz.
Revan: Nie oszukujmy się Izzy, wszystko nas dzieli, nawet gust do tytoniu, a mimo to walczymy w jednej drużynie i cholera, zastanawia mnie kto za to wszystko odpowiada? Ty, Aero, Franko, bo ja na pewno nie.
Izzy Nilsen: Ja.
Meksykanin udaje przez chwilę zdzwionego choć od początku wiedział, że nie jest to przypadek. Bardziej zadziwiła go szczerość Nilsena.
Izzy Nilsen: Widzę że ewidentnie coś do mnie masz partnerze, powiedziałbym, że to jakiś specyficzny rodzaj zazdrości, ale kurwa, to nielogiczne.
Revan: (zaśmiewa się) Nie Izzy, to nie zazdrość.
Izzy Nilsen: Jasne człowieku, dlatego mówię, że to byłoby cholernie nielogiczne. Każdy mi czegoś zazdrości, ale nigdy żaden Mr. Money się z tego powodu do mnie nie przyjebał, bo zna swoje miejsce w szeregu.
Revan: Na litość boską Izzy, nie rób ze mnie jaj. Nie wiem o co chodzi i wcale nie ukrywam, że ta walka mi nie odpowiada. Wiem tylko tyle że, masz w niej jakiś cel i jestem w stanie zaryzykować swoje zdrowie żeby go poznać.
Izzy Nilsen: (zaciąga się) Mam, to chyba oczywiste, ale wcale nie potrzebuje twojego zdrowia tylko chęci zemsty...
Revan: Nie dam się wciągnąć w twoją grę, będę robił co w mojej mocy, a jeśli wbijesz mi nóż w plecy... Mogę tylko uważać.
Meksykanin odwraca demonstracyjnie głowę i kiedy jest gotowy do pójścia w swoim kierunku Black Wings chwyta go za ramię, kradnąc kolejne spojrzenie.
Izzy Nilsen: (patrząc głęboko w oczy Revanowi) Jeśli uważasz, że ja albo Aero mamy ze sprawą Neisana coś wspólnego, mylisz się. Chcę z tobą walczyć, bo łączą nas wspólne cele, pragnienie odegrania się na Vaclavie i jego kompanach. Obaj mieliśmy wobec nich jakieś oczekiwania i obaj się zawiedliśmy, bo pokazali nam jacy są. Nie jestem święty, ale nie jestem też fałszywą kurwą, rozumiesz?
Skinienie głową nakłania Nilsena do puszczenia uścisku. Luchador nie ma nic do dodania, po raz kolejny się obraca i tym razem nic go już nie zatrzymuje. Izzy jest zajęty, z satysfakcją w oczach zapala papierosa i zaciąga się głęboko.
******
Nadszedł już czas na właściwą część show. Z głośników uderza Gil Scott Heron – Me And The Devil, a wierni fani Blood Guts Wrestling, znowu, po dość długiej przerwie mogą obejrzeć swoją ulubioną galę. Realizator przez chwilę przybliża najciekawsze miejsca w Kielcach, a że jakoś specjalnie za wiele ich nie ma to ta chwila wydaje się być jeszcze krótsza niż zwykle. Mniejsza jednak o to, bo przybyliśmy tu nie po to by podziwiać zabytki, ale wrestling czy coś jemu pochodnego. Kamera zawieszona nad halą wiruje przez moment, po czym spada wprost przed stanowisko komentatorskie.
Konrad Ochucki: Dobry wieczór państwu, nadszedł czas na szóstąz kolei galę R*zpierdolfest!
Bogusław Montana: W dodatku szóstą w tym roku!
Konrad Ochucki: Zgadza się.
Bogusław Montana: (grozi pięścią do kamery) I niech żaden nie waży się mówić, że to mało!
Konrad Ochucki: Może tempo nie jest zawrotne...
Bogusław Montana: Nie wiem jak człowiek reaguje na nadmierną dawkę wrestlingu, ale wolałbym chyba zjeść ciężarówkę czosnku niż siedzieć tu częściej.
Konrad Ochucki: Czosnek?
Bogusław Montana: Jebanie z ust stwarza mi mniejszy dyskomfort niż komentowanie wrestlingu.
Konrad Ochucki: Nie może być tak źle, każda gala to jakiś postęp. Według wielu fanów R*zpierdolfest V stał na najwyższym poziomie. Miejmy nadzieję, że VI poprawi jego wynik.
Bogusław Montana: Nie pamiętam R*zpierdolfest V, tak dawno to było. Czas leczy rany itp.
Konrad Ochucki: Chętnie ci przypomnę. Było to w czasach gdy frank szwajcarski przekroczył 4zł.
Bogusław Montana: A ja udawałem, że mnie to martwi?
Konrad Ochucki: Udawałeś?
Bogusław Montana: Mój spin doktor mi doradził.
Konrad Ochucki: Spin doktor?
Bogusław Montana: Dbam o swój wizerunek, co w tym złego? Dziś będę nakłaniał widzów do pójścia na wybory.
Konrad Ochucki: Szczytna idea.
Bogusław Montana: Głosujcie, szkoda Polski! Platforma to stabilizacja, spokój, pragmatyzm, a PiS to kłamczuchy i mitomany!
Konrad Ochucki: Miałem przerwać tą agitację, ale... jeszcze na ostatniej gali opluwałeś premiera.
Bogusław Montana: Ja?! W żadnym wypadku...
Alexandr Nazaretian kończy przygotowania do pojedynku jaki przyszło mu sędziować. Po tym jak wziął łyk wody mineralnej zdejmuje leżącą niedbale na krześle koszulkę sędziego i wciska ją na swój tors. Przylega idealnie. Do kompletu dobiera klasyczny zegarek na skórzanym pasku, prawdopodobnie Casio, który ani nie przykuwa uwagi, ani nie razi przesadnym bogactwem. Oddaje prawdzią naturę człowieka, który go nosi. Ormianin znowu przegląda się w lustrze na drzwiach szafy i uznaje, że wszystko jest tak jak być powinno. Fizyczna gotowość to jednak nie wszystko, potrzebne jest też przygotowanie duchowe. Dlatego właśnie klęka przy sofie, opieraja na niej łokcie i zwraca twarz ku obrazowi Matki Boskiej. W imię Ojca, Syna, i Ducha Świętego... Amen. Zawodnik pogrąża się w modlitwie, nawet mimo pukania w drzwi, które za wszelką cenę próbuje go rozproszyć. Nic z tego. Pochyla głowę i szepce pod nosem pacierze, Y2J, który odważył się wsadzić swoją ciekawską twarz przez lukę w drzwiach stoi i czeka.
Alexandr Nazaretian: Proszę, wejdź.
Y2J: (nieśmiale przekracza próg) Nie chciałbym przeszkadzać.
Alexandr Nazaretian: W żadnym wypadku, daj mi tylko chwilę.
Nie każdy odważyłby się w ten sposób potraktować szefa, który dla wielu pracowników zajmuje pozycję przed samym Bogiem. Ormianin to jednak nie ten typ człowieka. Spokojnie kończy modlitwę i po raz kolejny przeprasza Jay’a.
Y2J: W porządku, nie przejmuj się, to zresztą moja wina, nie powinienem ci przeszkadzać, ale naprawdę potrzebuję tej rozmowy.
Alexandr Nazaretian: Napijesz się czegoś?
Y2J: Nie, nie, dziękuję. Nie mam zbyt wiele czasu.
Alexandr Nazaretian: (siada na krześle naprzeciw swojego szefa) Słucham więc.
Y2J: Chciałbym żebyś wiedział, że popełniłem błąd. I nie będę go zrzucał na karb małego doświadczenia w zarządzaniu takimi przedsięwzięciami, bo takie rzeczy powinien przewidzieć nawet największy amator.
Alexandr Nazaretian: Ale o czym mówisz?
Y2J: Nie powinienem był wyznaczać cię na sędziego dzisiejszego pojedynku, całkiem nieumyślnie wystawiłem cię w krzyżowy ogień i tego niezmiernie żałuję. Jeśli uważasz, że mogę to jakoś naprawić...
Alexandr Nazaretian: Nie. Jestem zdecydowany i zdeterminowany, potrafię zrobić to dobrze. (uśmiecha się) W końcu pokonałem Vaclava, wydaje mi się, że wiem na czym to polega.
Y2J: Pewnie, chociaż to co spotka cię dziś to zupełnie co innego. Boję się, że nawet zupełna bezstronniczość nie zapewni nam spokoju. Po prostu kiedy dwie frakcje walczą o wpływy, są ślepe na jakiekolwiek argumenty i widzą rzeczy, które nigdy nie miały miejsca. Będzie gorąco a jakikolwiek błąd może...
Alexandr Nazaretian: Człowiek popełnia błedy, ale ja przecież nie jestem z nikim związany, jeśli zarzucą mi jakąkolwiek stronniczość będzie to oznaką ich definitywnej głupoty.
Y2J: Ty tak uważasz, ja tak uważam, pewnie nawet oni tak uważają, jednak będzie to doskonały powód. Będą mogli bez konsekwencji zarzucać mi, że jestem drugim Rejdychem, że niszczę tą federację. To smutne, ale w obecnej sytuacji żeby ją ocalić musiałbym ją właśnie zniszczyć, doszczętnie. Odciąć się od tej całej zgnilizny, wyrzucić niemal cały roster, który ma ze sobą zgrzyty. Jednak co dalej?
Alexandr Nazaretian: Spokojnie, nie dam im tego powodu. A co dalej... Będziemy zastanawiać się potem.
Y2J: Na pewno jesteś zdecydowany? W każdej chwili mogę oddać tą robotę innemu sędziemu, problem polega jednak na tym, że...
Alexandr Nazaretian: Nie ufasz im
Y2J: Nie zrozum mnie źle, ale nie wiem jak bardzo ten owoc jest zepsuty.
Jay ociążale, ciągle zamyślony podnosi się z krzesła.
Alexandr Nazaretian: Wybacz jeśli te pytanie jest niestosowne, ale po co ci to?
Y2J: (wzdycha) Widzisz Olek, poznałem ten biznes od podszewki, wszedłem w niego całym sobą. Zwykle jeśli zapuścisz korzenie w jednym miejscu to nie potrafisz się wycofać, jest ciężko, ja natomiast uciekłem i czułem ulgę. Bez żadnego bólu wyrwałem swoje korzenie i zacząłem rosnąć gdzie indziej, rozkwitałem. Kiedy jednak...
Alexandr Nazaretian: (wyczuwając, że Y2Jowi z trudem słowa przechodzą przez gardło) Jeśli nie chcesz się tym ze mną dzielić wcale nie musisz.
Y2J: Nie, nie. Dziwię się, że to wszystko jeszcze nie wypłynęło w jakimś brukowcu. Może nawet oni mają czasem sumienie? Nas jeszcze kilka tygodni temu stał nad przepaścią i chociaż niedawno zrobił krok do tyłu, to to niebezpieczeństwo nadal mu towarzyszy. (opuszcza głowę) Byłem po prostu mu to winien. Cały czas jestem, chociaż oni starają się spieprzyć wszystkie moje starania. To właśnie istota tego biznesu Alexandr, on zniszczy w tobie człowieczeństwo.
Alexandr Nazaretian: Dam radę. Przysięgam.
Y2J: Okej. Wierzę w ciebie. (wyciąga dłoń) Dasz radę Olek, pokaż im, że potrafisz.
Alexandr Nazaretian: (odwzajemnia uścisk dłoni) Zmienisz ten biznes Jay, jesteś jedynym człowiekiem, który może to zrobić.
***********
Mieliście kiedykolwiek wrażenie, że federacje wrestlingowe mimo swojego targetu najzwyczajniej w świecie olewają zwykłych ludzi? Takich szarych obywateli, których twarzy nigdy nie zobaczysz na pierwszej stronie Faktoidu. Bez względu na ich zasługi. Weźmy takiego Baraninę. Trudno mu odmówić sławy, bo najpierw dorobił się jej w Pruszkowie a potem osiągnął szczyt popularności targając się na swój podły żywot. Wszyscy mówili o tych aferach. Ale kto tak naprawdę stał za tymi operacjami finansowymi, których były setki? Tego nie wie nikt. Tylko nieliczni znają personalia księgowego mafii pruszkowskiej.
W przeciwieństwie do wizerunku księgowego Blood Guts Wrestling. Ten akurat od tej chwili jest powszechnie znany wszystkim, którzy zdecydowali się obejrzeć dzisiejszy R*zpierdolfest. Jest znany z tego, że stał się kolejną ofiarą Vaclava...
Księgowy: Posłuchaj, nie jestem niczemu winien, wykonuję tylko swoje obowiązki, muszę je wykonywać.
Mecenas Extremy uśmiecha się pod nosem i spogląda na Fila.
Vaclav: Nie, wcale nie musisz, zwalniam cię! (podaje Filowi krzesło) Wręczysz mu wypowiedzenie?
Filu: (patrzy na przestraszonego finansistę) Nie jestem pewien.
Księgowy: (patrząc Filowi w oczy) Przecież nic nie zrobiłem...
Filu: Zasadniczo on ma rację.
Zirytowany już bardzo mocno Hardcore Hero wyrywa swemu przyjacielowi krzesło i sam czyni z niego pożytek. Szybkim ruchem zgarnia wszystko co stoi na biurku i zrzuca tym samym na podłogę.
Vaclav: (unosi krzesło) Wypierdalaj stąd, już!
Filu: (kładzie rękę na klatce Vaclava) Dobrze, uspokój się, już.
Księgowy: (poprawia okulary) Przecież...
Finansista załamuje głos w połowie zdania i milknie. Przygnębioną twarz wbija w podłogę.
Milczy.
Patrzy.
Pada na kolana.
W nietypowym dla swojej profesji afekcie chwyta porozrzucane dokumenty.
Księgowy: Już, już wychodzę, wybaczcie moją opieszałość.
Zmieszały całą sytuacją Filu najpierw kątem oka bada reakcję Vaclava i nie jest ona czysto ludzka. Mecenas Extremy ciągle trzyma krzesło nad głową biednego pracownika BGW. Sumita przeciera wielką dłonią swoją zahipnotyzowaną twarz.
Pochyla się nieśmiało. I chwyta jedną z kartek. Wyciąga dłoń z dokumentem w kierunku księgowego, a kiedy ten z wzajemnością wyciąga swoją...
Vaclav: (przebijając się przez krzyk w pomieszczeniu) Nigdy więcej nie waż się tego robić. NIGDY!!!
Sumita po raz kolejny kładzie dłoń na swojej twarzy, jakby chciał wybudzić się ze złego snu.
Vaclav: (cedząc przez zaciśnięte zęby) A jeśli nie jesteś w stanie...
Zatrzymuje się w połowie zdania i wskazuje krzesłem na leżącego na ziemi, trzmającego kurczowo za nadgarstek i zwijającego z bólu księgowego.
Vaclav: Nie jesteś przecież po ich stronie, prawda?
Filu: (ociążale podnosi się z klęczków) Przecież on już wychodził. Dlaczego to zrobiłeś?
Vaclav: Mamy jakieś piwo?
Filu: On potrzebuje pomocy!
Hardcore Hero podchodzi do drzwi, otwiera je i wywołuej dwóch członków gwardii Rejdycha.
Vaclav: (podchodzi do drzwi, otwiera je i wywołuje dwóch ochroniarzy) Panowie towarzysze, są dwie sprawy, jedna niewymagająca zwłoki a druga, która może poczekać do jutra. Z którą chcecie się zapoznać?
Ochroniarz#1: Tą pierwszą panie Komisarzu!
Vaclav: A więc kończy mnie się piwo, trzeba skoczyć do sklepu po zaopatrzenie!
Ochroniarz#2: (nieśmiało) A jaka jest ta druga sprawa?
Vaclav: Jutro piwo też się skończy!
Filu nie dowierzając słowom swojego przyjaciela natychmiast (o ile grubas może zrobić coś natychmiast) zrywa się na równe nogi i mierzy go wzrokiem. Chce coś powiedzieć, ale Mecenas Extremy go uprzedza.
Vaclav: I tego delikwenta możecie przy okazji gdzieś rzucić na widoku, żeby karawan miał dobry dojazd.
Filu: (zwracając się do ochroniarzy, którzy bez żadnego wyczucia podnoszą księgowego za kończyny) Baczność kurwa! Zapominacie się. Ty i ty, jesteście tylko i wyłącznie moimi podwładnymi. Tak zarządził pan Komisarz na ostatniej gali i tak jest. Macie się podporządkować mnie, a ja nakazuje wam z największym staraniem zająć się tym człowiekiem.
Vaclav: (zawiedziony) A co z piwem?
Filu: (demonstracyjnie odwracając się plecami) Niebawem mam walkę.
***********
Scyther: Więc po co tam poszedłeś?
Tony Jones: Właśnie! Słuchajcie dalej... Wpadam na te urodziny.
Aero: Jaki prezent mu kupiłeś?
Tony Jones: Człowieku kurwa, nic mu nie kupiłem, słuchaj co mówię, okej? Wszyscy już ledwo kontaktują, łącznie z nim. Rozglądam się po pokojach...
Scyther: Aero, masz sos sojowy?
Tony Jones: Po co ci sos sojowy?
The Technical podnosi jakąś torebkę, pod którą znajduje się butelka wyżej wspomnianego sosu i podaje ją Scytherowi.
Scyther: Po prostu czarnuchu, lubię sos sojowy.
Tony Jones: Kiedy się z ciebie taki Taro Iwashiro zrobił, he?
Zapewne wszyscy zgromadzeni dażą sympatią tego artystę, bo samo brzmienie jego nazwiska wywołuje w pomieszczeniu salwy... śmiechu.
Scyther: (polewa jedzenie sosem) No, i co było dalej?
Tony Jones: (bierze łyk Coli) Chodzę po tych pokojach, obijam się o podpalone laski, i w końcu trafiam na pierdolonego jubilata! Wiesz, sprawa była poważna, ale ledwo powstrzymałem się od piźnięcia śmiechem, bo skurwiel wyglądał jakby zajmował się dziwkami na Bronxie z 40 lat temu, nie? (uśmiecha się pod nosem) Biały garniak, kapelusz, jakieś wieśniackie buty tyle że zamiast cygara miał pieprzony, malutki widelczyk...
Aero: (z pełnymi ustami) Ty, i wydłubałeś mu to oko?
Siedzący obok Scyther chyba niezbyt poważnie odebrał to pytanie, bo z pewną trudnością powstrzymuje się od śmiechu zapychając w tym celu usta jedzeniem z pudełka.
Tony Jones: (patrzy najpierw na Aero potem Scythera) Nie kurwa, on wpierdalał nim urodzinowy torcik, rozumiecie? Więc podszedłem do niego, poklepałem po plecach i powiedziałem „Wszystkiego najlepszego brachu”.
Scyther: To wszystko?
Tony Jones: Ta, raczej. Kiedy się obrócił miał na mordzie cały ten swój wypiek, więc się uśmiechnąłem i... (zawieszając się na chwilę i pokazując palcem na kosz na śmieci) Stawiam pół koła, że tego nie powtórzysz.
Scyther: He?
Aero: He?
Tony Jones: (wskazuje palcem na Aero) Stawiam 5 baniek, że drugi raz nie trafisz stąd do kosza. (wyjmuje z kieszeni kilka pogniecionych stów i rzuca je na stół) Wchodzisz?
Scyther bez słowa patrzy na przeżuwającego pokarm Aero, szukając na jego twarzy odpowiedzi na wyzwanie TeeJay’a.
Tony Jones: Pięć baniek Czekoladowy, pięć pieprzonych baniek. (chwyta leżącą pod ręką papierową torbę i starannie ją zgniata) Deal?
Aero: (przeżuwa ostatnie kęsy i wyciąga dłoń w kierunku TeeJay’a) Wchodzę.
Tee kładzie na dłoni swojego kumpla zgniecioną torbę i czeka. Bacznie obserwuje kocie ruchy poprzedzające rzut, które odrobinę się przedłużają.
Tony Jones: (nerwowo postukując palcami w blat stołu) Pięć baniek Bąbelku, pięć baniek. Rzucasz czy nie?
Aero: (unosi papier nad głowę) Daj mi się skupić.
Tony Jones: (jeszcze bardziej nerwowo stuka w stół) Okej.
Aero: Przestań stukać, rozpraszasz mnie człowieku.
Tony Jones: (zdejmuje ręce ze stołu i unosi nad głowę) Okej. Okej. (dłuższa pauza) Rzucaj kurwa!
Jones nie wytrzymuje napięcia. Z impetem przypierdala pięściami w stół, a rozproszony Aero wyrzuca papier. Na czyjeś nieszczęście. Prawdopodobnie tego, kto otworzył właśnie drzwi. A jak się okazuje, kulka trafia w głowę Filipa Borsuka!
Tony Jones: (uderzając z zadowoleniem rękami w stół) Wygrałem kurwa. (zgarnia swoje pięć stów, które wcześniej położył) Gdzie moja forsa?
Aero: Przecież to by wpadło gdyby nie ten frajer.
Scyther: (zbija wzrokiem Aero) Hamuj się Bąbelku, okej?
Aero: O co ci chodzi?
Tony Jones: O to kurwa, że nie ma tłumaczeń. Kulka miała być w koszu czy na łbie tego matoła, he?
Aero: Byłaby gdyby...
Tony Jones: Nie ma gdyby człowieku, gdzie moje pięć baniek?
Scyther: (przypierdala pięścią w stół zamykając usta swoim kolegom) Chłopaki, możecie nas zostawić?
Tony Jones: Słyszałeś Bąbelku? Idź po flotę.
Scyther: (patrzy na TeeJay’a) Pójdziesz z nim?
Tony Jones: (uśmiecha się do Aero) Chyba nie zrobisz mnie w chuja, co? Nie ze mną te numery Czekoladowy, nawet nie próbuj. (obraca się w stronę Scythera) Zostanę, chyba nie masz żadnych tajemnic, nie?
Scyther: (nachyla się do Jonesa i szepce mu coś do ucha) ...
Tony Jones: (podnosi się z krzesła) Okej, jak wolisz brat. Idziemy po forsę Chocapic.
Zawodnicy zgodnie opuszczają szatnię, mierząc przy tym uważnie wzrokiem pozostałego w niej sędziego Filipa Borsuka. Aero uderza go nawet barkiem! Lekko to lekko, ale zawsze. Kiedy drzwi się zatrzaskują Scy nonszalanckim kopnięciem odsuwa krzesło i wyciąga w kierunku sędziego pojemnik z jedzeniem.
Scyther: Borsuki lubią chińskie żarcie?
**************
Zawsze tak jest. Kiedy bierzesz sprawy w swoje ręce, czujesz się zdeterminowany, wszystko układa się jakoś... lepiej ? Los, gwiazdy, fusy i inne gówna zdają się być po twojej stronie. Oczywiście, powodzenie niektórych rzeczy można zrzucić na karb zaangażowania, intensywnej pracy. Jednak co jeśli wychodzisz z gabinetu szefa, olany i wkurwiony, utożsamiając swoją porażkę nie z tym cukierkowatym pajacem dyrygującym twoją karierą zza biurka, tylko kimś zupełnie innym? Masz ochotę go roznieść, powyrywać wszystkie kończyny, przednie, tylnie, tak żeby nie miał szans spaść w tej sytuacji na cztery łapy, a na mordę, aby wybudził się ze swojego sielankowego nastroju i poczucia wielkości.
**************
Filu: Miło cię widzieć... w końcu.
Max Craven: O co ci chodzi pączusiu?
Filu: Jesteś podobno po naszej stronie, ale jakoś nie mogę cię tam zobaczyć. (szybko przerywa Cravenowi, który już otworzył usta) Odpuść sobie komentarze w stylu „coś najwidoczniej przesłania ci widok”.
Max Craven: (uśmiecha się szeroko, ale po chwili poważnieje) Okej pączusiu, nie wiem dlaczego się do mnie przypierdalasz, zrozum że wcale nie musimy się kochać, jesteśmy tylko partnerami w biznesie.
Filu: Człowieku, czas żebyś zrozumiał, że dla mnie i Vaclava ta walka to coś więcej niż biznes, o wiele więcej. My walczymy tu o godność, której też byłeś niegdyś pozbawiany.
Max Craven: Chyba się w początkowych negocjacjach nie zrozumieliśmy...
Filu: Być może, powinieneś teraz iść do szatni Vaclava i zobaczyć tamtego człowieka, który przeżywa dramat, przestaje panować nad swoimi instynktami, bo ktoś traktuje go w tej federacji gorzej niż psa. (po raz kolejny nie daje dojść do słowa Cravenowi) On cię oglądał, widział co Nas z tobą robił i myślał, że czujesz to samo co on, a ty mi tu pieprzysz o jakimś biznesie?
Max Craven: Wzruszające.
Na arenie uderza theme Cravena....
************
Konrad Ochucki: Nie do wiary. Nie mogę w to uwierzyć. Vaclav przekracza kolejne granice, tym razem zaatakował cywila!
Bogusław Montana: Tak właśnie będzie wyglądało to państwo jeśli nie oddacie swojego głosu. Polska stanie się dzikim krajem!
Konrad Ochucki: Tak.
Bogusław Montana: Paskudna twarz Vaclava będzie sztandarem IV RP. Pijaństwo i Smoleńsk zniszczą Polskę.
Konrad Ochucki: Bogusiu, rozumiem rozgoryczenie, ale daj już spokój z tą agitacją.
Bogusław Montana: Nie mogę! Vaclav szkodzi BGW.
Jako pierwsi do kwadratowego pierścienia weszli Filu i Revan. Aleksandr Nazaretin daje znak do rozpoczęcia walki. Filu wyciąga rękę do Revana, który odpowiada uściskiem dłoni. Następnie następuje pierwsze zwarcie, z którego zwycięsko wychodzi duma Cicibora. Pcha z całą siłą Revana na przeciwległy narożnik, lecz ten odbija się od drugiej liny i uroczym Moonsaultem powala sumo na ziemię! Revan szybko wstaję by otrzymać Kicka od leżącego Fila! Ten próbuje się rozhuśtać na macie, lecz wciąż nie może wstać, liny również są dość daleko. Za to The Avenger zdążył już powstać. Podchodzi do Fila i zasypuje go serią stompów. Odbija się od lin i przypierdala Leg Dropem. Próbuję zakończyć walkę: 1…2.. Filu wyrzuca Revana za siebie. Następnie popularny Chudy stara się doczołgać do lin. Mozolnie to idzie, lecz Filu powoli wstaje, mimo maksymalnego napięcia, trzecia lina wytrzymuje wielką próbę, zaś Filu staje na nogi. Szybko naciera na niego Revan, lecz zostaje wypierdolony z ringu wprost na barierki!
Bogusław Montana: Tak w ogóle to Vaclav powinien ściąć włosy!
Konrad Ochucki: Dlaczego?
Bogusław Montana: Liberalizm liberalizmem, ale satanistów w telewizji n ie popieram. Tak samo jak związków partnerskich, likwidacji KRUS, obłożenia kościoła podatkiem, redundacji in vitro, wprowadzenia podatku liniowego....
Konrad Ochucki: Już, już, wystarczy...
Bogusław Montana: Ale to jeszcze nie wszystko!
Zmęczony sumo dociera do narożnika gdzie dostaje zmianę od Cravena. Ten nie zastanawia się długo i mimo sporych gabarytów uderza z Suicide Dive w Revana! Następnie wrzuca go na ring, tam próbuje wykonać suplex, lecz Revan kontruje i szybko zmienia się z Izzym Nilsenem. Anarchista próbuje clothesline’a, lecz Black Wings schyla się i przypierdala z Superkickiem! Od razu pinuje: 1……2….. przerywa Revan! Nilsen szybko wstaje i dropkickiem wyrzuca zamaskowanego zawodnika z ringu. Bierze rozbieg, wskakuje na narożnik i szybkim Crossbody powala wstającego Cravena! Wykonuje błyskawiczny kip-up, biegnie w stronę przeciwległych lin i wieńczy combo Lionsaultem! Nazaretin klepie: 1….2…3 (zwycięzcami walk są Izzy Nilsen i Revan)
Konrad Ochucki: Dość banalna końcówka, nie sądzisz?
Bogusław Montana: A czego się spodziewałeś? To wrestling.
Konrad Ochucki: Mam wrażenie, że po taki ataku można się podnieść.
Bogusław Montana: Powiedz to Cravenowi.
***********
Wdech
Wydech
Skuuuuuurwielu, już się zbliżam!
Wdech
Wydech
Co się z tobą dzieje?
Wdech
Wydech
Trzeźwiejesz, trzeźwiejesz, trzeźwiejesz...
Wdech
Wydech
Więc myśl kurwa trzeźwo i się zatrzymaj!
Wdech
Wydech
***********
Po krótkiej przerwie na walkę i coś jeszcze, wracamy do szatni Scythera gdzie były EWF World Champ tak jak chwilę wcześniej zajada się azjatyckim prowiantem z kartonowego pudełka.
Scyther: (przeżuwając) Nie słyszałeś co powiedziałem? Możesz usiąść, nie denerwuj się człowieku.
Zaginiony sędzia niepewnym krokiem zbliża się do krzesła z drugiej strony stołu...
Scyther: Tutaj. (pokazuje palcem na wcześniej odsunięte krzesło) Wyluzuj.
Borsuk bez słowa podchodzi we wskazane miejsce i zajmuje należne mu krzesło.
Filip Borsuk: Więc o czym chce pan ze mną rozmawiać?
Scyther: (uśmiecha się szeroko) Nie wygłupiaj się Pippo, mogę ci tak mówić, nie?
Potwierdzające kiwnięcie głową.
Scyther: Świetnie. Wiem co głoszą plotki, że Scyther to skurwiel, który chce żywić się ludzkim nieszczęściem. I pewnie myślisz, że skoro siedzisz tu ze mną, rozmawiamy, czegoś od ciebie oczekuję, co? Myślisz tak, nie?
Filip Borsuk: Wykazał się pan prawdziwą determinacją w poszukiwaniu mnie, więc trudno myśleć, że jest inaczej.
Scyther: Racja. Zaszyłeś się na zadupiu jak ostatnia pizda (rozumiejąc że się odrobinę zagalopował), wybacz, ale sam wiesz, że taka jest prawda. (wstaje z miejsca) Napijesz się czegoś?
Filip Borsuk: Nie lubię alkoholu.
Scyther: (idąc w kierunku barku) Racja, można sie uzależnić. Jak od hazardu...
Były sędzia BGW jak to człowiek zawstydzony ma w zwyczaju, chowa głowę w piasek i nie decyduje się na żadną ripostę.
Scyther: (rozgląda się po barku) Wykazałem się determinacją, bo zwykle nie lubię kupować kota w worku. (wyjmuje butelkę burbona) I chcę wiedzieć za co płacę. Chcę po prostu wiedzieć Filu, czy nie zabawiałeś się ponad stan. Rozumiesz moją troskę?
Filip Borsuk: Nie do końca.
Scyther: (nalewa trunku do szklanki) Wytłumaczę to w najprostszych słowach. Jeśli chcesz być człowiekiem wolnym, musisz należeć do mnie.
Filip Borsuk: O czym...
Scyther: Możesz teraz spokojnie wrócić do żony i swoich dzieci, ale musisz wiedzieć, że kiedy zadzwonię i poproszę cię o przysługę, jesteś wobec mnie zobowiązany. (szybkim łykiem opróżnia szklankę) Daję ci jednak wybór, bo zwyczajnie nie jestem kurwa tyranem. Mogę załatwić ci w każdej chwili transport do twoich wierzycieli. (rozkłada ręce) Masz wybór Pippo, masz wybór.
Dłuższa chwila milczenia i napięcia pomiędzy rozmówcami.
Filip Borsuk: Rozumiem, ale sam pan wie jaka jest moja sytuacja. Zniknąłem na kilka miesięcy, nikogo o tym nie poinformowałem. Podejrzewam, że moja żona, o ile jeszcze jest moją żoną, już dawno otrzymała list dziękujący mi za współpracę. Nawet jeśli wyrażę najszczerszą chęć rekompensaty za udzieloną pomoc, nie wiem czy będę w stanie spełnić oczekiwania...
Scyther: Racja Pippo, celna uwaga. W chuj celna. Wiesz już w jaki sposób sprawdzimy twoją przydatność?
Filip Borsuk: (niepewnie) Nieee.
Scyther: (nalewa sobie trunku) Podniesiesz teraz swoją tchórzliwą dupę, padniesz na kolana i będziesz błagał Y2Ja aby przywrócił cię do pracy. Ten skurwiel ma takie miękkie serce, takie miękkie... (łyka wszystko ze szklanki) Może się uda? Kto to wie? (patrzy w oczy Borsukowi) No, już, nie ma na co czekać.
Sędzia BGW na banicji powoli podnosi się z krzesła i ciągle patrząc w stronę Scythera, tyłem opuszcza pomieszczenie.
*****************
Aero po raz ostatni uderza zimnym strumieniem wody w swoją twarz i spogląda w znajdujące się naprzeciwko lustro. Lekko zwilżonymi dłońmi starannie poprawia włosy po czym uśmiecha się pod nosem.
Aero: (popychając drzwi łazienki) Poczekam na zewnątrz.
Tony Jones: (przekrzykująć strumień uderzający o muszlę klozetową) Spooooko.
The Technical spokojnie wychodzi z pomieszczenia, opiera nogę o ścianę przy drzwiach i powoli przetrzepuje kieszenie swoich spodni. W celu znanym każdemu palaczowi. Nie zważając na umiejscowioną tuż za jego plecami tabliczkę z przekreślonym papierosem wkłada do ust jednego Lucky Strike’a i zapala podarowanym mu przez Izzy’ego złotym Zippo. Robi to dość dziwnie, pochylając się jakby przebywał na otwartej przestrzeni w środku zimowej zawiei. Traci czujność.
Głos: Aero! The Technical, mój człowiek!
Autora słów nieszczęśliwie nie zauważa. Z początku. Słysząc swój ring name gwałtownie podnosi głowę do góry i wypuszcza kulkę dymu wprost w twarz The Immortala.
Aero: (siląc się na uśmiech) Mój człowiek, he?
The Immortal: No wiesz. (markując Rocky’ego Balboę) Dziś kopiesz dupę największemu wrogowi The Immortala, Saint Angerowi!
Aero: (znudzony)Ta, tak jakoś wyszło. (zaciąga się głęboko i spogląda na J.J.J) A ty chcesz mi życzyć powodzenia, czy co?
The Immortal: Oczywiście człowieku, Immortal życzy ci wszystkiego najlepszego i...
I co? Nie dokańcza, bo drzwi się otwierają a na korytarzu staje także Tony Jones.
Tony Jones: Co za syf Nesquik, ten kibel, całe te Kielce, wiesz o czym mówię.
Aero: Taaa...
The Immortal: Tony „pieprzony” Jones, The Immortal jest pod wrażeniem!
Tony Jones: Co ? Kto kurwa?
Aero: (wskazuje głową na J.J.J) On.
Tony Jones: (patrząc na Aero) Dlaczego ten czarnuch mówi o sobie w trzeciej osobie jak pieprzony Wałęsa?
The Immortal: ...
Aero: (nie daje Immortalowi dojść do słowa) Taki już urok czarnuchów. (patrzy na TeeJay’a) He... Niektórych, nie.
Tony Jones: Spoko, łapię. Idziemy... (pauza) Jak się kurwa nazywały te cynamonowe kwadraciki?
The Immortal: Cini-minis!
Aero: (uderza się dłonią w twarz) Odpuść człowieku, okej?
Tony Jones: He He, okej, okej. Pamiętasz, że wisisz mi hajs? PAYBACK skurwielu.
TeeJay rusza przed siebie, uderza lekko barkiem zdezerientowanego Immortala. Aero czyni podobnie, choć już bez tego uderzenia
The Immortal: Tee, to jak ze Scytherem załatwiliście Crasha i Angera. Immortal jest pod wrażeniem!
Tony też. Momentalnie staje w miejscu.
Aero: Co jest Tee? O czym on mówi?
Tony Jones: (obraca się w kierunku J.J.J) Nie wiem. Nie ważne.
The Immortal: No już człowieku, nie bądź taki skromny. Ten idiota Saint Anger wygadał się Immortalowi jak go załatwiliście. Imponujące!
Jones momentalnie rusza do zmieszanego Johnsona i nim ten orientuje się w sytuacji już jest przygwożdżony do ściany, a palec Tee wibruje mu przed oczami.
Tony Jones: Posłuchaj czarnuchu! To co słyszałeś od jakiegoś Land Rovera to bujda, rozumiesz ? Plotka, nazywaj to zresztą jak chcesz. Dla mnie to pieprzona bzdura i tak jest, to jedyna prawdziwa wersja. Łapiesz?!
Aero choć z pewnością sam nie ma czystego sumienia, nie potrafi odnaleźć się w zaistniałej sytuacji. Resztka Lucky Strike’a dopala się bez żadnej ingerencji jego płuc i za chwilę zacznie parzyć go w palec, choć wątpliwym jest czy nawet wtedy to zauważy. Tony Jones natomiast puszcza lekko przestraszonego Johnsona i poprawia jego ubranie, które w wyniku mocnych pociągnięć odrobinę się pogniotło.
Tony Jones: (klepiąc Immortala po ramieniu) Wiesz, nie lubię sie powtarzać. Mam nadzieję, że jesteś na tyle kumaty aby to zrozumieć. Mam racje?
The Immortal: Ta. Immortal wszystko rozumie. Doskonale rozumie.
Tee ostatecznie puszcza „Najzajebistszego z najzajebistszych” i udaje się tam gdzie miał się udać już chwilę wcześniej.
Tony Jones: (nie patrząc w stronę Aero) Daj mi fajkę.
Aero: (z lekkim zawahaniem w głosie) Przecież...
Tony Jones: (tonem dość agresywnym) Ale kurwa zacząłem. (bierze papierosa i go przypala) Muszę porozmawiać ze Scytherem. (zaciąga się głęboko) Jak najszybciej.
*************
Plecy Fila zwykle zasłaniają wszystko. Tym razem też. Czasem jednak warto popatrzeć nawet na nie, bo może dostarczyć to niezapomnianych wrażeń i odpowiedzi na pytania, które zastanawiają ludzkość od wieków. Takiego na przykład – w jaki sposób grubasy przeciskają się przez framugę drzwi? Jeśli są tak wysportowani jak Filu, nie sprawia im to wielkich trudności. Szybki obrót o 90 stopni, ułatwiony dobrze dobranymi skarpetami i sandałami, wciągnięcie brzucha i wuala... już jesteśmy w środku! Fanfary grają, Vaclav opija ten wielki sukces, a Filu choć powinien to się nie uśmiecha.
Filu: (patrząc z dezaprobatą na Vaclava) Może... Eh...
Sumita opada na umiejscowiony w rogu pomieszczenia fotel i ze zrezygnowaniem wymachuje ręką w kierunku Vaclava.
Vaclav: (odrywając usta od szyjki) Coś ty taki naburmuszony? Że aż zacytuje klasyka – chcesz łyka?
Nie czekając na potwierdzenie oczywistych faktów Mecenas Extremy wyciąga spod lady butelkę Perły i rzuca ją w kierunku Fila. Ten jednak nie wykonuje żadnego ruchu, nie wyciąga ręki, nie rzuca się na lecące piwo, a te nie mając pod nakrętką autopilota rozbija się o ścianę.
Vaclav: (zrywając się z miejsca) Kurwa. Co się z tobą dzieje?
Filu: Ze mną? Pytasz co się ze mną dzieje ?
Vaclav: Jesteś gruby a każesz wołać na siebie chudy, nie łapiesz piwa, nie pijesz kawy. Co się z tobą dzieje Filu ? Masz jakieś... no wiesz... że tak to ujmę... kompleksy ?
Filu: (chowa twarz w dłoniach, tłumiąc przy tym śmiech) Vaclav, Vaclav, Vaclav... (podosi twarz, która jest już całkiem poważna) To ty masz problem. (wskazuje głową na butelkę) Przesadzasz z tym, naprawdę.
Vaclav: (wybausza oczy) Panie, jak można prostytutke zgwałcić? Jak można z piwem przesadzić ?!
Filu: Posłuchaj Vac, nie chcę cię krytykować, ale za dużo pijesz, tracisz wyczucie, tracisz kontrolę.
Vaclav: E tam. Co ja jakiś policjant jestem żeby coś kontrolować?
Filu: (uśmiecha się pod nosem) Tak, tak. Jesteś napierdolony, ignoruj mnie dalej.
Vaclav: (bierze łyk piwa) Więc o to się rozchodzi. Nie radzisz sobie Filu. Uwagi potrzebujesz, radę mam ci dać, ale jak ja mam ciebie kontrolować skoro się nie da. Tobą nawet inna grawitacja rządzi!
Filu: (zachowuje powagę) Nie chodzi o mnie Vac, chodzi o ciebie. To co się stało z Rejdychem, musiało się zdarzyć, ale ten księgowy, czemu on był winien ? To nie powinno mieć miejsca.
Vaclav: Filu, przygarnąłem cię pod swój dach, dałem nadzór nad ochroną, otworzyłem drzwi do wielkiej kariery... (momentalnie zrywa się z miejsca i uderza butelką w stół) Więc nie kwestionuj tego co robię!
Filu: (lekko przestraszony) Ale...
Vaclav: (bierze dużego łyka) Nie. Żadnego ale. (kolejny łyk) To wszystko co tu widzisz. (chwyta jakieś papiery leżące na biurku i je zgniata) Ta cała biurokracja niszczy tą federację! Ciągle przychodzą tu nowe osoby i chcą widzieć jedno – pierdolony porządek! Nie widzą, że nazwa Blood Guts Wrestling jest zaprzeczeniem ich wszystkich idei. Patrzą w te pieprzone papierki, pytają takich gnid jak tamta – co będzie dobre dla mojej kieszeni? Co mam zrobić żeby nabić sobie kabzę? Jestem jednym z ojców tej federacji, wszedłem na pokład nie wiedząc dokąd płynie ten okręt, czy przetrwa wszystkie zawirowania, czy nie zatonie jak jakiś pieprzony Titanic. Wieć jeśli dziś przychodzi tu jakiś Y2J, jakiś Tony Rock, Tool dostaje World Title shota bez walki, to ja mam prawo przypierdolić pięścią w stół. Mam czy nie mam ?!
Filu: Tak, rozumiem twój żal, ale...
Vaclav: (grozi Filowi butelką) Żadnych ale, ŻADNYCH. Jeśli oni chcą mną rządzić to powinni wiedzieć, że nie mają do tego praw. ŻADNYCH praw. Wiesz dlaczego?
Filu: Domyślam się...
Vaclav: (rozkłada ręce) Nie, nie domyślasz się Filu! Wcale się nie domyślasz. Nie mają do tego żadnych praw, bo to ja ustanawiam tu prawo. Na zeszłej gali mianowałem się Komisarzem Blood Guts Wrestling... i nadal nim jestem! Bez względu na to co powie Y2J, Tony Rock, Nas Jazzowski czy Jan Rejdych. Jestem Komisarzem BGW! Układam karty, rozdaje title shoty.
Filu: Matko Boska.
Vaclav: I mam prawo wypierdolić każdego księgowego na zbity pysk.
Filu: Jeśli tak uważasz, dobrze, ale można było to zrobić w sposób bardziej... cywilizowany.
Vaclav: To wrestling, królestwo przemocy, tu nie ma cywliziacji, żadnych dyrektyw. Przegrałeś dzisiejszą walkę? To ja daję ci rewanż! Daję ci rewanż z Izzym Nilsenem. Jeden na jednego. (bierze łyk piwa) Bierzesz czy nie?
Filu: Nie jestem pewien.
Vaclav: Ja cię nie pytam, ja to ustalam Filu. Na następnej gali, w Siedlcach zresztą, walczysz z Izzym Nilsenem, jesteś moim nowym podopiecznym, on się mnie wypiera, pokażesz mu, że iść z Vaclavem znaczy zwyciężać!
******************
TeeJay i Aero tak jak wcześniej przemierzają korytarz idąc do szatni Scythera, który w sposób dość obcesowy odmówił im uczestnictwa w załatwianiu interesów.
Aero: Tee, nie zrozum mnie źle, to nie jest tak, że wam nie ufam, ale muszę wiedzieć...
Tony Jones: (gwałtownie się zatrzymuje) Co kurwa musisz wiedzieć człowieku?
Aero: Dobrze, spokojnie.
Tony Jones: (chwyta Aero za ramiona i nim potrząsa) No dawaj, pytaj brat, odpowiem na każde twoje pierdolone pytanie!
Aero: (wskazuje kciukiem za siebie) Czy to o czym on mówił ma jakiś związek ze mną?
Tony Jones: (patrzy Aero głęboko w oczy) Brat, zastanów się czy wszystko z tobą okej, skoro wierzysz w każdy syf, nawet jeśli wciska ci go czarnuch mówiący o sobie w trzeciej osobie.
Aero: Możesz mi odpowiedzieć?
Tony Jones: (obraca gwałtownie głowę i rusza przed siebie) Nie, to nie ma żadnego związku z tym co masz mówić.
Mimo że TeeJay ruszył przed siebie The Technical nadal stoi w miejscu.
Tony Jones: (obraca głowę) Idziesz?
Aero: (wskazuje palcem w przeciwnym kierunku) Wybacz brat, przypomniało mi się, że zaraz mam walkę.
Tony wykonuje tylko machnięcie dłonią w stylu „pierdolę cię” i kontynuuje swój marsz.
***************
Nic się jej nie przesłyszało. Zamek w drzwiach właściwie przed sekundą zastukał po raz pierwszy. Teraz robi to znowu. Calamity, do tej pory skazana na przeglądanie wysokonakładowych kobiecych pisemek, dostaje nagłego zastrzyku adrenaliny, odrzuca magazyn i zaczyna nasłuchiwać odgłosów dochodzących z korytarza. Jej cera, z natury blada, blednie jeszcze bardziej, a oczy na codzień przebywające w zapadniętych oczodołach, z leniwych, zawsze zmęczonych, stają się przenikliwe i bystre. Wszystkie te procesy zachodzą w kilka sekund. Kilka uderzeń pulsu, który po raz kolejny gwałtownie przyspiesza gdy klamka zostaje przekręcona i zwalnia kiedy w pomieszczeniu staje Tool. No jasne, kogo innego mogła się spodziewać? Jego sylwetka uspokaja kobietę, chociaż obiektywnie rzecz biorąc nie stwarza ku temu żadnych powodów. Ponura twarz, brak jakichkolwiek gestów, uprzejmości czy chociażby próby nawiązania głupiego kontaktu. Cześć, dzień dobry, witaj... nic z tych rzeczy. Mimo to Phantom pozwala Cal powrócić do rutynowych czynności. Ciągle lekko trzęsącą się dłonią sięga po upuszczoną wcześniej gazetę i stwarza pozory lektury. Kątem oka kontroluje jednak jego każdy ruch, widzi jak zalewa kawę, siada nonszalancko przy stole i wyjmując zza płaszcza czarny łom ciska nim na stół. Czyni siebie bezbronnym zarazem narażając ją, nie taka była umowa. Nie protestuje, ale też nie milczy dłużej, chociaż dźwięk wychodzący z jej ust przypomina bardziej szept niż manifest, Tool wie, że słowa te kierowane są do niego...
Calamity: (nie unosząc głowy znad gazety) Tak naprawdę w moim życiu nic się nie zmieniło...
... wie, ale nic nie odpowiada, nie wykazuje nawet żadnego zainteresowania słowami kobiety...
Calamity: Ten strach, który nieustannie odczuwam nie jest niczyją winą, to siedzi we mnie. Czuję się jak jedna z tych rosyjskich matrioszek, i choćbym miała do dyspozycji całą straż carską to ze mnie nie wyjdzie, ten potwór tam zawsze będzie.
.... będzie to będzie, co to Toola obchodzi? Ma kawę, ma papierosa, ktorego właśnie zapala, cudze problemy, potwory i spółki do szczęścia potrzebne mu nie są....
Calamity: (wskazuje głową na łom spoczywający na stole) Macie ten swój oręż i próbujecie mnie nim chronić, ale sami nie wiecie w co nim uderzyć (dłuższa pauza) Jestem uzależniona, uwięziona we własnych słabościach. Crash zwalczał Vaclava choć to nie on był przyczyną, był ucieleśnieniem moich fobii, tajemnic. A ty, z kim chcesz tym walczyć?
Phantom głęboko zaciąga się papierosem i kładzie rękę na swojej broni.
Tool: Z kurestwem. Kurestwem i obłudą.
Calamity: Kto się pod tym kryje?
Tool: (podnosząc wzrok) Ty.
************
... mimo wszystko, to jednak chwilowe podpalenie, każdy tak czasem ma. Czas mija, a ta wściekłość przeradza się w niechęć i to wszystko. Potrzebowałem kilku minut, kilku pieprzonych minut żeby wrzucić na luz i dalej powoli dążyć do tego co mi się należy, do walki z tobą. Problem polegał na tym, że wychodząc z gabinetu nie dostałem tych kilku minut na ochłonięcie, wtedy dzieliły mnie od niego sekundy, kilka kroków. Stał obrócony tyłem, spokojny, nie wiem na co czekał. Nie interesuje mnie to specjalnie, tak jak to czym go uderzyłem. Wziąłem pierwszą rzecz leżącą pod ręką, łom, krzesło, młotek, siekierę, nieważne. Coś twardego, bo już po pierwszym uderzeniu stracił... trudno powiedzieć co. Nie krzyczał, nie ryczał, nie płakał, padł na kolana, a potem na twarz. W tamtym czasie nie mogłem analizować piękna i przewrotności tej sytuacji, wszystko kalkulowałem raczej na zimno a w tym wypadku potrzeba finezji żeby to dostrzec. Teraz to do mnie dochodzi, spójrz, kilka metrów od nas był gabinet Komisarza, ostatni sprawiedliwy BGW siedział za biurkiem, przeglądał dokumenty i zastanawiał się jak uniknąć porównań do Rejdycha, ograniczyć liczbę ofiar wśród zawodników, zapewnić im bezpieczeństwo.
A ja mu to najzwyczajniej w świecie spierdoliłem!
Nie sposób już zliczyć ilu ich było, przyszli, stoczyli kilka walk i zostali zmuszeni do odejścia. Tylko dwóch zapadło mi jakoś w pamięć, Armor King, bo skasowałem go całkiem niedawno, i Neisan... bo nie skasowałem go wcale chociaż opinia publiczna myśli inaczej. Ciekawe za czyją sprawą, co? Nie Izzy, nie denerwuje mnie to, że starasz się zrzucić z siebie winę, być jak dobra kablówka, dwa w jednym, udawać wielkiego skurwiela, postępować jak wielki skurwiel, i unikać odpowiedzialności jak wielka pizda. Nie interesują mnie motywy, chociaż wiem co wiem. Nie pytam cię dlaczego zawiesiłeś go pod sufitem tak jak ty nie powinieneś pytać dlaczego wtedy nie odszedłem. Dlaczego otworzyłem najbliższe drzwi i wrzuciłem tam nieprzytomnego, wielkiego kota? Teraz śmieję się z tego w duchu, bo wyobrażam sobie reakcję człowieka, który mógł w tym pomieszczeniu siedzieć. Jego zdziwienie, to musiało być komiczne. Ale nie było. Bo nikogo tam nie było. Nikogo ani niczego. Przekonałem się o tym gdy chwilę później sam uchyliłem drzwi. Cztery białe ściany, jeden sufit w tym samym kolorze i stojący niemal idealnie na środku pomieszczenia stół z dwoma krzesłami.
******************
Y2J przez ostatnich kilkanaście miesięcy stał się zupełnie innym człowiekiem. Patrząc na niego teraz, z boku, wertującego plik dokumentów, nie zobaczysz tego samego, wesołego chłopaka jakim był u schyłku swojej kariery w EWF. Posępne oblicze zastąpiło wiecznie rozpromienioną twarz, a w przepełnione nadzieją oczy wdarła się troska i zmęczenie. Może nawet odrobinę się postarzał, chociaż poszukiwanie na jego głowie pierwszych oznak siwizny byłoby grubą przesadą. Mimo, że sam sobie, jako szef, ustalał dress code, zupełnie zerwał z dotychczasowym soft rockowym stylem. Do jego garderoby wdarła się powaga, ciemne garnitury zgodne z protokołem dyplomatycznym, kontrastujące z nimi koszule oraz krawaty pozbawione nachalnych wzorków. Wygląda tak zawsze, teraz takż, chociaż pewnie zdaje sobie sprawę, że w momentach samotności mógłby zdecydować się na odrobinę luzu. Nic z tego. Wokół tego gabinetu zawsze kręcą się interesanci, a pukanie do drzwi prawie nie ustaje. I trwa, tak jak właśnie teraz.
Y2J: Proszę.
Cóż. Na pewno pan komisarz nie straciłby na reputacji gdyby akurat właśnie teraz poluzował sobie krawat, bo choć przekraczający próg pomieszczenia Alexandr Nazaretian jest uznanym biznesmenem to daleko mu do pani Korwin-Piotrowskiej czy chociażby prenumeratora katalogów Vistuli.
Y2J: (uprzejmie choć bez uśmiechu) Proszę, usiądź.
Ormianin odsuwa krzesło stojące naprzeciwko biurka i zajmuje wyznaczone dla niego miejsce.
Y2J: Świetnie się spisałeś Olek, naprawdę wzorowo.
Alexandr Nazaretian: Dziękuję.
Y2J: Udowodniłeś wszystkim, że kiedy mój czas w tej federacji minie...
Alexandr Nazaretian: Przestań, proszę.
Y2J: Nie, nie. Mówię poważnie, pokazałeś, że potrafisz coś czego ja nigdy się nie nauczę. Być twardym, stanowczym a zarazem wzbudzać szacunek i go nim obdarzać. To bardzo cenna cecha.
Alexandr Nazaretian: ... której nie potrafisz dostrzec u siebie, chociaż też ją masz, uwierz mi Jay, masz ją. Ja to widzę.
Y2J: Bzdura Olek, bzdura. (pauza) Co chwila ktoś zagląda do tego gabinetu, każdy czegoś ode mnie oczekuje, o coś prosi a ja bez względu na to jaką decyzję podejmę nie otrzymuję szacunku. Dla nich jestem albo kładką albo przeszkodą do kariery.
Alexandr Nazaretian: Posłuchaj, zanim stałem się przedsiębiorcą nie miałem żadnego autorytetu, na szacunek pracowników musiałem zapracować swoim szacunkiem do nich. Respektować ich wymagania, ale także uwzględniać swoje. Nie możesz postępować wbrew swojemu sumieniu, to najgorsze co może się nam teraz przydarzyć...
Y2J: Kilkanaście minut temu zajrzał do mnie były sędzia, Filip Borsuk. Opowiadał mi o swoich problemach, uzależnieniu od hazardu. Człowiek porzucił swoje życie, rodzinę, pracę, bo wierzyciele domagali się spłaty zadłużenia. Ukrywał się w największych dziurach, cierpiał, a kiedy teraz zdecydował się na powrót do normalnego rytmu życia... ja mu to uniemożliwiłem! Stał tu przede mną i błagał, przekonywał, że nic innego w życiu nie umie robić, a ja patrzyłem mu w oczy i twardym tonem recytowałem – „NIE MAMY WOLNYCH ETATÓW, PRZYKRO MI”. Na litość boską, gdyby mi chociaż naprawdę było przykro! Ja byłem przekonany, że postępuję słusznie, nie widziałem w tym człowieku chęci zmiany.
Alexandr Nazaretian: (z poruszoną miną) Nie możesz się tym zadręczać Jay, nie możesz dawać szans każdemu, radość jednego człowieka to krzywda innego.
Y2J: Problem polega na tym, że nie potrafię dawać tej radości.
W tym momencie w pomieszczeniu rozlega się jakieś rytmiczne stukanie, dochodzące jakby zza ściany. Nikt nie zwraca jednak na to specjalnej uwagi.
Y2J: Staje się skurwielem, nikt nigdy nie podejrzewał, że to może nastąpić, ale ja staje się człowiekiem władzy Olek.
Alexandr Nazaretian: Jeden przypadek o niczym nie świadczy, daj spokój.
Y2J: Nie jeden, nie jeden... Ja po jednej gali przestaję nad tym panować, dochodzę do wniosku, że nie tylko roster jest niepokorny, ale ta przyczyna ciągłych konfliktów leży we mnie i każdym poprzednim komisarzu. Tu każdy ma wielkie ambicje, i zupełny brak skrupułów. Każdy czegoś oczekuje a żeby to otrzymać musi coś udowodnić, wyeliminować bezpośredniego przeciwnika, na którego miejsce wskakuje kolejny. To błędne koło. Przed chwilą był tu Franko, jeden z tych młodych wilków chcących z miejsca podbić federację, walił pięścią w stół, żądał walki o Pride title, był cholernie zdeterminowany, a ja tą jego determinację wykorzystałem...
Alexandr Nazaretian: Nie chcę wiedzieć.
Y2J: Ma skrzywdzić Vaclava, ma skończyć jego karierę, to cena Pride title shota. Brzydzę się sobą, tak samo jak brzydzę się Vaclavem, niczym się nie różnimy, ale jako Komisarz muszę go rozliczać, taki jest mój obowiązek. I czasami wydaje mi się, że po tym co dziś zrobił, po tym jakie konsekwencje może to przynieść federacji, iż jego kompletna eliminacja... rozwiązałaby pewne problemy.
Alexandr Nazaretian: Przecież wiesz, że to głupota. Musisz wiedzieć.
Y2J: (opuszcza głowę) Jak to mowiłeś, postępuj zgodnie ze swoim sumieniem?
**********
Kicię posadziłem na jednym z nich a sam podszedłem do ściany. Wiesz jak wyglądają ściany w halach takich jak ta? To zwykła tektura przez którą słychać każdy dźwięk, którą można przebić jednym uderzeniem pięści. I właśnie to chciałem zrobić, uderzyć i złapać tego skurwiela za krtań pytając czy nadal uważa, że muszę mu coś udowadniać. Wiedziałem o jego obecności, być może wystarczyłoby mi nawet ręki aby go chwycić, w końcu odgłos stukania w klawiaturę nie wydawał się znowu tak odległy. Stałem tam przez chwilę, słuchałem, ale moje myśli szybko wróciły na wcześniej ustalone tory. Droga, którą wcześniej obrałem wydawała się rozsądniejsza i co najważniejsze nie wymagała spontaniczności.
**********
Tool: Z kurestwem. Kurestwem i obłudą.
Calamity: Kto się pod tym kryje?
Tool: (podnosząc wzrok) Ty.
Calamity, choć wyraźnie przestraszona deklaracją Phantoma, stara się powściągać emocje. Przygryza jedynie dolną wargę i spuszczając wzrok po raz kolejny wraca do lektury.
Tool: (zupełnie opanowany) Przez całą karierę słuchałem bandy nieudaczników, która uporczywie wyzywała mnie od sprzedawczyków (zaciąga się papierosem) Zabawne. Dopiero teraz zobaczyłem dlaczego zawsze miałem na ich opinię wyjebane.
Zaciekawiona Cal podnosi wzrok, jednak nie przerywa Phantomowi opowieści.
Tool: Kiedy patrzę na taką wywłokę jak ty, wiem że nie robiłem nic nagannego. Czysty biznes. Patrzyłem skurwielowi w twarz i go okładałem żeby się uwolnić, osiągnąć korzyści, iść do przodu, zamknąć jakiś rozdział w swojej karierze. Po tym zawsze mnie nienawidził, ale przynajmniej wiedział dlaczego. Nie dawałem mu kurwa nawet promyczka nadziei, że można to w jakikolwiek sposób naprawić. Nigdy nie byłem dziwką, rozumiesz?
Calamity: Jeśli uważasz, że nią jestem...
Tool: Jesteś, tak właśnie uważam.
Calamity: Tak, masz rację. Chcę jednak żebyś wiedział dlaczego nią jestem.
Tool: (kipuje papierosa) Nie dziecino, mnie takie historie nie poruszają. Jestem tu, bo się do tego zobowiązłem, nawet sprzedałem, nazywaj to jak chcesz, bez różnicy. (wskazuje na Cal łomem) Ty jesteś tu z powodu naiwności swojego alwaro, bo pozwoliłaś mu mieć złudzenia i sprzedać się za tyle co 16 latka w klubowym kiblu. W imię jakieś popierdolonej miłości, którą potrafiłaś zgrabnie wykorzystać. (podnosi się z miejsca) Chcesz coś dodać?
Rebel przez chwilę spogląda z góry na swoją rozmówczynę, która z pochyloną głową, schowaną za gazetą, przetrwawia kolejną z obelg. W końcu jednak postanawia przełamać tę barierę, odkłada magazyn i cały czas nie podnosząc wzroku, mówi do stojącego już przy drzwiach Toola.
Calamity: Kiedy to wróciło... wiesz, ten nałóg... Myślałam, że to jednorazowy wybryk, który da się jakoś zatuszować, o którym nikt się nie dowie... Naprawdę byłam przy Crashu szczęśliwa, a to była próba zapomnienia o jakimś małym kryzysie, o jakiejś pieprzonej głupocie, która bez tego jutro przestałaby istnieć... I kiedy myślałam, że tak właśnie będzie przyszedł on z tymi zdjęciami... Tony Jones.
Akurat to nazwisko zaciekawia Toola, bo zamyka na wpół otwarte drzwi, ale nie obraca się w stronę kobiety. Ciągle trzymając dłonią klamkę, będąc w pogotowiu, stoi i słucha.
Calamity: Miał na nich wszystko... Wszystko co zakończyłoby nasz związek, bo akurat stosunek Crasha do tego syfu był mi znany... A on to wykorzystał, użył mnie jako narzędzia do eliminacji zagrożeń... Miał ambicje sięgające World Title, a w tym momencie największą przeszkodą wydawał mu się Vaclav... Chciał jego zniszczenia, a ja robiłam wszystko aby do tego doprowadzić... Manipulowałam Crashem, już wtedy... A on zawodził... I wtedy przyszła ta pamiętna walka z Jonesem, w klatce... Tony uważał to za formalność i ciągle za swoje największe zagrożenie uważał Vaclava... W ówczesnym rosterze był to jedyny zawodnik z osiągnięciami, a on jako syn legendy uznawał siebie za naturalnego World Champa... Jednak wynik tego starcia... Dominacja Crasha i przegrana TeeJay’a... Wszystko to zmieniło priorytety, także zagrożenia.... Ja trafiłam do więzienia, bo w moim samochodzie znaleziono co znaleziono... a oni zaczęli upokarzać Crasha... tak sądzę... potrzebował pieniędzy i chyba nie wierzysz, że to Saint Anger mu je zapłacił?
Tool po raz kolejny naciska na klamkę.
Tool: Nie chcę domysłów.
Calamity: Przecież to było upokorzenie! On nie mógł tego przełknąć, aspirował do najważniejszego pasa a musiał walczyć z Immortalem i Vito Vendicativo! To zniszczyło jego pozycję, załamał się i wszystko było mu obojętne... wtedy kiedy przyszedł do więzenia widziałam w jego oczach, że chce się z tego wyrwać... może to było podłe z mojej strony, ale wtedy nie mogłam już nic zrobić... w dodatku ten Aero... Crash nie traktował go najlepiej, bo uznawał ten Tag Team za czysty biznes, ale on był rozżalony, że musi stać w cieniu... że jego partner pomagał Saint Angerowi a go olewał... i kiedy wypłynęły jego zeznania...
Tool: To mi wystarczy, nie jestem wrażliwy.
Tym razem drzwi definitywnie się otwierają a Rebel opuszcza szatnię, ciągle trzymając nerwowo trzesącą się rękę na łomie.
**************
Nie dlatego, że nie potrafię taki być. Mam po prostu awersję do tego słowa odkąd zaczęło być synonimem zachowania rozbrykanych, alternatywnych gimnazjalistów i czterdziestolatków rzucających pracę dla pomagania dzieciom w Rwandzie. Pieprzyć ich - pomyślałem. Jeśli komuś pomagam to tylko sobie, a eliminacja Armor Kinga jest jedną z tych rzeczy, po których możesz mi zarzucić totalny egoizm. I nadal niczym nie będziemy się różnić.
**************
Konrad Ochucki: Jeśli mam być szczery to niesamowicie Filowi współczuje, na pewno jego oczekiwania co do tej współpracy były inne...
Bogusław Montana: Również współczuję Filowi, los rolników leży nam na sercu, bardzo.
Konrad Ochucki: Skończ, proszę.
Bogusław Montana: Obawiam się, że nie mogę, mam jeszcze wiele ważnych rzeczy do przekazania.
Konrad Ochucki: Obawiam się, że nikogo to nie interesuje.
Bogusław Montana: (grozi pięścią do kamery) Los Polski was nie interesuje?!
Three Days Grace- Gone Forever – na arene wchodzi powazny Aero. Spod kaptura spoglada wrogo w strone ringu, zdajac sobie sprawe z czekajacych go trudnosci. Gdy jest juz po srodku kwadratowego pierscienia, zdejmuje bluze i zajmuje miejsce w jednym z narozników.
Z głośników uderza Vader – Anger, publiczność podobnie jak w przypadku J.J.J lekko cheeruje, bo zdążyła się zapoznać ze szlachetnym życiorysem Marka, który to teraz w białym płaszczu z czarnym krzyżem na plecach, klepiąc pod nosem “Ojcze Nasz” idzie w kierunku ringu błogosławiąc co raz kibiców znakiem krzyża. Tuż przed wejściem do pierśienia zdejmuje swój płaszcz, po raz ostatni się żegna i staje naprzeciwko Immortalowi.
Wrestlerzy sa juz w ringu, sedzia tez. Mozna zaczynac walke! I oto gong, a po nim natychmiastowy lock up. Obaj próbuja zyskac przewage, ale ta sztuka udaje sie technicalowi, który czestuje oponenta seria uderzen kolanem w podbrzusze. Sluga bozy stara sie blokowac kolejne razy, ale przez to rozluznia uchwyt, co wykorzystuje Aero wyrywajac rece i przechodzac do klasycznego headlocka. Trzyma go tak w uscisku, w koncu postanawia popisac sie swoim ulubionym, technicznym stylem walki poprzez… Nigdy sie tego nie dowiemy, gdyz Marek pochwycil obecnego shockwave champa w pasie, wyniósl w góre i powalil back suplexem! Zawodnicy leza, ale przebiegly niczym lis witalis Technical odczolguje sie do lin i przy ich pomocy udaje mu sie wstac szybciej od Saint Angera. Ten drugi bierze lekki rozped i chce powalic przeciwnika spearem, ale Aero robi fachowego strafea i powala rywala drop toe hold. Anger przypieprzyl facjata o mate, az milo. Ale z pewnoscia nie dla niego. Aero nie marnuje czasu, doskakuje do lezacego na brzuchu Sainta i zaklada mu cripple crossface! Marek cierpi, przezywa istna gehenne!
Bogusław Montana: Jak już mówiłem, liberalizm liberalizmem, ale podstawowe prawdy moralne zachować należy.
Konrad Ochucki: Przewaga Aero staje się coraz bardziej wyraźna.
Bogusław Montana: Dajmy na to, parytet 50%, to o 45% za dużo! Oczywiście jesteśmy za większą ilością kobiet w polityce.
Konrad Ochucki: Bardzo poruszające.
Bogusław Montana: Jak kop w dupę od Fila...
Konrad Ochucki: Podejrzewam, że właśnie tak.
Sedzia dopytuje sie, czy chce sie poddac i czeka na klepniecie wolna reka o mate… Tak sie stanie… Nie, Saint Anger szuka nogami wybawienia i zahacza o najnizsza line! Arbiter spotkania nakazuje zwolnienie uchwytu, ale obecny Tag team champion nie ma takiego zamiaru. Sedzia odlicza do 4, a w tej chwili Aero w koncu postanawia sie dostosowac do zasad rzadzacych zapasniczym pojedynkiem. Wstaje i czeka, az bogobojny wrestler uczyni podobnie. Gdy tak sie dzieje, Aero daje znac swojemu menagerowi, a ten w trymiga znajduje sie na krawedzi ringu. Sedzia próbuje powstrzymac go od ingerowania w ten pojedynek, spuszczajac zawodników z oczu. Cala sytuacje wykorzystuje Aero, kopiac oponenta w krocze! Publika generuje heel heat, a Technical opuszcza ring, spod którego wyciaga krzeslo i blyskawicznie wraca na mate. Sedzia zajety jest dyskusja z Christopherem, który nagle zaslabl i musi sie posilkowac postacia arbitra, by utrzymac równowage. Tym czasem milosnik technicznego wrestlingu podchodzi do trzymajacego sie za przyrodzenie Angera, kladzie krzeslo i wsuwa pomiedzy siedzisko a oparcie reke Marka. Gdy konczyna jest juz „zatrzasnieta” na wysokosci lokcia, Aero brutalnie i z calej sily nadeptuje na krzeselko! Marek cierpi i zwija sie z bólu. Technical szybko zdejmuje krzeslo i wyrzuca je za ring. Nastepnie zaklada armbara na obolala reke! Saint Anger krzyczy i klepie w mate! (zwycięzcą walki jest Aero)
Konrad Ochucki: Obawiam się, że jeśli będziecie w takiej formie jak...
Bogusław Montana: Niezależnie od tego w jakiej będziemy formie tych wyborów nie mamy z kim przegrać, szanujemy jednak swoich oponentów i wiemy, że wszystko w rękach wyborców.
Konrad Ochucki: I nie interesują was żyrandole?
Bogusław Montana: Żyrandole to wytwór burżujów. Liberalizm to prosta zasada – każdemu po równo.
Konrad Ochucki: (udaje zainteresowanego) No, no, macie potencjał.
Bogusław Montana: (z nadzieją w oczach) Tak sądzisz?
Konrad Ochucki: Nie.
Bogusław Montana: (z nadzieją w oczach) TY TO WIESZ ?!
Konrad Ochucki: Nie.
Bogusław Montana: Jesteś hipsterem ?
Konrad Ochucki: Nie.
Bogusław Montana: So ironic.
************
Wdech
Wydech
(Przecież jesteś już tak blisko)
Wdech
Wydech
(Człowieku, weź się w garść...)
Wdech
Wydech
(Gdzie ta pierdolona adrenalina?!)
Wdech
Wydech
(Zbliża się!)
Wdech
Wydech
(CO MAM ROBIĆ.......................)
*************
Szpital Kliniczny, Łódź.
Jan Rejdych siedzi na szpitalnym łóżku. Porucznik nie wygląda jak człowiek, którego zapamiętaliśmy z gal BGW, ubrany w pasiastą pidżamę, ze świeżym bandażem na głowie zamyślonym wzrokiem spogląda na siedzącą naprzeciw niego Wiolettę Wielowieyską.
Jan Rejdych: Mam nadzieję, że przez to iż przez chwilę byłem pani przełożonym nie spotkają mnie żadne nieprzyjemności...
Wioletta Wielowieyska: Nie rozumiem?
Jan Rejdych: Żywię nadzieję, że nie będzie pani próbowała w żaden sposób się na mnie odgrywać.
KOLEJNE UJĘCIE.
Wioletta Wielowieyska: Wiele osób uważa, że BGW za pana rządów było pozbawione jakichkolwiek zasad. Byłego wojskowego takie słowa muszą boleć.
Jan Rejdych: Droga pani, na tym świecie już nic nie jest w stanie mnie zranić...
KOLEJNE UJĘCIE.
Wioletta Wielowieyska: Czy z perspektywy czasu nie uważa pan, że pójście na pewne ustępstwa wobec Vaclava zapobiegłoby tym wszystkim nieszczęśliwym wypadkom.
Jan Rejdych: Parafrazując stare powiedzenie...
KOLEJNE UJĘCIE.
Jan Rejdych: Nie będzie pani przeszkadzało jeśli zapalę?
KOLEJNE UJĘCIE.
Wioletta Wielowieyska: Fani mają prawo wiedzieć.
Jan Rejdych: Ci fani, jak ich pani ładnie nazywa, charakteryzują się podobnie jak wy, dziennikarze, zupełnym brakiem wyczucia...
KOLEJNE UJĘCIE.
Jan Rejdych: Owszem, wiem, zresztą tak jak wiele innych osób w federacji.
Wioletta Wielowieyska: Kto na przykład?
Jan Rejdych: Y2J, Tony Rock, Scyther...
Wioletta Wielowieyska: SCYTHER ?!
KOLEJNE UJĘCIE.
Wioletta Wielowieyska: Czy zamierza pan wrócić?
KOLEJNE UJĘCIE.
Jan Rejdych: Nie interesuje mnie to. Dla mnie to co on robi nie ma żadnego znaczenia, biorąc pod uwagę względy prawne nawet żadnej wartości. Przykro mi.
WYWIAD Z JANEM REJDYCHEM
R*ZPIERDOLFEST VII
„Zostałem skrzywdzony i nikt mnie nie bronił, nikt nie zadzwonił, ja też nie zamierzam z nikim konsultować moich słów”
*************
Obróciłem się plecami do ściany i chwyciłem krzesło, które upatrzyłem już wcześniej. Zapierając je o kolano odłamałem jedną z nóg. Trzask był na tyle głośny, że przez chwilę zastanawiałem się czy mógł być słyszalny również w gabinecie obok. Rytmiczne postukiwanie w klawiaturę nie ustawało więc z dużą dozą prawdopodobieństwa uznałem, że boss nie był niczym zaniepokojony, może w tym całym natłoku pracy się wyłączał. Wiedziałem, czułem, że tu nie zajrzy co pozwoliło mi na niewielką dawkę ekshibicjonizmu. Zdjąłem koszulkę i starannie owinąłem nią trzymaną w ręku nogę od krzesła. Nie, nie dlatego żeby uderzenia były niesłyszalne. Zapewne słyszałeś o przypadkach bokserów z lat 50, których z ringu znoszono w trumnie, bo źle dobrane rękawice, zbyt miękkie, nie zostawiały śladów zewnętrznych uszkadzając każdy organ w środku, każdy centymetr mózgu.
**************
Rozbity Saint Anger powoli przemierza korytarz kieleckiej hali, który ostatecznie ma go zaprowadzić do szatni gdzie chociaż w małym stopniu odbuduje swoje zdrowie, mocno nadtarpnięte starciem z Aero. Nic jednak z tego. Zupełnie nagle, z ciemnego zaułku wyłania się Tool i swoim firmowym łomem przygwożdza go do ściany.
Saint Anger: (próbuje wykrztusić z siebie jakieś pytanie, ale z łomem na krtani nie jest to łatwe) ...
Tool: Pamiętasz naszą umowę?
Marek potwierdzająco kiwa głową.
Tool: Teraz spłacisz swój dług.
************
Na arenie uderza Placebo "I will battle for the sun", publika jak to zwykle w takich sytuacjach bywa cieszy się niezmiernie, a z całej tej radości rodzi się Y2J! Komisarz Blood Guts Wrestling wolnym krokiem zmierza w kierunku ringu nie spoufalając się z fanami wcale. Z podirytowanym wyrazem twarzy wchodzi do kwadratowego pierścienia gdzie prosi jednego z techników o mikrofon.
Y2J: Wszelkie granice zostały dzisiaj przekroczone. Niewinny człowiek, neutralny pracownik federacji został wmieszany w konflikty, w których nigdy uczestniczyć nie chciał. Został pobity i upodlony. Pozbawiony narzędzi, które zapewniały chleb jemu i jego rodzinie. Jego dzieciom, jego żonie. Przez kogo? Wy to wiecie. Ja to wiem. Wszyscy to wiedzą. Za zniszczeniem zdrowia tego człowieka stoi zawodnik, który usiłuje mianować się jedynym sprawiedliwym Blood Guts Wrestling. I wiecie co? To wszystko gówno prawda!
Niektórzy fani reagują z aprobatą, inni, zapewne sympatyzujący z Vaclavem, nie reagują wcale.
Y2J: (wskazuje palcem na publikę) Nie każdy z was musi mi ufać, ale na litość boską, zaufajcie dowodom! Zaufajcie ludzkiej krzywdzie. Vaclav przekracza granice, porusza się po tej federacji jakby była strefą Schengen. Ignoruje władzę, bez względu na to kto ją sprawuje. Bez względu na to kto ustala zasady – czy jestem to ja czy Nas, czy Rejdych, Vaclav ma je za nic. Teraz jednak przekroczył reguły wykraczające daleko poza ten biznes. Złamał zasady ustalone przez Boga, przestrzegane przez wszystkie cywilizacje świata. Zaatakował niewinnego człowieka!
Tym razem słowa Jay’a trafiły do większej liczby fanów, ale reakcja nadal nie jest oszołamiająca.
Y2J: Więc jeśli zasady, które złamał nie zostały ustalone przeze mnie, nie do moich kompetencji należy ich sądzenie. Chociaż bardzo bym chciał, naprawdę bardzo. Nie dlatego, że jestem autokratą, ale dlatego iż decyzja jaką podjął pan Robert Zaniewski może przynieść koszmarne skutki nie tylko samemu Vaclavowi, ale przede wszystkim naszej federacji.
Ostatnie słowa wywołują wśród publiczności coś w stylu „jęku zdziwienia”.
Y2J: Tak, dla mnie to też dość niezrozumiałe, ale firma musi odpowiadać za niekompetencje swojego pracownika, a Vaclav takim pracownikiem nadal jest. Mimo prób negocjacji i zawarcia ugody z poszkodowanym, postanowił wnieść on powództwo dotyczące średniego uszkodzenia ciała zarówno w procesie cywilnym przeciwko Vaclavowi jak i federacji. Nie muszę konsultować się z żadnym prawnikiem aby wiedzieć, że sprawa jest z góry przegrana. Oczywiście, to jeszcze nie koniec, cały czas będę próbował zawrzeć polubowną ugodę w imieniu federacji... i tylko federacji. Vaclav musi radzić sobie sam, bo jego los jest mi obojętny. Do tego czasu, licząc od następnej gali, zawieszam go w obowiązkach zawodnika Blood Guts Wrestling!
Szok. Jedni buczą, inni milczą, mało kto się cieszy, bo mimo wszystko Vaclav to kawałek historii polskiego wrestlingu i głupio się z nim rozstawać.
Y2J: Dzisiejszy main event odbędzie się zgodnie z planem i możecie go traktować jako ostatnią walkę Vaclava przed dłuuuugą przerwą. Nie chcę widzieć go podczas R*zpierdolfest VII w Lublinie, nie chcę widzieć go podczas R*zpierdolfest VIII, IX, X, ani XX. Do czasu aż nie zrozumie swoich błędów a resocjalizacja nie przyniesie pozytywnych skutków. Jeśli Mecenas Extremy chce kiedykolwiek postawić swoją stopę na tym ringu, jego karta musi być czysta!
Jay odrzuca mikrofon technikowi, który tylko na to czeka i przy pogrążonej w żałobie publice, oraz tych, którzy pozbawieni wyczucia w tej smutnej chwili klaszczą i cheerują, udaje się w górę rampy.
Trudno powiedzieć co w tym momencie odczuwa Vaclav, bo choć go widzimy, jego twarz nie wyraża żadnych emocji. Dokładnie przeżuwa włożoną wcześniej do ust garść orzeszków ziemnych i wpatruje się w ekran. Nie zwraca uwagi na Fila, którego ruch warg wskazuje na to, że coś do swojego przyjaciela mówi. Powoli podnosi stojącą na biurku butelkę Perły i popija wcześniej spożytą zakąskę. Ponownie włącza się do rzeczywitości.
Vaclav: (spogląda na Fila) Mówiłeś coś?
Filu: (zdeprymowany) To jest koniec, to nasz koniec, co ty zrobiłeś, co ty Vaclav zrobiłeś ?!
Vaclav: (zamyślony) Jeśli to wszystko ma się skończyć. (odstawia na biurko butelkę po piwie) Niech skończy godnie.
Filu: O czym mówisz?
Vaclav: (spogląda na umieszczony nad drzwiami zegarek) Muszę chyba iść, nie uważasz?
Filu: Cholera. O co ci chodzi?
Vaclav: Mam walkę. (wskazuje palcem na drzwi) Ja wychodzę ty zostajesz, to wszystko. Koniec.
Po raz pierwszy możemy doświadczyć jak słownym człowiekiem jest Vaclav. Nawet gdy jego krok jest chwiejny, a szumy w głowie nie pozwalają myśleć, Mecenas Extremy robi to co powiedział. Rzucając pogardliwe spojrzenie na pustą butelkę piwa, starając się zachować pozory trzeźwości w swoim chodzie, opuszcza pomieszczenia. I w przeciwieństwie do nas, nie trafia raczej do szatni Scythera, choć pewnie by chciał. Alkohol w tym miejscu leje się strumieniami, a krzyki, wiwaty i toasty zagłuszają większość dźwięków jakie wydaje zawieszony na ścianie ekran LCD.
Tony Jones: (unosząc w górę szklankę) Wypijmy za Vaclava, żeby moje oczy i nos nie musiały na korytarzu walczyć z tym brudem i smrodem!
Aero: (unosi szklankę) Right. Za Vaclava i jego leniwą dupę, żeby w pudle zrobili z niej pożytek! Wiecie o czym mówię, co?
Salwa śmiechu od jakiej roznosi się szatnia mówi wszystko o zrozumieniu i tolerancji.
Izzy Nilsen: (ucisza towarzystwo) Chłopaki, chłopaki, chłopaki. Ale mimo wszystko mi go kurwa szkoda. Jakby to powiedzieć, że wiecie, świat jest strasznie niesprawiedliwy, nie?
Tony Jones: (klepie Nilsena po plecach) Przestań pierdolić skurwielu, pij!
Izzy Nilsen: Czekaj, Tee, momento. (chwyta rękę Jonesa, która chce przechylić szklankę do ust) Dlaczego my jesteśmy skazani na sukces, a ten brudny frajer urodził się z porażką we krwi? Gdzie jest pieprzona równowaga, co?!
Tony Jones: Jebać ją! (wypija zawartość szklanki) Co z tobą brat, odmawiasz toastu ?!
Najwidoczniej Sycther odmawia. Zamiast wypić szkocką zawartą w szklance, nerwowo postukuje w naczynie palcami, patrząc w zamyśle przed siebie. Dopiero wstrząs jakiego doznaje za sprawą TeeJay’a przywraca go do pijackiej rzeczywistości.
Scyther: (patrzy na Jonesa) Słuchaj Tee, muszę z nim porozmawiać.
Tony Jones: (szybkie machnięcie głową) Co? He? Z kim brat, ja wiesz, dla ciebie wszystko załatwię?
Scyther: Najpierw ten księgowy...
Aero: (wcina się Scytherowi w połowę zdania) Co ?! (opiera się na ramieniu TeeJay’a i szepce mu coś do ucha) Ty, o czym on mówi?
Scyther: (zbija Aero groźnym spojrzeniem) Skoro nie mówię do ciebie, to chyba...
Tony Jones: Ty, brat, ale ja też nie czaję. Wytłumacz nam, nie?
Aero: Spokojnie Scy, chciałem się tylko dowiedzieć.
Scyther: Chcę porozmawiać z tym księgowym, poznać jego cenę, dogadać się.
Głos: Trochę kibel ujebałem...
To Revan. Jeśli nikt jeszcze nie wpadł na pomysł żeby rzygać przez otwór w masce, to może teraz zobaczyć jakie są tego efekty.
Izzy Nilsen: Rev, chłopaku, weź... Ogarnij maskę. (obraca się w kierunku Sycthera) No mów człowieku.
Były EWF World Champ już otwiera usta aby coś powiedzieć, ale wydaje chyba dźwięk nie taki jak powinien. Revan po raz kolejny zabiera całą uwagę ludzi skumulowanych w pomieszczeniu. Zamiast jednak ją wykorzystać na wygłoszenie płomiennej przemowy obraca się na pięcie i zatykając usta biegnie do miejsca z którego wcześniej wybiegł.
Scyther: (zniecierpliwony) Tee, przyprowadź mi tu tego księgowego. (nie pozwala Jonesowi dojść do słowa) Chociaż może lepiej nie tutaj, co on kurwa o nas pomyśli? (wskazuje głową na kibel w którym Revan wypruwa z siebie wnętrzności) Ustaw nam spotkanie na jutro, wiesz interesy, te sprawy, rozumiesz o czym mówię?
Tony Jones: (próbuje podnieść się z krzesła) O kurwa. (pauza) Brat. (pauza) Ale ja nie dam rady. (klepie po ramieniu Aero) Chocapik, ty jestes jeszcze swieży, i chyba mi coś wisisz, nie?
Aero: (otwiera z trudem jedno oko) Zlituj się Tee, nie dziś, nie dziś kuuuuurwa.
Tony Jones: (odpycha Aero) Jutro oferta będzie niekatualna Czekoladowy, jak to mówią, Nesquiki po śniadaniu, he, he.
Aero: Okej brat, okej. (wysila się i staje na równych nogach) Co mam mu powiedzieć?
Tony Jones: Powiedz mu... (parując dłonią beknięcie) Powiedz żeby zapierdalał w podskokach do Scythera. Teraz!
Scyther: (bierze mały łyk szkockiej) Powiedz mu że spotkamy się jutro, w Ibisie, niech będzie na miejscu o 18. Mam do niego interes?
Aero: Ibisz, 18, jutro. Tak ma być?
Scyther: (kiwa z uznaniem głową) Zajebiście Nestle, zajebiście. Przekaż mu to.
Aero: (salutuje) Tak jest towarzyszu!
The Technical w sposób mało techniczny zbliża się do drzwi i dramatycznie łapie za klamkę.
Aero: Zaraz wracam chłopaki, nie pijcie beze mnie!
I wychodzi. My także na pewien czas opuszczamy backstage, bo nadszedł ten moment kiedy trzeba przenieść sie na główną część hali aby obejrzeć jakąś walkę. W tym wypadku jest to już Main Event.
************************
Konrad Ochucki: Nadszedł czas na walkę wieczoru. Przed nami być może ostatnie starcie Vaclava w BGW.
Bogusław Montana: I dobrze, nie chcemy szatanów w telewizji!
Z głośników uderza Chrome Division „1st regiment”, czas płynie i po kilku sekundach rozpoczyna się solówka na gitarze, podczas której na rampie pojawia się Franko. Pewnym krokiem, z nienawiścią spoglądając na Aero zmierza w kierunku ringu.
Na arenie rozlega się Pantera – „Walk” a spod Titantronu wyłania się postać EWF FTW Champa, niedoszłego komisarza BGW – Vaclava. Cheer jaki otrzymuje Mecenas Extremy jest nieporównywalnie większy od tego jaki uzyskał jego niemal anonimowy dla opolskiej publiczności przeciwnik. Efekt ten jest tym bardziej imponujący, że odpuszcza on sobie takie dodatki jak przybijanie piątek. Wchodzi do kwadratowego pierścienia i zaczyna mierzyć wzrokiem swego oponenta.
Vaclav i Franko stoją naprzeciw siebie, obaj w wyprostowanych pozach. Nieruchomo tak stoją jakby nie wiedzieli co się dzieje się, ale stagnację przerywa Franko wymierzając puncha… Vaclav szybko mu oddaje… i wymiana punchów, przewagę minimalną obejmuje Vaclav, whipuje Franko, a gdy ten wraca do niego, Mecenas Extremy serwuje puncha! Vaclav cieszy się z udanej akcji, ale niezbyt długo, bo Franko wyprowadza puncha! Franko myśli nad kolejną akcję, odbija się zatem od lin i zamierza wykonać lariata… ale Vaclav robi unik, wskakuje na liny i atakuje Butchera springboard punchem! Fani szaleją wprost proporcjonalnie do szaleństw wykonywanych w ringu przez obu wrestlerów. Franko leży lekko oszołomiony na ringu, co wykorzystuje Vaclav, który nie dość, że zamyka rywala w dragon sleeperze, to jeszcze wolną ręką serwuje mu punche na brzuch. Wszystko działo się blisko lin, toteż Franko łatwo przerywa akcję. Hardcore Hero myśli zapewne teraz, że odrobina efektowności nikomu nie zaszkodzi, odbija się więc od lin, żeby zaatakować baseball slidem… ale Rzeźnik błyskawicznie podnosi się na nogi i w niesamowity sposób wynosi biegnącego Vaclava na barki, po czym zrzuca go z nich, w locie wykonując jeszcze puncha! Akcja podobna trochę do GTSa powala Vaclava, to dobra chwila na odsapnięcie dla Franko, który z niej jednak nie korzysta, podnosi rywala i chce mu zaserwować german suplexa, ale Vaclav robi salto, po czym spada za plecami Butchera i serwuje mu puncha w potylicę, by po chwili wykonać crucifix pin… 1… 2… Franko wybija!
Konrad Ochucki: Ten atak Vaclava był szczerze mówiąc wątpliwej jakości...
Sytuacja ta zdenerwowała porządnie Rzeźnika, który nie czeka na to, aż jego oponent się podniesie, próbuje sentona, ale oczywiście chybia, chyba uderzył mocno głową w ring, bo jakoś nie udaje mu się wstać. Korzyść z sytuacji próbuje odnieść Vaclav, wchodzi na narożnik i skacze, przy czym jego pięść ląduje na brzuchu Butchera! Fani są przeszczęśliwi, tysiące gardeł skanduje „Punch!”, dzieci wyjmują „Super Punch-Outy!”, raperzy zapisują w swych zeszycikach kolejne punche, na ringu zaś Vaclav tauntuje. Cios w brzuch trochę pobudził Franko… wstaje, otrzymuje kolejnego puncha w brzuch od Mecenasa Extremy, który szykuje się do Evenflow DDT... Franko wydostaje się z uchwytu, unika też lariata, próbuje spinning puncha, chyba… po czym otrzymuje superkicka prosto w maskę! Vaclav zbiera ogromny heat, niektórzy fani nawet twierdzą, że użycie nogi w tym pojedynku było przekroczeniem zasad, domagają się odgwizdania faulu.
Konrad Ochucki: Vaclav przekracza wszelkie granice...
Bogusław Montana: Chłopak chce w końcu wygrać, co się czepiasz?
Konrad Ochucki: Nawet fani widzą, że te pragnienie zwycięstwa odbiera mu rozum.
Bogusław Montana: To jakiś syndrom Kaczora.
Vaclav zwietrzył okazje do zakończenia pojedynku. Dopada swojego rywala na glebie, lecz ten przyjmuje serie ciosów na gardę i odpłaca sie łokciami w tył głowy Hardcore Hero! Po chwili Franko jest już w pozycji stojącej. Chwyta Vaclava za głowę i przypierdala potężnym Headbuttem! Franko nie pozwala opaść rywalowi, wynosi go na barki, lecz Mecenas Extremy ożywa i spada Rzeźnikowi za plecy! Franko odwraca się i zgarnia kolano w brzuch! Vaclav dopierdala jeszcze jednym kolanem w głowę! Szybko chwyta rywala i wykonuje Otchłań smutku (Michinoku Driver)!! Od razu przypina: 1....2....3!
Bogusław Montana: Nie daj Boże żeby tak się te wybory skończyły.
Konrad Ochucki: (energicznym gestem zrzuca z siebie słuchawki) Vaclav, zdradzasz ideały wrestlingu. Wypierdalaj!
Bogusław Montana: (zamurowany) Kondziu, nie znałem cię od tej strony.
Konrad Ochucki: Vaclav nie takimi zwycięstwami zdobył uwielbienie fanów. To co teraz robi jest parodią.
Bogusław Montana: Zawsze tak sądziłem, nie będziemy więc za nim tęsknić?
Konrad Ochucki: Nie.
Bogusław Montana: (robi chytrą minę) To jak za twoimi wilczymi ślepami skurwielu! Koniec z tłumieniem wolności słowa w tym kraju. Czas wybrać partię, która nie zmusi mnie do ucieczki do Rosji za kilka słów prawdy. Skoro się tu ośmieszam, chcę ośmieszać też innych. Jeśli nie chcesz słuchać pieprzonych truizmów, jak dzisiaj, nie zmarnuj swojego głosu, idź na wybory!
***************************
Wtedy jeszcze nie do końca wiedziałem co chcę zrobić. Stanąłem oparty o stół i czekałem na moment, w którym się wybudzi.
****************************
Nilsen podnosi głowę ciągle mając przed oczami ostatnie słowa Rzeźnika. „Stanąłem oparty o stół i czekałem na moment, w którym się wybudzi.” widzi to doskonale, mimo że już sie wybudził. I wie, że to stoi przed nim nie jest tylko wyobrażeniem ani tym bardziej pijackim złudzeniem. Niedowierzając temu wszystkiemu zamyka oczy oczy...
Źrenice Aero rozwarły się szeroko. Biegnie korytarzem, to wie na pewno. Cała reszta może być złudzeniem zagubionego alkoholika, ból kończyn, którego nie czuje choć po tylu uderzeniach w ścianę powinien, pot spływający z czoła uznawany za krew, wygwizdywana melodia piosenki Grzegorza Turnaua unosząca się w powietrzu i akompaniujący jej przeraźliwy dźwięk metalu pocieranego o beton. Nawet prędkość z jaką biegnie może być kłamstwem, owszem oddycha ciężko, każdy krok przychodzi mu z coraz większym trudem, ale to żadne usprawiedliwienie. Przecież biegnie już kilka godzin, a przynajmniej tak mu się wydaje, powinien dawno paść trupem.
Wdech
Wydech
I z każdym krokiem ta wizja staje się coraz bliższa.
Wdech
Wydech
Aero: Odpierdol się! Zostaw mnie!
Wdech
Wydech
Zostaw mnie! Zostaw mnie! Zostaw mnie! Echo płynące korytarzem zmierza do adresata mijając jeden zakręt, drugi, i uderzając na końcu w twarz Toolowi.
Wdech
Wydech
Phantom niewzruszony błagalnym tonem swej ofiary zaciąga się i wypuszcza dym.
Tool: Hm... NIE!
Echo po raz kolejny wraca zatrzymując się na plecach Aero. NIE! NIE! NIE!
Wdech
Wydech
Patrzy na ruch swoich nóg i przemierza kolejne metry. Obraca się – Franko został w środku, nie próbuje go dogonić. Spanikował, może trochę za bardzo. Teraz wie, że walka musi się odbyć. Został ośmieszony, chociaż lepiej być ośmieszonym niż martwym. Z takiego wychodzi założenia. Wyjmuje z kieszeni paczkę podarowanych mu przez Franko papierosów i wsadza jednego do ust. Podpala.
Wdech
Wydech
Tool: (wypuszcza z ust dym) Przestałeś uciekać? Mądra decyzja, wyjątkowo rozsądna.
Wdech
Wydech
Faktycznie przestał. Stał teraz oparty o drzwi jakiejś przypadkowej szatni, z pozoru bezpieczny, łapiąc łapyczywie tlen, którego tak wiele stracił podczas tego biegu. Stracić tlen, zabawne. Woli zrzucić wszystko na niedotlenienie mózgu aniżeli przyznać, że zwyczajnie jest najebany.
Wdech
Wydech
Tool nie mówi już nic, przemierza kolejny korytarz wygwizdując charakterystyczną dla siebie melodię, która wydawała się Aero coraz bliższa. Wie, że Phantom może go znaleźć, nawet tutaj, jeśli nie zachowa stosownych środków ostrożności. Nie będzie cicho. Na razie jednak jest. Bardzo cicho, dzięki czemu słyszy zbliżające się kroki i dźwięk łoma obdzierającego z farby kolejne ściany.
Wstrzymuje oddech.
Łom uderza w drzwi.
Tool słysząc przenikliwy jęk zatrzymuje się przy drzwiach i delikatnie postukuje w nie łomem. To już jednak nic nie znaczy. Aero patrzy na swoje zarzygane buty i już wie, że spieprzył sprawę. Ostatkiem sił rozstawia szeroko nogi i ręce zapierając drzwi na wypadek gdyby Phantom próbował je wyważyć. W głebiu duszy wie jednak, że będąc w obecnym stanie nie jest w stanie oprzeć się niczemu i wyważane drzwi mogą go zmiażdzyć.
Czekają, obaj. Żadne uderzenie, prócz pierwszych trzech, delikatnych stuknięć łoma nie następuje. Tool odsuwa się o kilka kroków i wyciąga z kieszeni kolejnego papierosa.
Tool: (zapalając szluga) Chcesz papierosa?
Wie, że tu jest. I ma pewność. A może tylko sprawdza? Nieważne, Aero mu nie odpowiada, choć z początku przyszło mu na myśl żeby podziękować i powiedzieć, że ma swoje. Rebel to jednak nie typ człowieka, na którym uprzejmność może zrobić wrażenie, a miła prośba odsunąć od zamierzonego celu. Chyba nikt tego jeszcze nie próbował, ale Aero też nie chciał być tym pierwszym. Grzebiąc w kieszeniach znalazł jednak co innego z czego teraz skrzętnie korzysta. Telefon. To może go ocalić. Patrząc załzawionymi oczami na ekran swojego iphone’a odnajduje listę kontaktów i wyszkuje w niej coś na „S”. Stz, Sct, Syc, ręce trzęsące się niezmiennie od kilkunastu minut nie pomagają w dokonaniu tego wyboru.
Tool: (zaciąga się) Posłuchaj przyjacielu, nie musismy rozmawiać przez telefon, wystarczy, że powiesz „Tool, pierdolę to, nie zdradzę kumpla” przez te pieprzone drzwi. Nie musze ci patrzeć w oczy.
No tak. Technical zapomniał, że uderzanie o ekran telefonu wywołuje wesoły dźwięk, który teraz był niezbyt porządany. Zresztą jak zawsze.
Tool: Możesz mi powiedzieć, że nie mam prawa żeby cię rozliczać, bo sam bywałem większą kurwą. Prawdopodobnie miałbyś rację, ale nad moją głową nigdy nie wisiał łom, nikt nie stał pod moimi drzwiami, nikt nie gonił mnie krętymi korytarzami przez całą halę, nie mili albo tyle determinacji albo się mnie bali. Ja mam to pierwsze i nie odczuwam tego drugiego. Mam tak dużo determinacji, że jeśli poczuję się znudzony dzisiaj to i tak wrócą. Na tej gali, na następnej i na kolejnej, jedna po drugiej aż wybijesz sobie z głowy swój popierdolony pomysł. Rozumiesz?
Scyther – łączenie. Pierwszy sygnał. Drugi. Trzeci. Czwarty. Piąty. „Dodzwoniłeś się do największego skurwiela w tej rzeczywistości, nie zostawiaj wiadomości bo i tak mam na nią wyjebane.”
Aero: (szeptem) Kurwa.
Telefon lekko podskakuje na stole przykryty torebką po chińskim prowiancie, więc szanse na to, że najebany Scyther go zobaczy są znikome, albo nawet żadne. Ma teraz inne, ważniejsze zajęcia.
Scyther: Tee, młody, mordo moja najdroższa, nie wiesz gdzie wpierdoliłem kluczyki?
Nie pytajcie czy w takim stanie zamierzał prowadzić.
Tony Jones: (zakładając marynarkę) Pieprzyć je człowieku, zamówimy jakiegoś typa co nas zawiezie na afterparty, nie. (wyjmuje telefon) Aero się dobijał, ale on chyba nas nigdzie nie zawiezie, co?
Scyther: No raczej brat. (otwiera drzwi) Cho brat, może na zewnątrz będzie coś dłuuuuugiego z trzystoma końmi.
Tony Jones: Czuję się jak pieprzony Julek Cezar, hehe. Izzy wpadnij potem, jak już skończysz się... REGENEROWAĆ!
Scy i Tee wybuchają śmiechem i w tym wesołym nastroju opuszczają pomieszczenie zostawiając krzątającego się w łazience Izzy’ego na pastwę losu. Co prawda sugestia o wymiotach była niestosowna, ale faktycznie nie jest z nim najlepiej. Przy odkręconym kranie, przemywając co chwila twarz zimną wodą, Black Wings wpatruje się w lustro podziwiając swoje świecące, przekrwione oczy i śnieżnobiałą cerę, która na codzień raczej taką nie bywa. Wyciąga trzesącą się dłoń w kierunku pokrętła i powoli je zakręca. Mokre ręce wyciera o spodnie, a twarz kawałkiem papierowego ręcznika. Ciągle powoli, utrzymując z trudem równowagę na śliskich płytkach wchodzi do głównej części szatni, możnaby rzec – salonu i zamiera.
Izzy Nilsen: Co ty...
Franko nie odpowiada. Sądząc po tym jak nienaturalnie rozciągnięta jest jego maska, obdarza Nilsena uśmiechem i zachęcającym ruchem nakazuje mu usiąść naprzeciwko.
Izzy Nilsen: Ej, ale czekaj, ciebie chyba popierdoliło, co?
Franko The Butcher: Siadaj, dopóki mam cierpliwość wytłumaczyć ci jak bardzo pewne sprawy się pokomplikowały....